(0,7kB)    (0,7 kB)

UWAGA: SKRÓTY do przytaczanej literatury zob.Literatura


(26 kB)

L.   NA ETAPIE POPRZEDZAJĄCYM MAŁŻEŃSTWO:
SAKRAMENT MAŁŻEŃSTWA

(6.9 kB)

Słowo nawiązania

Po rozważaniach poświęconych w tej części niniejszego rozdziału przede wszystkim postawie dziewcząt i mocno dorastającej młodzieży żeńskiej, wypada przyjrzeć się jeszcze również etapowi życia, na którym dziewczyny myślą już na poważne o związaniu się z jakimś chłopcem ze zdecydowanym ukierunkowaniem na małżeństwo. Ten etap życia jest zarówno dla chłopców, jak dziewcząt – zupełnie inny aniżeli poprzednie fazy życia. Dotąd tak chłopcy, jak dziewczęta wiązali się czy to w grupy dziewcząt i chłopców, czy też wiązali się z sobą – pojedyncza dziewczyna z konkretnym chłopcem czy na odwrót, na zasadzie raczej luźnej przyjaźni, czy po prostu koleżeństwa. W miarę jak przybywa lat, a i zdobywanie zasadniczej wiedzy dobiega końca i kończy się czy to egzaminem maturalnym, czy jakąś inną formą ukończenia podstawowej edukacji, a dla tych, którym dane było podjąć i ukończyć studia zakończone tytułem ‘magistra’ itp., myślenie zarówno u chłopca, jak i dziewczyny staje się poważniejsze.

Młody człowiek zastanawia się nad ułożeniem sobie życia we dwoje – w związku małżeńskim, który by zapewnił podstawową stabilizację w życiu. Czasy gdy dziecko wszystko jedynie ‘otrzymywało’ od rodziców, którzy nierzadko sobie niejednego odmawiali, byle dziecku zapewnić godny start do samodzielnego życia, definitywnie się skończyły. Rzeczywistością coraz bardziej naglącą staje się zobowiązanie płynące z natury rzeczy: obecnie przede wszystkim zwracania starzejącym się rodzicom tego, co w dziecko przez dotychczasowe życie inwestowali. Obowiązkiem sumienia stanie się opieka i pomoc rodzicom, a może i dziadkom oraz tylu innym, którzy swoim dobrem przyczynili się do rozwoju i wykształcenia mocno już dorosłego młodzieńca czy panny.

Wszystko to pociąga za sobą wieloraką odpowiedzialność i podejmowanie samodzielnych decyzji. Trzeba znaleźć pracę, która umożliwi samodzielne utrzymanie – siebie, a raczej ponadto małżeństwa i rodziny. Trzeba będzie stworzyć przede wszystkim własne ‘gniazdo’, gdzie by można było złożyć ... ‘pisklęta’, zapewniając im ‘dom własny’ oraz utrzymanie. Nic dziwnego, że decyzje młodego człowieka będą musiały być oceniane i podejmowane na tym etapie życia coraz bardziej w perspektywie rysującej się coraz dalszej przyszłości. To zaś będzie musiało wyzwalać w coraz wyższym stopniu odpowiedzialność: nie tylko za siebie, ale i za małżeństwo, za rodzinę, za swoich i współmałżonka rodziców-dziadków, a w końcu za swój naród i Ojczyznę i za Kościół, którego żywą cząstką ktoś jest, itd.

Na razie jesteśmy ponownie na etapie coraz bardziej bezpośredniego przygotowania wyboru tego ‘drugiego’ pod kątem ... małżeństwa: sakramentu małżeństwa. Staramy się podkreślać ten właśnie aspekt rzeczywistości nierozdzielnie ludzkiej i Bożej wciąż bardzo mocno!

Małżeństwo nie jest sprawą przypadkowego dobrania się dwojga ludzi. Zostało ono stworzone przez samego Boga Trójjedynego, który po stworzeniu człowieka-osoby jako człowieka-mężczyzny względnie człowieka-kobiety – podarował tym dwojgu do dobrowolnego, ale zarazem niezwykle zobowiązującego przyjęcia, wezwanie-możność związania się węzłem małżeństwa.
– Z tym że w Bożym zamyśle miłości nie ma innego małżeństwa, jak tylko małżeństwo jako sakrament, a w epoce poprzedzającej dokonane Odkupienie pra-sakrament małżeństwa. Wszelkie inne związki – partnerskie i nie-partnerskie, będą zawsze jednym ciągiem cudzołóstwa i zagarniania do własnego użytku daru, który nigdy nie był i nigdy nie stanie się własnością kogokolwiek z ludzi.

Ponieważ poprzednio poświęciliśmy już nieco uwagi problematyce dotyczącej młodzieży męskiej na etapie coraz bardziej bezpośredniego przygotowywania się do małżeństwa: sakramentu małżeństwa (zob. wyż., cz.VII, rozdz. 3, § G, w kontekście poprzedzającym i następującym: Czystość wystawiona na próbę w działaniach u chłopców), wracamy w tej chwili głównie do świata dziewcząt. Wszystko to będzie oczywiście w pełni aktualne również, a może tym bardziej, dla świata chłopców-młodzieńców. Mimo to mowa będzie przede wszystkim o dziewczynach-pannach na etapie przed-małżeńskim.

Jest zrozumiałe, że trudno nie nawiązać do aspektów etycznych negatywnych, jakie nazbyt często, a może nawet nagminnie, towarzyszą temu etapowi życia dziewcząt (i oczywiście tym samym młodzieńców). Jakżeż by mogło być inaczej, skoro niniejsza strona internetowa chciałaby uświadomić, ale i nieco uzasadnić, dlaczego namiastka ‘miłości’ i jej złuda – miłością godną tego miana nie jest, i prędzej czy później siłą ‘bezwładu’ nie może nie zakończyć się wieloraką ‘śmiercią’. Zgodnie ze Słowem Bożym z raju, gdzie ‘słowo’ to miało mobilizować do wyzwolenia u tych dwojga poczucia wielkiej godności i swego niezwykłego powołania, a nie pełnić roli swoistego ‘straszydła’, obliczonego na poniżenie wielkości człowieka jako Bożego żywego Obrazu wobec kosmosu. Boże Słowo z raju było wyrazem miłości zatroskanej o losy doczesne i wieczne człowieka, stworzenia Bożego umiłowania:

„Jahwe-Elohim wydał też człowiekowi polecenie, zwracając się doń w słowach:
‘Z każdego drzewa ogrodu wolno ci spożywać.
Jednakże z drzewa poznania tego, co dobre, i tego, co złe, nie wolno ci spożywać.
Wiedz dobrze, że z chwilą, gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz’ ...” (Rdz 2,16n; zob. do tego ponadto: VSp 35).

Czy człowiek-mężczyzna i człowiek-kobieta – zawierzyli Trójjedynemu, który całą swoją stworzycielską Miłością wskazywał im drogę rozwijania się w podarowanej im godności i ich wezwaniu do życia w jedno-z-sobą jako Bogiem miłością-życiem?
– Apostoł Narodów, św. Paweł, ujmie to Boże ‘rozwiązanie’ w mobilizujące słowa:

„Jeśliście więc razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze,
gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga.
Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi.
Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu.
Gdy się ukaże Chrystus, nasze Życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale” (Kol 3,1-4).

(12.5 kB)
Objaśnienie

Zdajemy sobie sprawę, jak dramatycznie i tragicznie potoczyły się ‘dzieje’ Bożego żywego Obrazu wobec kosmosu. A przecież – jedynie dlatego z nieba zstąpił aż Syn Boży, by upadłego, przez ‘Złego-Szatana’ oszukanego człowieka: mężczyznę i kobietę – ocalić i otworzyć mu ponownie drogę do odzyskania tego, co uległo splamieniu przez grzech, spowodowało utratę godności i sponiewieranie otrzymanego powołania.
Nadal – JEST Odkupienie! Jest zmartwychwstanie z grzechu! Jest Nowe Życie! Dla wszystkich, którzy na nie ... bodaj tylko nieznacznie się otworzą (zob. Ap 3,20)!

Jednakże dlatego właśnie trzeba będzie spoglądnąć jeden raz więcej rzeczywistości co najmniej wielu par narzeczeńskich ... w oczy i w serce. By dopomóc im uświadomić sobie i rozróżnić ułudę – od radosnej prawdy Bożego zamysłu. Jest to zamysł tego Boga, który to jedno ma wciąż na myśli, myśląc nie o sobie, lecz o dobru w nieskończoność sięgającego szczęścia swego żywego Obrazu wobec kosmosu:

„Tak bowiem Bóg [= Ojciec] umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy,
kto w Niego wierzy [= Jemu zawierzy siebie], nie zginął, ale miał życie – wieczne.
Albowiem Bóg [= Ojciec] nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił,
ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3,16n).

Wypada zastanowić się nad serią wyłaniających się aspektów tego okresu dziewczyny (i młodzieńca) na etapie przed-ślubnym:

1. Dziewczyny w okresie rzeczywistego nastawiania się na małżeństwo.
2. Jeszcze raz: podstawowe rodzaje pieszczoty.
3. Miłość przez decyzję na współżycie?
4. Wspólne zamieszkanie narzeczonych.

(3.5 kB)

1. Dziewczyny w okresie rzeczywistego nastawiania się
na małżeństwo

(2.8 kB)

Boże Przykazanie oraz słowo Jezus o pożądliwym spoglądaniu

Poprzednie rozważania o zachowaniach dziewcząt dotyczyły w dużej mierze, chociaż oczywiście nie wyłącznie, dziewcząt małych i w wieku szkolnym. Wiele aspektów wyżej poruszonych zagadnień związanych z czystością w znaczeniu VI czy IX przykazania Bożego zachowuje swoje w pełni nadal aktualne znaczenie w odniesieniu do dziewcząt już dorosłych oraz kobiet dojrzałych, nie wyłączając kobiet już mężnych. Niemniej odrębnie wypada spojrzeć w kontekście naszych rozważań – na etap życia dziewcząt w bezpośrednim przygotowaniu do małżeństwa. W Bożej zaś wizji nie ma innego małżeństwa poza tym jednym: sakramentu małżeństwa.

Nasze rozważania układają się na przestrzeni całej niniejszej strony pod kątem etyki związanej z Bożymi przykazaniami. Również obecnie nie podejmujemy rozważań na tematy wielu innych, żywotnych aspektów życia w małżeństwie i rodzinie, chociażby bardzo ważnych. Koncentrujemy się niezmiennie na problematyce etyki wzajemnych odniesień – tym razem na etapie narzeczeństwa.

W dotychczasowych rozważaniach poruszaliśmy sprawy związane z czystością wzajemnych odniesień właściwie już tak wielokrotnie i z wkraczaniem również w szczegółowsze aspekty, że obecnie wystarczy już tylko uwydatnić zwięźle, w formie wyprowadzania wniosków, pewne bardziej charakterystyczne kwestie ściśle związane z rozpoczętym etapem rzeczywistego przeżywania nie tylko przyjaźni, ale narzeczeństwa – łącznie z ustalaniem już też daty ślubu.

(6.6 kB)

Młodzi na etapie właściwego już narzeczeństwa, którzy zamierzają dochować wierności oczekiwaniom Chrystusa pod ich adresem, zwracają się do kapłana co jakiś czas z bardzo konkretnym pytaniem: „Jak daleko wolno nam posuwać się w wyrażaniu sobie wyrazów swojej miłości narzeczeńskiej? Jesteśmy już narzeczeństwem! Niedługo się pobierzemy ...”!

Jest to odwieczne pytanie par narzeczeńskich, powtarzające się zapewne przez wszystkie wieki. Na naszej stronie mowa o tym już była na niejednym miejscu, m.in.:

w części VI (rozdz. 1),
w części II (rozdziały 1-2, ale i następne),
w części III (zwł. rozdz. 1, 3-4),

nie mówiąc już o bieżącym rozdziale w części VII (rozdz. 3), który w całości poświęcamy „młodzieńczości w obliczu małżeństwa: sakramentu małżeństwa”.

Mimo to dobrze będzie powtórzyć tu w formie konkluzji garść poprzednio omawianych ustaleń w tym względzie.

Nie ulega wątpliwości, że dopóki ci dwoje jeszcze nie są małżeństwem zawartym „w Panu” (1 Kor 7,39), jak to wyraził Apostoł Narodów, a konsekwentnie małżeństwem zawartym zgodnie z ustaleniami wypracowanymi w Bożym imieniu przez Kościół, który i w tym względzie uobecnia sakramentalnie Boga-Człowieka Jezusa Chrystusa, oboje są w pełni nadal związani Bożym przykazaniem zarówno VI-tym, jak i IX-tym.

Oto ich brzmienie:

Nie będziesz cudzołożył” (Wj 20,14; Mt 19,18)
„Nie będziesz pożądał żony bliźniego twego”
(Wj 20,17).

Z kolei zaś sam Syn Boży doprecyzował treść tychże przykazań o grzechy popełniane na poziomie samego serca-sumienia. Syn Boży i Syn Człowieczy zarazem mówi mianowicie dobitnie o grzechach ściśle wewnętrznych przeciw czystości. Przytoczymy to Słowo Boże jeszcze raz (zob. już wyż.: „Kto pożądliwie patrzy na kobietę ...”):

„Słyszeliście, że powiedziano: ‘Nie cudzołóż’.
A Ja wam powiadam: ‘Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę,
już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa ...’
– Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie.
Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków,
niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła.
I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie.
Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków,
niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła ...” (Mt 5,27-30).

Jezus nie ma tu oczywiście na myśli rzeczywistego kaleczenia swojego ciała – nikt nie ma przecież prawa zabijać się, kaleczyć się itp. (zob. Przykazanie V – „Nie będziesz zabijał”: Wj 20,13). Jesteśmy jedynie zarządcami siebie samych. Natomiast jedynym Właścicielem naszym pozostaje zawsze sam tylko Bóg.

Jezus podkreśla w przytoczonych słowach tylko jeden raz więcej aspekt radykalizmu Ewangelii. Jeśli pragnę osiągnąć życie wieczne, nie mogę pójść na żadne kompromisy z tym wszystkim, co sprzeciwia się „... zbawieniu, przymierzu, ... zjednoczeniu człowieka z Bogiem”  (DeV 27).

(2.2 kB)

Boża cezura między narzeczeństwem a małżeństwem

Dopiero co przypomniane brzmienie przykazanie tego Boga, który jest miłością, jest równoznaczne z Bożym ukazaniem jasnej cezury [= linia przecięcia; granica nieprzekraczalna] pomiędzy stanem małżeństwa a nie-małżeństwa.

Trzeba sobie zatem jeden raz więcej jasno uświadomić: brzmienie przykazania Bożego wyznacza jednoznaczną granicę, która bez niedomówień, precyzyjnie odgradza stan narzeczeński od stanu małżeńskiego.
– Wyznaczenie tej granicy nie jest wymysłem konkretnego ‘księdza’, biskupa czy papieża, ani w znaczeniu ogólniejszym: ‘Kościoła’.

Zaproponował ją swemu żywemu Obrazowi: mężczyźnie i kobiecie i zobowiązał do jej przestrzegania na całe ich życie, nie wyłączając etapu narzeczeństwa – Ten który „Jeden ... jest Dobry” (Mt 19,17) i który również w tym wypadku nie jest zdolny wyrządzić jakiejkolwiek krzywdy ‘jej miłości’ do niego, ani ‘jego miłości’ do niej.
– Bóg wciąż broni wielkości i godności – w tym wypadku przede wszystkim kobiety-dziewczyny jako osoby, tzn. nie-rzeczy-do-użycia.
– Przeciwne działania byłyby nie do przyjęcia, gdyż sprzeciwiałyby się samej istocie „miłości”, która jest i winna być „darem osoby dla osoby” (LR 11), a nie seksem-zamiast-osoby.

Można by w tym kontekście przypomnieć słowa św. Jana Pawła II o sensie cnoty czystości. Papież nawiązuje w pewnej chwili w swej Adhortacji Apostolskiej „Familiaris Consortio” (1981 r.) w sam raz do zagadnienia wprost związanego z przyszłym małżeństwem. Mianowicie przypomina i zachęca przede wszystkim dziewczyny, żeby bardzo dobrze poznały i nauczyły się swojego biologicznego rytmu płodności pod kątem potrzeb dla przyszłego życia w małżeństwie. Korzystanie z tej wiedzy powinno jednak być całe zapatrzone w Boże oczekiwania i ład miłości, wpisany w serce każdego człowieka. W małżeństwie nie można korzystać z tej wiedzy w sensie egoistycznym, dla systematycznego uchylania się od obowiązku rodzicielstwa:

„Do warunków koniecznych [= dokładnego poznania wskazań Nauczycielskich Kościoła dla małżeństwa: Kościół nie jest ‘autorem’ normy moralnej, ani jej ‘arbitrem’ = dowolnym interpretatorem: FC 33]
należy jednak także znajomość cielesności i jej rytmów płodności.
Trzeba zatem uczynić wszystko, aby udostępnić tę wiedzę ogółowi małżonków,
a wcześniej jeszcze osobom młodym,
poprzez informację i wychowanie jasne, stosowne i poważne,
przy współudziale par małżeńskich, lekarzy i ekspertów.
– Znajomość taka winna następnie wejść w wychowanie do samokontroli:
stąd płynie absolutna konieczność cnoty czystości i stałego wychowywania do niej.
– W chrześcijańskiej wizji czystość nie oznacza bynajmniej
odrzucenia czy też pogardy dla płciowości ludzkiej:
oznacza raczej energię duchową, która potrafi bronić miłości
przed niebezpieczeństwami ze strony egoizmu i agresywności
oraz potrafi kierować ją ku pełnemu urzeczywistnieniu” (FC 33).

(8.3 kB)
Objaśnienie

Jeślibyśmy mieli nawiązać tutaj do warunków, jakie zaistnieją niebawem w już zawartym małżeństwie (my rozważamy w tej chwili etap życia dopiero narzeczeńskiego), trzeba sobie uświadomić, że dopiero co przypomniane słowa św. Jana Pawła II dotyczą tym bardziej życia już w małżeństwie. Chodzi o problematykę przystosowywania swych już małżeńskich odniesień do podarowanego tym dwojgu – a w okresach-dniach możliwości wzbudzania życia wciąż szczególnie aktualnego biologicznego rytmu płodności do cyklu kobiety-żony.

Przystosowywanie wzajemnych wyrazów miłości małżeńskiej do Bożego daru rytmu płodności wymaga niekiedy niemało powściągliwości, tzn. przekładania aktu zjednoczenia małżeńskiego na dni cyklicznie pojawiającej się niemożności poczęcia, jeśli ci dwoje będą mieli liczące się w oczach Bożych powody do nie-nastawiania się aktualnie na kolejne rodzicielstwo.

Jak bardzo taka sytuacja stanie się wtedy ‘próbą ogniową’ na jakość i czystość małżeńskiej miłości tych dwojga! W takich to sytuacjach, które skądinąd będą się powtarzały niemal z cyklu na cykl, będzie się okazywało każdorazowo z całą oczywistością, czy świadczone sobie wyrazy czułości i wzajemnego oddania można będzie zakwalifikować jako wyrazy miłości w znaczeniu ‘osoby’-daru, czy też przeżywanie wzajemnej intymności będzie miłością tylko rzekomą.

Zmierzałyby one wówczas do zapewnienia sobie samemu – każde dla siebie, przyjemności przeżycia ‘seksu’, a nie daru ku zjednoczeniu ich obojga jako ‘osób’. Małżeńskie oddanie przeradzałoby się wtedy w zapewnianie sobie ostatecznie tylko przeżycia samogwałtu – jednostronnie lub za obopólną zgodą. Uwaga obojga koncentrowałaby się wówczas na ‘seksie’, a nie na osobie – swojej własnej oraz tego drugiego w małżeństwie.

W tym sensie można by tu ponownie przytoczyć słowa św. Jana Pawła II nawiązujące do takich właśnie sytuacji, mianowicie przeżywania intymności małżeńskiej z uszanowaniem wymogów wyrastających z okresowości płodności, względnie jej niszczenia:

„Jeżeli natomiast małżonkowie, stosując się do okresów niepłodności, szanują nierozerwalny związek znaczenia jednoczącego i rozrodczego płciowości ludzkiej, postępują jako ‘słudzy’ zamysłu Bożego i ‘korzystają’ z płciowości zgodnie z pierwotnym dynamizmem obdarowania ‘całkowitego’, bez manipulacji i zniekształceń [odnośniki do encykliki: HV 13-14] ...
... Wybór rytmu naturalnego bowiem, pociąga za sobą akceptację cyklu osoby, to jest kobiety, a co za tym idzie, akceptację dialogu, wzajemnego poszanowania, wspólnej odpowiedzialności, panowania nad sobą.
Przyjęcie cyklu i dialogu oznacza następnie uznanie charakteru duchowego i cielesnego zarazem komunii małżeńskiej, jak również przeżywanie miłości osobowej w wierności, jakiej ona wymaga.
– W tym kontekście para małżeńska doświadcza, że ich wspólnota małżeńska ubogaca się takimi wartościami, jak czułość i serdeczność, które są czynnikami głęboko ożywiającymi płciowość ludzką również w jej wymiarze fizycznym. W ten sposób płciowość zostaje uszanowana i rozwinięta w jej wymiarze prawdziwie i w pełni ludzkim, nie jest natomiast ‘używana’ jako ‘przedmiot’, który burząc jedność osobową duszy i ciała, uderza w samo dzieło stwórcze Boga w najgłębszym powiązaniu natury i osoby” (FC 32).

Przytoczone dwa fragmenty z Adhortacji „Familiaris Consortio” Jana Pawła II dotyczą pożycia w już zawartym małżeństwie. Zatem nie wiążą się bezpośrednio z etapem narzeczeństwa. Niemniej okres narzeczeństwa, gdzie ci dwoje chodzą ze sobą i bywają niekiedy przez długie chwile blisko z sobą, stają się jednocześnie jednym wielkim polem bitwy o dochowanie wierności miłości, która niebawem ma się stać przedmiotem ich dozgonnego związania ślubem: miłości-wierności-uczciwości małżeńskiej.

Nie ma co liczyć na cud zdolności utrzymania w już zawartym małżeństwie często z cyklu na cyklu pojawiającej się konieczności przekładania chwil wzajemnego zjednoczenia małżeńskiego, jeśli ci dwoje nie zdobędą postawy świadomie podejmowanej pełnej czystości we wzajemnych odniesieniach w dniach ‘chodzenia-ze-sobą’ na etapie narzeczeństwa. Postawa taka musi wypływać jako sam przez się zrozumiały wymóg i świadectwo obopólnej miłości osobowej, która w każdym razie widzi i chce dostrzegać w tym drugim, ukochanym – osobę ku jej dobru w perspektywie życia wiecznego.

Z tego przede wszystkim względu stać tę ‘miłość’ na nie-przyspieszanie wyrazów wzajemnego oddania, które im obojgu wręczy sam Trójjedyny – nie wcześniej, a dopiero w chwili, gdy wyrażą sobie wzajemnie swą zgodę małżeńską sakramentalną – w obecności świadków ustanowionych przez Boga, oraz ze strony społeczności Kościoła.

Nie będziemy już komentowali dopiero co przytoczonych słów papieskich o nieodzownej cnocie czystości oraz o osobowych, nie ‘utylitarystycznych’ odniesieniach między mężem a żoną.

Zauważamy wciąż niezmienne podkreślanie tego, o co ‘walczy’ w darze swych przykazań sam przede wszystkim Trójjedyny. Za Nim dopiero, tzn. w ‘drugiej’ kolejności, pojawia się głos Kościoła. Ten zaś nie jest instytucją samozwańczą, lecz został ustanowiony przez Jezusa Chrystusa dla ukazywania Ludowi Bożemu autentycznego i zarazem autorytatywnego znaczenia Bożego zamysłu, m.in. w zakresie ładu małżeńskiej miłości. Tym bardziej odnosi się to wszystko do etapu narzeczeństwa.

Św. Jan Paweł nie waha się ukazywać misji Kościoła w omawianym zakresie w następujących słowach – pełnych zatroskania, ale i bólu ze względu na nieustannie wznoszące się głosy oburzonego sprzeciwu wielu po świecie:

„Jako Nauczyciel, [Kościół] niestrudzenie głosi normę moralną,
która winna kierować odpowiedzialnym przekazywaniem życia
Kościół nie jest bynajmniej autorem tej normy, ani jej ‘sędzią’
[oryg. łaciński brzmi tutaj: ‘cuius autem normae Ecclesia profecto nec auctor est nec árbitra (AAS 1982, p.81), czyli Kościół nie może tu działać ‘arbitralnie’: nie ma władzy zmienienia tu czegokolwiek, i nie może tu działać arbitralnie].
Kościół posłuszny Prawdzie, którą jest Chrystus i którego Obraz
odbija się w naturze i godności osoby ludzkiej,
tłumaczy normę moralną i przedkłada ją wszystkim ludziom dobrej woli,
nie ukrywając, że wymaga ona radykalizmu i doskonałości” (FC 33).

Chodzi niezmiennie o uchronienie miłości prawdziwej, godnej tego miana – od jej manipulowanego, gruntownie zafałszowanego pojmowania: uchronienie jej przed jej ‘utylitarystycznym’ wykorzystaniem dla pożądliwości ciała – również już w życiu małżeńskim, a tym bardziej narzeczeńskim.
– Oto czyste, Boże pojmowanie „miłości”. Nigdy nie będzie „miłości” godnej tego miana, bez jej pojmowania i urzeczywistniania po linii „personalizmu etycznego” (zob. wyż.: Biblijny personalizm – oraz: Synteza natury i normy personalistycznej: cnota miłości, a także: Argument antropologiczno-personalistyczny).

(3.5 kB)

2. Jeszcze raz: podstawowe rodzaje pieszczoty

(2.8 kB)

Pieszczota na narządach płciowych

Gdyby przejść ponownie do bardziej praktycznych sugestii, jako swoistych drogowskazów dla par narzeczeńskich, można by tu jedynie powtórzyć to, co na wyżej wymienionych miejscach naszej strony już dostatecznie jasno powiedziano (zob. wyż. zwł.: „A jeśli ‘miłość’ staje się miłością dopiero poprzez ‘seks’?”).

Zastrzegamy się wciąż, że nawet Bóg swymi przykazaniami nigdy nie wymusza niczego na wolnej woli poszczególnego człowieka.
– Natomiast skoro Bóg sformułował dla mężczyzny i kobiety przykazania, nie pozostają one czymś ‘dowolnym’, tzn. czymś co równie dobrze można uwzględnić – albo i w ogóle nie brać pod uwagę. Przykazania Boże są czymś z natury swej zobowiązującym do takiego, a nie innego postępowania. Jednakże zawsze z zastrzeżeniem, że poszczególny człowiek ma możność – w ramach w tym wypadku: złego użycia podarowanej mu wolności – odrzucenia Boga i Jego przykazań.

Pamiętamy, że darem „wolnej woli” obdarza Bóg osobę (anielską, ale również ludzką) jedynie po to, żeby mogła zaistnieć prawdziwa miłość (zob. do tego wyż.: „Wolność – Boży dar: funkcyjno-narzędny”). Wolna wola jest jednak naprawdę „wolna”. Tym samym zaś każdy człowiek może użyć tego daru do zła. Byłoby to wtedy decyzją odejścia od Boga-miłości i życia wiecznego. Stałoby się to wyborem na życie w istnieniu – oczywiście wiecznym, ale w wiecznym potępieniu.
– Pewnikiem jest tu jedno: Bóg podarowanej każdej z osobna osobie wolnej woli, czyli władzy samo-stanowienia, nigdy nie odbierze.

A oto jeszcze raz użyteczny do omówienia podział zasadniczych pieszczot i wyrazów miłości między dwojgiem ludzi – narzeczonych, małżonków, czy też partnerów nie mających żadnego zamiaru zawierać małżeństwo.

Granicą nieprzekraczalną z punktu widzenia etycznego pomiędzy już małżeństwem, a jeszcze nie małżeństwem (sakramentem małżeństwa) stają się wszelkie działania związane z samymi narządami płciowymi. Z punktu widzenia Bożego nie może tu wchodzić w grę żaden ‘kompromis’.
– Bardziej precyzyjnie się wyrażając: dopóki ci dwoje nie są małżeństwem – sakramentem małżeństwa, nie mogą przejść na żadne pieszczoty genitalne. Wykluczone musi być wszelkie dotykanie i wszelkie oglądanie narządów płciowych.
– A tym samym wszystko, co będzie zmierzało do wyzwolenia podniecenia seksualnego – czy to u jednego z obojga, czy u obojga jednocześnie.

Próba jeszcze bliższego, dokładniejszego zakreślenia tych granic jest zbędna: przykazanie Boże – jest przykazaniem Bożym – i nie może podlegać dyskusji. Wkraczanie na teren intymności genitalnej jest „właściwe i wyłączne” (zob. HV 8; GS 49; FC 11) jedynie w ramach już zaistniałego małżeństwa: sakramentu małżeństwa.

Brzmienie przykazania Bożego, które Bóg wyrzeźbił na sercu każdego bez wyjątku człowieka w chwili jego wywołania z nie-istnienia, nie zostawia miejsca dla żadnej wątpliwości ani dwuznaczności. Tu nie ma dyskusji. Kościół, poszczególny Papież, biskup czy kapłan jest instancją zbyt ‘niską’, by dysponować władzą modyfikowania przykazania, którego Autorem jest Bóg-miłość, Bóg-życie.

(2.2 kB)

Wymiana pocałunków

Inną formą wyrażania sobie miłości, to wzajemne pocałunki. Na ten temat również już była mowa na paru miejscach naszej strony (zob. wyż.: „Pocałunek ...”. Oraz zob. pocałunek już w małżeństwie: „Spowiedź święta małżonków z grzechów przy współżyciu małżeńskim”). Tym samym zaś nie ma potrzeby ponownego roztrząsania tego sposobu wyrażania sobie więzi i miłości.

Nikt z narzeczonych, a w każdym razie ‘zakochanych’ nie zaprzeczy, że wymieniane między nimi pocałunki są w sposób istotny inne, aniżeli pocałunki na przywitanie-pożegnanie w rodzinie, pocałunki ‘zdawkowe’ pomiędzy kolegami-koleżankami itp.
– Najlepszym tego świadectwem jest fakt, że wiele młodych wyznaje fakt ‘całowania się’ przy sakramencie spowiedzi świętej. Znaczy to, że nie były to pocałunki etycznie obojętne i niewinne. Wyzwoliły one poruszenie zmysłowe, a niekiedy wręcz doprowadziły do silnego przeżycia seksualnego. Czyli: zostawiły po sobie rysę na sumieniu w postaci niepokoju sumienia.

Narzeczeni nie mogą dopuszczać do tego, by ich pocałunki przerodziły się w grzech – w taki sposób uprawianego seksualizmu. Jeśli ci dwoje chcą wymienić między sobą pocałunek, powinien on być podejmowany z najwyższym dystansem i szacunkiem dla godności osoby – własnej oraz osoby tego drugiego. Pocałunek musi wyrażać pełnię subtelności i uszanowania. Nie może kojarzyć się z niczym, co by uwłaczało godności tych dwojga. Znaczy to zatem, że całowanie nie może być podejmowane w sposób wzbudzający wstręt i obrzydzenie, a co najmniej niesmak w odbiorze przypadkowych widzów.

Ponadto zaś, jak już też podkreślano: szczególnie dziewczyna powinna zachować daleko posuniętą czujność, żeby w parze z całowaniem nie kojarzyło się jakiekolwiek nieskromne, podniecające dotykanie. O to zaś bardzo nietrudno.

Całkiem odrębnie trzeba ponownie nawiązać do uprawiania ‘seksu oralnego’. Również o tym mówiono już wystarczająco obszernie poprzednio (zob. wyż.: „Jeszcze raz: seks oralny” – w całym kontekście).

A chociażby nawet niektórzy kapłani bronili poprawności etycznej seksu oralnego, jego kwalifikacja etyczna nie może podlegać wątpliwości. Jest to zawsze całkowicie zwyrodniała forma uprawiania seksu-dla-seksu, przeciwna naturze i godności człowieka.

Seks oralny jest grzechem obiektywnie biorąc – każdorazowo ciężkim. Jeśli już nie z innych powodów, to ze względu na całkiem podstawowe rozróżnienie i swoisty podział wszelkich wyrazów intymności – zależnie od tego, czy uaktywniają one same w sobie narządy płciowe, czy nie.
– Uprawianie seksu oralnego zmierza zawsze wprost do uaktywnienia narządów płciowych. Te zaś domagają się – w ramach już istniejącego małżeństwa, a nie niezależnie od niego, pełnego uszanowania zarówno dla ładu struktury aktu zjednoczenia, jak i ładu jego dynamizmu. Spełnienie tych podstawowych warunków jest możliwe jedynie przy podjęciu aktu płciowego w pochwie: nie w ustach, ani przy pomocy ust, czy języka itp.

Nic tu nie pomogą protesty czy to zainteresowanych małżonków, u których tego rodzaju ‘seks’ stał się niemal codziennością. Ani protesty chociażby i całych zastępów ludzi młodych – dziewcząt i młodzieńców, którzy przechodzą na ‘seks oralny’ m.in. dla zaznawania zmaksymalizowanej przyjemności – bez obawy zajścia w ciążę.
– I nic nie pomogą protesty niektórych kapłanów, chociażby nawet powoływali się na ‘Imprimatur’ Władzy Kościelnej (NB. podstępnie uzyskane i w następstwie nie-doinformowania lub przechytrzenia biskupów) dla swoich wywodów na temat uprawiania coraz bardziej wyrafinowanych sztuczek seksualnych w swym małżeństwie (zob. wyż. obszerną recenzję jednej z książek O. Ksawerego Knotza: „O. Ks.Knotz: Seks jakiego nie znacie. Dla małżonków kochających Boga” - w całym kontekście. – A także zob.: Jeszcze raz: seks oralny).

(2.2 kB)

Pieszczota na piersi

Pozostaje jeszcze ta pieszczota: na piersi. I o tym była już mowa dosyć dokładnie – w nawiązaniu do fragmentu niniejszego rozdziału: „Czystość wystawiona na próbę w działaniach u chłopców” (zob. wyż.: „Pieszczota podejmowana na piersi” – w całym kontekście). Toteż nie ma potrzeby wracać do tego tematu jeszcze raz.

(7.3 kB)
Objaśnienie

Mimo to warto dopowiedzieć jeszcze parę uwag. Pieszczota na piersi wydaje się w okresie narzeczeństwa czymś samym przez się w pełni ‘naturalnym’ – i tym samym ... dozwolonym. Tym dwojgu wydaje się, że przysługuje im pełne prawo do tego rodzaju pieszczoty: pieszczoty: na sercu. A przecież nikt nie zaprzeczy, że pieszczota ta może występować w różnych odmianach, które tym samym wiążą się ze zróżnicowaną oceną etyczno-moralną. Chodzi nam wciąż o wierność Bożemu przykazaniu. Ci dwoje nadal małżeństwem jeszcze nie są, chociażby ich małżeństwo miało być już tuż-tuż uroczyście zawierane.

‘Przytulenie’ bywa przeróżne. Wzajemne lekkie przytulenie w znaczeniu serdecznego objęcia się na przywitanie-pożegnanie między członkami rodziny, albo i z koleżeństwem, jest czymś w pełni przyjętym. Trwa ono też z zasady krótko i w żaden sposób nie wiąże się z pobudzeniem seksualnym.

W tej chwili chodzi jednak o ‘przytulanie się’ osób zakochanych, może już narzeczonych. Piszącemu tu kapłanowi nie wypada wchodzić zanadto w detale. Chodzi wciąż o ukazanie normy moralnej wprost związanej z brzmieniem i duchem Bożego przykazania: „Nie będziesz cudzołożył”. Ocena etyczna jakości wzajemnego przytulenia pomiędzy zakochanymi będzie niewątpliwie w jakimś sensie ‘balansowała’. Nie jest zapewne rzeczą łatwą, a może nawet ani konieczną, schodzić zanadto w szczegóły, które będą rzutowały na ocenę etyczną owego ‘przytulania się’.

Zakochani zdają sobie aż nadto dobrze sprawę, że ich przytulanie się jako zakochanych jest zdecydowanie inne, aniżeli wzajemne objęcie się przy przywitaniu czy pożegnaniu z kimkolwiek z kolegów-koleżanek. Stąd pojawiające się z ich strony, również w konfesjonale, pytania, czy w danym wypadku nie została przekroczona granica przyzwoitości i tym samym grzeszności.

Ci dwoje – zakochani, a może już na dobre narzeczeni, dobrze wiedzą, że pieszczota podejmowana bezpośrednia na sercu-piersi nie jest domeną narzeczeństwa, lecz dopiero małżeństwa. Nikt nie zaprzeczy, że udostępnienie dla dotykania-pieszczenia swych piersi jest bardzo daleko posuniętą intymnością. Bóg tych dwoje na ten teren dotąd jeszcze nie wprowadził. Kwalifikacja etyczna jest tu niemal taka sama, jak w przypadku pieszczot podejmowanych na narządach płciowych: ich dotykania i oglądania. Ci dwoje wciąż jeszcze małżeństwem nie są, chociażby na małżeństwo byli zdeterminowani.

Innymi słowy nie ma tu wątpliwości: podejmowanie pieszczot na piersi – przykrytej czy odsłoniętej – po prostu odpada. Ci dwoje muszą cierpliwie poczekać aż do ślubu małżeńskiego. Dopiero wtedy sam Trójjedyny wprowadzi tych dwoje na teren pełnej wzajemnej intymności. Mimo iż i wtedy wyrażanie sobie więzi i uczucia-miłości musi się od początku do końca utrzymywać w granicach podyktowanych wewnętrznym ładem miłości osobowej, z pełnią uszanowania dla struktury i dynamizmu chwil intymnego zjednoczenia.

Przytulanie się w formie jedynie kochającego, powierzchownego wzajemnego objęcia też może być różnie podejmowane i rozumiane. Jeśli to będzie objęcie się pełne dystansu i subtelności, krótko trwałe i podjęte z czystą intencją, może zapewne cieszyć się Bożym błogosławieństwem.
– Gdyby jednak ci dwoje tak się tulili, żeby dobrze odczuwać kształty swojego ciała, a zarazem żeby to przytulenie ich podnieciło, trudno będzie uznać je za czyn dobry, nie naruszający Bożej obecności w sercu.

Jak już szereg razy zwrócono uwagę: dodatkowym obciążeniem przy etycznej ocenie tulenia się do siebie – chociażby np. przy całowaniu, stają się równolegle podejmowane dotyki. One zaś są obliczone w zasadzie na wywołanie podniecenia zmysłowego. W takiej sytuacji wewnętrzne sanktuarium sumienia, w którym przebywać pragnie Bóg, nie może poczuwać się do zachowania czystości intencji i działania.
– Niechby tych parę ogólnie sformułowanych uwag wystarczyło.


Jeśli dwojgu narzeczonych szczerze zależy na przejrzystej czystości serca w Obliczu Bożym – ale i wobec siebie nawzajem, wskazane jest by oboje wyraźnie umówili się od samego początku tak, jak to było w przypadku wyżej już przytoczonego opowiadania o takich dwojgu, którzy doszli do Ołtarza przy zachowaniu rzeczywistej czystości serca. Postanowili oni sobie całkowitą czystość – i tego się do końca jednoznacznie trzymali. Mimo iż i w ich żyłach krążyła żywa krew, a nie jedynie ‘sok malinowy’. Toteż zgodnie z przyjętym umówieniem się i postanowieniem, nie doszło między nimi ani do pocałunku, ani objęcia się. Warto przytoczyć to świadectwo jeszcze raz (zob. wyż.: „Bez pocałunku, bez obejmowania się” :

„... Chciałabym podzielić się z wami moimi doświadczeniami i rozważaniami dla nie związanych małżeństwem.
‘Całowanie się’ przyjmuje się co prawda po całym świecie jako sprawę całkiem niewinną. Niemniej pokusa do grzechu działa wtedy silnie. Człowiek zakochany i zaślepiony nie widzi już błędów tego drugiego. Mam nadzieję, że w tej chwili znajdę zrozumienie: piszę z perspektywy doświadczenia. Jestem w wieku 40 lat, mam 4 dzieci, a stażu małżeńskiego mam ponad 15 lat.
– Dla mnie nie było rzeczą prostą znaleźć mężczyznę, który by był odpowiedni dla mnie zgodnie z Wolą Bożą. Któregoś wieczoru znowu dużo się w tej intencji modliłam. Obawiałam się, czy będzie to naprawdę ten właściwy, z którym byłam zaprzyjaźniona. W swej niepewności modliłam się o jakiś znak, i taki rzeczywiście otrzymałam. Pewność odnośnie do tego, że znalazłam się na ścieżce Bożej Woli, dodaje mi sił i radości przez całe me życie.
– Zanim poznałam mojego męża, byłam zaprzyjaźniona z innym. Wybrałam się z nim nawet wraz z grupą pielgrzymkową do Fatimy – trwała ona 18 dni, a ja miałam wtedy 21 lat. Nie pocałowaliśmy się ani razu, ani nie objęliśmy się. Gdy człowiek jest sobie świadom tego, dlaczego tak być winno i że to będzie dla nas normą, da się to całkiem dobrze wprowadzić w czyn i człowiek przyjmuje to za rzecz całkiem normalną, że zachowujemy się względem siebie jak brat i siostra.
– Zdaję sobie sprawę, że gdybyśmy się pocałowali, to ja bym na nim ‘zawisła’. Ale wątpię, czy w takim wypadku byłabym wtedy tak szczęśliwa i zadowolona, jak to jest obecnie. Zawsze tylko szukać Woli Bożej, modlić się i wiernie wypełniać swoje obowiązki z miłości do Boga: oto dewiza, która dopomoże pięknie przejść przez życie” (FMG-Information, Nr 61, 37b).

Czy nie są zachwycające te proste słowa owej 40-letniej już matki, która pisze obecnie, z dużej perspektywy, o dniach swego narzeczeństwa z tak wielką szczerością: „Gdy człowiek jest sobie świadom tego, dlaczego tak być winno i że to będzie dla nas normą, da się to całkiem dobrze wprowadzić w czyn i człowiek przyjmuje to za rzecz całkiem normalną, że zachowujemy się względem siebie jak brat i siostra” ?


A może by przytoczyć tu fragment jeszcze innego listu, innej mężatki. Wspomina ona – również już z perspektywy dłuższego życia w małżeństwie i rodzinie – o tym, jak oboje wytrwali w czystości do końca. Mimo iż dysponowała ona całym pustym domem, i gdyby chciała, mogła w domu, czyli ‘u siebie’, bez najmniejszych przeszkód ze strony kogokolwiek, postępować w chwilach odwiedzin ze strony narzeczonego, co by im się tylko podobało. Oto jej słowa:

„... Ksiądz nie wie, co pisać o ‘dziewictwie’. Jeśli bym mogła coś wtrącić, to dopowiedziałabym tak z własnego doświadczenia, jak zachować ten ‘skarb’ do ślubu.
Jeśli narzeczeni chcą zachować czystość, najlepiej żeby jak najmniej przebywali sam na sam w domu. Bo wtedy jest najwięcej pokus. A te najczęściej rozwijają się od najbardziej niewinnego ‘pocałunku’.
Gdy ja spotykałam się ze swoim dzisiejszym mężem, mieszkałam w domu sama – i wiem, co mówię.
W chwilach pokus – staraliśmy się zawsze gdzieś wyjść. Bo zdawaliśmy sobie sprawę, czym to się może skończyć.
Co innego już kilka lat po ślubie: wtedy już takiego silnego pociągu do siebie się nie odczuwa. A w narzeczeństwie jest zupełnie inaczej: wszystko jest takie nowe i pociągające.
– Moje koleżanki zazdrościły nam ‘wolnej chaty’. Myślały, że nie wiadomo co my tam wyprawiamy. A my poszliśmy ‘pod prąd’.
Ale za to po ślubie – mąż podziękował mi, że byłam tylko dla niego. To była dla mnie ogromna radość, dla niego też. On też nie miał żadnych doświadczeń. Nie musiał mi tego nawet mówić: to się da zauważyć.
– Z drugiej strony brak doświadczeń z innymi partnerami jest dobry też z tego powodu, że nie ma porównań, i nie ma żalu, że np. że z tamtym było mi w łóżku lepiej, niż teraz z mężem. Coś takiego słyszałam od koleżanki z pracy. Męża ma dobrego, ale w łóżku im ‘nie wychodzi’ – i ona tęskni za tym poprzednim partnerem, z którym jej było dobrze ...” (email: 5.II.2010: Kinga).

(3.5 kB)

3. Miłość przez decyzję na współżycie?

(2.8 kB)

Przejście na współżycie

Wiele par narzeczeńskich ... nie wytrzymuje w czystym kształtowaniu swych odniesień. Znają aż nadto dobrze Boże przykazanie, które w bardzo szczególny sposób dotyczy ich etapu życia: „Nie będziesz cudzołożył” (Mt 19,18). O przykazaniu tym jednak w swych przedłużających się spotkaniach ... najmniejszym słówkiem nie wspominają.

Przykazanie to ... niezbyt ich ‘cieszy’. Jak bardzo niektóre pary wolałyby, żeby takiego przykazania ... nie było! To jednak jest z góry niemożliwe. Przykazanie to pochodzi od Boga, który aż nadto dobrze zna ludzką naturę. I dobrze wie, co służy jego prawdziwemu dobru: w sensie natychmiastowym, a tym bardziej w perspektywie nieuniknionych spraw ostatecznych.

W tej sytuacji niektóre pary zakochanych – a jest ich być może bardzo wiele, mimo iż jest też wiele par, które dochowują wierności Słowu Bożemu – przechodzą prędzej czy później na pieszczoty coraz bardziej i bardziej zaawansowane i podniecające, aż w końcu dochodzi do podjęcia po raz pierwszy stosunku płciowego. Skoro zaś granica dotąd nieprzekraczalna została mimo wszystko przekroczona, wznawianie dalszych stosunków staje się z upływem czasu praktyką coraz częstszą. Pojawiający się początkowo jakiś opór rozpływa się coraz bardziej. Życie jak w ustabilizowanym małżeństwie staje się w końcu ‘chlebem’ niemal na co dzień.


Niemało jest z kolei takich ‘par’, które są, i zarazem nie są ‘parą’. Poznali się, uzgodnili pewne sprawy pomiędzy sobą, zaczynają żyć ze sobą. Wszystko dzieje się tu bez jakichkolwiek zobowiązań: w każdej chwili mogą się bez żalu rozejść. Znają się po prostu – i żyją ze sobą, mają wspólne mieszkanie. Obojgu jest wygodnie ze sobą, a ponadto i przyjemnie. O dalszej przyszłości ze sobą nie rozmawiają.
– Pary takie w zasadzie od początku przechodzą na daleko posuniętą intymność. Uprawiają ‘seks’ we wszystkich możliwych wariantach: w formie pettingu, seksu oralnego i innych formach sprzecznych z naturą człowieka: osoby. Podejmują oczywiście też stosunki seksualne.

Czy tacy dwoje – narzeczeństwa względnie nie-narzeczeństwa, zdają sobie sprawę, że wkraczając na teren intymności, uzurpują dla siebie władzę, jakiej nie posiadają, i nigdy jej posiadać nie będą? Trzeba by najpierw być ‘bogiem’, by móc zmienić Boże stworzenie, w tym przede wszystkim Boży ład związany z godnością człowieka jako osoby wezwanej do życia wiecznego: ład miłości wyrażający się w Dziesięciorgu Bożych przykazań (zob. jeszcze raz wyż.: „Ponownie pytanie: właściciel a zarządca”). Ale: kto by w chwilach ‘zakochania’ miał się fatygować myśleniem o ... Bogu i przejmować się niepokojem trochę krzyczącego swego sumienia?

Samozwańcze wkraczanie na teren intymności jako ‘niezbywalnego prawa przysługującego parom zakochanych’ sugeruje oczywiście Zły: Szatan. Jest on ‘mistrzem’ w „zwodzeniu całej zamieszkałej ziemi” (Ap 12,9). On to wmawia człowiekowi dozwoloność wszystkiego, co wprawdzie wyraźnie sprzeciwia się miłości Trójjedynego, ale w zamian jest to „... smaczne do skosztowania, a także, że jest to przedmiotem ponętnym dla oczu” (Rdz 3,6).

‘Zły’ celuje w chytrym (por. 2 Kor 11,3; zob. też: „Chytrze zastawione sztuczki uwodzicielskie”) prezentowaniu człowiekowi pożądliwości sztuczek ‘seksu’ (= redukcji osoby do rzędu rzeczy-do-wyżycia-się) jako szczytu wyrażania sobie ‘gorącej miłości’. Byle tylko jak najskuteczniej „... wykorzystać dzieło stworzenia przeciw zbawieniu, przeciw przymierzu i zjednoczeniu człowieka z Bogiem” (DeV 27). Zwykle udaje mu się w ten sposób nietrudno odwrócić dotychczasowe zawierzenie człowieka pokładane w Bogu Miłości, a przenieść je w ślepe zawierzenie sobie: Złemu (zob. DeV 37: „otwarcie się tejże wolności ... wobec tego, który jest ‘ojcem kłamstwa’ ...”). Kto by zaś miał się przejmować na razie odległą perspektywą ... życia wiecznego oraz tym, co Apostoł Narodów wyraził tak zwięźle – ku otrzeźwieniu: „... Postanowione [jest] ludziom raz umrzeć. A potem ... sąd ” (Hbr 9,27)!

(2.2 kB)

Perspektywy małżeństwa

Wiele par osób ‘zakochanych’ perspektywy ewentualnego związania się węzłem małżeństwa w ogóle nie podejmuje. Scenariusz układa się często następująco: dziewczyna ustępuje coraz bardziej i bardziej naleganiom chłopca i udostępnia swoje ciało centymetr po centymetrze. On jej wmawia, że skoro ma tu jakieś opory, widocznie go nie kocha. Kierując się tak manipulowanym pojmowaniem ‘miłości’ pozwala mu stopniowo na coraz więcej. Łudzi się nadzieją, że jej chłopiec stanie się w końcu jej mężem. Zdąża ona przecież szczerze do ustabilizowania swego życia i związania się na dobre małżeństwem, które stałoby się gniazdem stopniowo powstającej rodziny.

Boli ją w sumieniu i nieustannie ‘gryzie’ fakt, że w uprawianiu ‘seksu’ zaszła tak bardzo daleko. Wyczuwa doskonale, że cały ten ‘seks’ nie ma nic wspólnego z ‘miłością’ godną tego miana. Doświadcza coraz jaśniej, że w owym ‘seksie’ on kocha siebie, ale nie jej! Posługuje się jej ciałem do ...przeżycia swego samogwałtu. I to nazywa ‘miłością’. Oboje układają życie na co dzień, jakby mieli już wieloletni staż małżeństwa za sobą.
– Równocześnie zaś musi ona wyznać, że ilekroć usiłuje skierować rozmowę na temat związania się rzeczywistym małżeństwem, a przynajmniej perspektywy zawarcia ślubu, jej chłopiec – narzeczony, a może wcale nie ‘narzeczony’, odpowiada bardzo wymijająco, przekładając poważniejszą rozmowę na ten temat na kiedy indziej, albo ucinając z miejsca wszelkie próby podjęcia dyskusji na ten temat.

W poprzednich rozważaniach przytaczaliśmy tego rodzaju wyznania dziewcząt. Przechodziły one nieraz bez większego oporu na współżycie, nie mając żadnej pewności, czy dany chłopak myśli, czy też absolutnie nie myśli o małżeństwie. Chłopiec myśli wtedy przecież często przede wszystkim o ‘dziewczynie-seksie’ do skorzystania z jej kobiecego ciała. Tym bardziej gdy ona się udostępnia ... ‘za darmo’ (zob. wyż. np.: „Z korespondencji Krysi-Władka” – oraz: „Zwierzenia Ani i Wiesława”).

Dziewczyna zdaje sobie z coraz większą oczywistością sprawę, że postawa jej ‘ukochanego’ staje się typowym uchylaniem się od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Wyczuwa coraz bardziej niedwuznacznie, że on ją jedynie zwodzi. Jednocześnie zaś ten jej Ukochany, któremu przecież zaufała i jego ukochała, trzyma ją niewolniczo ‘na uwięzi’: jakby pieska na pasku ... ‘seksu’. Jemu jest z tym dobrze. Dzięki niej może uprawiać jako ‘freeware – towar darmowy’ – swój u-atrakcyjniony ‘samogwałt’. Ona mu przecież na wszystko pozwala: ... ‘z miłości’ dla niego!

Niemożliwe, żeby dziewczyna z biegiem czasu nie odczuwała coraz bardziej dojmująco, że głębia jej kobiecego jestestwa zostaje przez jej ‘ukochanego’ w sposób systematyczny poniżająco sponiewierana. Rozumie z coraz większą wyrazistością, że stała się ofiarą ‘seksu’ swego niby ją kochającego chłopaka. To co on nazywa ‘miłością’, jest wszystkim innym, a nie ‘miłością’, za którą tęskniła i której od niego oczekiwała.

Przy tym wszystkim nie znajduje ona w sobie na tyle siły, by stanąć obiema nogami zdecydowanie po stronie Chrystusa i Bożych przykazań. Widzi tylko coraz jaśniej, że Bóg miał ‘rację’, wręczając człowiekowi – a także im obojgu, swoje Dziesięcioro przykazań. Dostrzega, że przykazania te są wyrazem Bożej zatroskanej, ale najwyższej miłości dla człowieka, stworzenia Jego umiłowania.
– Dziewczyna próbuje lawirować: pomiędzy Chrystusem z całym radykalizmem Jego Ewangelii, a tym który jest ‘Zły’ i nieustannie kusi do ignorowania Bożych oczekiwań. Takie lawirowanie jest jednak z góry skazane na niepowodzenie. Jak dobitnie daje Jezus do zrozumienia:

„Nikt nie może dwom panom służyć.
Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował;
albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi ...” (Mt 6,24).

(2.2 kB)

Łamanie przykazania jako ‘świadectwa wiary’ wobec chłopca

Jeśli chłopiec, któremu dziewczyna bez większego oporu pozwala praktycznie ‘na wszystko’, przy czym on sam nie jest zbyt religijny, podczas gdy ona pochodzi z rodziny, w której pielęgnowano życie według przykazań, i rodzice jej być może niejednokrotnie bardzo na nią nalegali, żeby dochowała wierności Chrystusowi na etapie chodzenia z chłopcem – można sobie wyobrazić, jak ten chłopiec zareaguje na postawę jej ‘Nie’, gdyby w imię wierności Chrystusowi przynajmniej odtąd nie pozwoliła się więcej dotknąć.

Jeśliby jego reakcją na jej powrót do Bożego przykazania miało być zdenerwowanie, lub gorzej: wybuch gniewu wraz z groźbami pod jej adresem, stałoby się to nieomylnym świadectwem, iż on tej dziewczyny nigdy nie traktował jako narzeczonej. Korzystał jedynie z jej ‘usług’ seksualnych jako z ‘dziwki’. Podchodził do jej ciała płciowego czysto utylitarystycznie: ‘użytkowo’. Ona ‘dawała-pozwalała’, on wszystko co się dało – ‘brał’ i na niej seksualnie się wyżywał. Widział przecież, że ona bez większego oporu dawała mu dostęp do wszystkich możliwych zakresów swojej intymności.

On sam z kolei o wierze w ogóle się nie wypowiada. Udaje, że wymagania w zakresie moralności – to temat nie dla niego.

Natomiast tego, co on w swym sercu myśli o tej dziewczynie, można się nietrudno domyśleć. Nie ma wątpliwości, że tej dziewczyny nie poważa. Widzi na co dzień, co ona sobą prezentuje.
– Jeśli ona wyznaje przed nim swoją wiarę w Chrystusa, słowa te stają się jednym wielkim czynnym zaprzeczeniem jej świadectwa o Chrystusie. Swoją postawą wobec chłopca i udostępnianiem mu siebie bez większego oporu składa ona chcąc nie chcąc utrwalające się wyznanie ‘wiary’ o tym, kim dla niej jest ten ‘Chrystus’ w którego rzekomo wierzy, a równolegle: kim Chrystus jest dla jej ... ‘chłopaka’.

(11 kB)
Objaśnienie

On to wszystko chcąc nie chcąc zauważa. I dochodzi do podstawowego, jego zdaniem nieodpartego wniosku, że Chrystusowymi przykazaniami nie ma się co przejmować ! Nie ma żadnego obowiązku kierowania się przykazaniami Bożymi! Są one być może ‘dobre’ dla jakiejś wąskiej, elitarnej grupy zwolenników ‘religii’ i czcicieli Chrystusa. Większość ludzi absolutnie nie musi zważać na Chrystusa!
– Jeśli Chrystus w ogóle istnieje – a podobno jakoś ‘istnieje’, niech sobie istnieje i mieszka ... w ‘Niebie’. Nie jest On jednak partnerem dla tych, którzy się kochają! W każdym razie nam jako narzeczonym, albo po prostu: żyjącym ze sobą seksualnie, Chrystus absolutnie nie ma nic do powiedzenia, ani tym bardziej do podyktowania.

Skoro bowiem ta moja dziewczyna tyle mi mówi o Chrystusie i o Bożych przykazaniach, a mnie tak łatwo – wbrew tym Chrystusowym przykazaniom, seksualnie ulega, a ponadto po stosunku i ‘wyseksowaniu się’ do syta już nic nie wspomina o ewentualnych Bożych sankcjach w następstwie przekraczania tychże przykazań, znaczy to dla mnie jedno:
– ten Chrystus i te ‘Boże przykazania’ są rzeczywistością jedynie ‘malowaną’! Dosadniej mówiąc: Chrystus i Jego przykazania – to czysta fikcja !

Oto bezpośrednie konsekwencje ‘dawanego świadectwa’ Chrystusowi, w którego dziewczyna rzekomo ‘wierzy’, ale swym postępowaniem i uleganiem chłopcu na każde jego skinienie tę wiarę – prawdopodobnie ku wielkiemu zdumieniu chłopca – całkowicie przekreśla.

To samo dotyczy oczywiście sytuacji odwrotnej: gdyby dziewczyna była ‘ateistką’, a przynajmniej udawała że taką jest, a doprowadzała swego chłopca deklarującego się przed nią jako głęboko wierzącego – bez większego oporu do uprawiania ‘seksu’.

(2.2 kB)

Czy gniewać się na Boga za Jego przykazanie?

Nieprawdopodobne, żeby z chwilą przejścia na współżycie, a chociażby uprawiania samego tylko ‘pettingu’, tzn. obopólnego zabawiania się swą intymnością i doprowadzania się do przeżycia seksualnego, nie pojawiła się niemal natychmiast perspektywa potencjalnego rodzicielstwa. Na razie jednak pomijamy ten aspekt działań tych dwojga.

W bieżącym rozdziale nawiązywaliśmy do rozpowszechnionego w niektórych środowiskach dziewczęcych i panieńskich wystawiania swego dziewictwa ‘na sprzedaż’ – za mniejszy lub większy grosz, który można by przy okazji zarobić, na cel niekiedy jak najbardziej chwalebny. Za jaką to się jednak dzieje cenę?

Może przypominamy sobie z poprzednich rozważań dziewczynę, która w swej korespondencji z piszącym tu kapłanem napisała w pewnej chwili, że zdecydowała się dłużej już nie czekać z podjęciem (wreszcie) współżycia ze swym Ukochanym, powołując się na swoją ‘prawdziwą, wielką’  miłość pisaną od dużego ‘M’. Przypomnimy jej pełne oburzenia słowa pod adresem kapłana, na jej sofistycznie sformułowane słowa i argumenty przeciw samym Bożym przykazaniom:

„... Może Ksiądz skrytykuje mnie za brak wiary, ale ja oprócz wiary (serca) również myślę (mam rozum). Każdy, choć trochę inteligentny człowiek orzeknie, że nie ma rozumu bez serca, i serca bez rozumu. Jestem już osobą dojrzałą (NB.: 20 lat) i chyba mogę przemyśleć moje postępowanie. Stąd też zgadzam się z Księdza pracą, gdy rozpatruję ją z punktu widzenia wiary. Ale gdy skonfrontuję ją z życiem, jest to wielki niewypał.
– Nie mogę znęcać się moralnie i fizycznie nad kochaną osobą, nad kochającą mnie osobą. Jest przecież przykazanie: o dbaniu o własne zdrowie. Człowiek ten (narzeczony) przecież pobudza się nie tylko na mój dotyk, ale i na dźwięk głosu, a nawet obserwując mnie. Czy mam mu wszystkiego zabronić, gdy on oddaje mi się całkowicie, podporządkowuje się mej woli, jednym słowem sam wchodzi ‘pod pantofel’? – Nie, nie wolno mi tego robić! Ból nabrzmiałych nasieniowodów, obolałych jąder – jest nie do zniesienia! Wprowadziłabym go w onanizm, lub co gorsza, aby uległ jakiejkolwiek innej kobiecie. Muszę mu pomóc, jeżeli chcemy i mamy żyć razem. Choćby miał mnie nawet porzucić (w co wątpię), muszę mu pomóc. Ja go kocham i nie mogę patrzeć, jak on się męczy. To nie jest godne osoby, która kocha Boga! Bo Bóg sam powiedział, że jeżeli pomożecie jednej z tych istot, to Mnie pomożecie. Ja oprócz człowieka muszę w nim widzieć i Boga. A czy ścierpiałaby osoba wierząca mękę Boga? Nie, i jeszcze raz nie!
– Mój przyszły małżonek oprócz mąk cielesnych doznaje i duchowe. Nieraz spotykam go we łzach, gdy nie chciałam mu ‘pomóc’. Tłumaczył to, że uznaję go nie za najdroższą osobę, ale jako chuligana z ulicy, który przyszedł załatwić swoje potrzeby, za które zapłaci i odejdzie. Nie, tak nie można!
– Dlatego – wbrew radom Księdza i dobrym tłumaczeniom z punktu widzenia religii – uległam. Może mnie Ksiądz potępi, ale czy Bóg mnie potępi, tego nie wiem. Bóg przecież wszystko widzi i wie, że tutaj nie było innego wyjścia ...” (zob. wyż. Z burzliwej korespondencji p. Celiny: List 2: VII.1982).

Jesteśmy tu świadkami korespondencji, która zakończyła się ze strony owej dziewczyny 20-letniej, siebie określającej jako dysponującej „prócz wiary również myśleniem-rozumem”, realnymi groźbami na życie kapłana. Realizację owych ‘gróźb’ miał przeprowadzić jej chłopiec. Wszystko to jedynie dlatego, że kapłan ośmielił się przypomnieć Boże przykazania.

Listy owej 20-letniej dziewczyny aż się roją od nagromadzonej sofistyki. Dziewczyna twierdzi, że przez ofiarowanie narzeczonemu swego dziewictwa wyraża ona miłość ku Bogu jako spełnienie Bożego przykazania miłości bliźniego ...
– Bóg oczywiście nigdy nie działa w sprzeczności z sobą samym. Jest rzeczą zgoła niemożliwą, żeby jedno Boże przykazanie mogło być sprzeczne z drugim Bożym przykazaniem.

Sam zaś Jezus wielokrotnie podkreślał hierarchię obowiązującą w zakresie miłości bliźniego. Bezwzględne pierwsze miejsce musi zajmować zawsze sam Bóg – i tylko On:

„Starajcie się naprzód o Królestwo Boże i o Jego sprawiedliwość,
a to wszystko będzie wam dodane ...” (Mt 6,33; Łk 12,31).

Oraz – w ścisłym nawiązaniu do hierarchii bliźnich w ich zestawieniu z bezwzględnie pierwszym miejscem Boga:

„Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzin.
I kto miłuje syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien.
Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien.
Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z Mego powodu, znajdzie je” (Mt 10,37nn).

Słowa Jezusa nie pozostawiają wątpliwości. Nigdy mąż czy żona, ani dziecko itd. nie może być postawiony wyżej, aniżeli bezwzględna wierność Bogu i Bożym przykazaniom. Wszelka dyskusja staje się w tym względzie sprawą po prostu bez-przedmiotową.

Jeżeli ta dziewczyna wciąż się godziła na to, żeby ją chłopiec dotykał po całej jej kobiecej intymności, pozwalała mu na to, by ją pieścił, a może sama go na to naprowadzała, jakżeż miało nie dochodzić u niego, ale i u niej – do nieustannego napięcia seksualnego?

Niezależnie od tego wciąż aktualne pozostaje podstawowe pytania, które odgrywają tu rolę kluczową. Zwracaliśmy na to uwagę już wielokrotnie. Pytania te powtórzymy tu w skrócie:

Kto wam na to pozwolił?
Czy jesteś właścicielem siebie samego, siebie samej?
Czyś ty siebie sam stworzył, czy też w istnieniu jesteś od kogoś totalnie zależny?
Czy jesteś właścicielem siebie samego, czy też tylko zarządcą – ty cały łącznie ze swoją płciowością?
Bóg ci na ten teren wkraczać nie pozwala. Wprowadzi on na teren intymności Ciebie i tego drugiego ponad wątpliwość, ale dopiero w momencie zawierania ślubu: sakramentu małżeństwa.

Natomiast pozwala zdobywać ten teren – centymetr po centymetrze, a nawet zmusza do zwycięskiego zdobycia go ‘szturmem’ ten, który jest z istoty swej ‘Zły’. On jednak jest niezdolny życzyć człowiekowi, w tym również tym dwojgu, jakiegokolwiek ‘dobra’! Tego zaś stwierdzenia ci dwoje w żaden sposób przyjąć do wiadomości ... nie są łaskawi!

On to, ten ‘Zły’, podsyca pożądliwość ciała, wmawiając tym dwojgu perfidnie, że tak dopiero wyrażą sobie swoją gorącą ‘miłość’! Byle wszystko się działo na przekór rozwiązaniom zaproponowanym przez tego ’nie-dobrego’ Boga (zob. do tego wyż.: Kto Wam na to pozwolił - oraz: Kto pozwolił? – Człowiek tylko zarządcą siebie).

Czyżby to wszystko, co tu mówi kapłan, miało być obliczone na to, żeby gruntownie popsuć całą radość spotkań pomiędzy narzeczonymi?

Dziecko Boże – i Wy Oboje: Dzieci Boże!
Nie gniewajcie się – ani na kapłana, ani tym bardziej na Boga!
Bóg walczy o to, żeby miłość – miłością była. A nie ... uprawianiem samogwałtu we dwoje, z świadomym zadawaniem kłamu sobie wzajemnie, że TO dopiero nazywa się ‘miłością’.
Czujnie strzeżona czystość i stan łaski uświęcającej w chwilach wzajemnych spotkań – staje się „szatą godową”, która promieniuje tym „blaskiem Bożej Chwały”, jakim Bóg-miłość obdarzył pierwszych rodziców w chwili ich stworzenia.
Byli oni od samego początku ‘nadzy’. A przecież tej swojej ‘nagości’ nie zauważali.
Dopiero po upadku spostrzegli się nagle, że są ... „nadzy”. Naraz – dopiero teraz, w sytuacji zatem już popełnionego grzechu, gdy Szatan zdarł z nich dotąd ich okrywający „Blask Chwały” – a stało się to za ich dobrowolnym przyzwoleniem, ‘wygrali’ oni na grzechu ... sami dla siebie, ale i dla całej rodziny człowieczej aż do końca czasów ... tyle:
(0,6 kB)„I otwarły się oczy ich obojga: doszli do poznania, że są nadzy!
(0,6 kB)Spletli więc gałązki figowe i sporządzili sobie przepaski
...” (Rdz 3,7).

(2.2 kB)

‘Seks’ ... oczywiście z ‘ochroną’

Jeśli partnerzy, a chociażby narzeczeni, przechodzą na podejmowanie stosunków seksualnych, jest rzeczą niemal w 100% pewną, że się wtedy ‘zabezpieczają’.

Na temat ‘zabezpieczania się’ przed ciążą mówiliśmy na naszej stronie już tak wiele razy! Gdyby ktoś nie pamiętał, wskażemy dla przypomnienia jeszcze raz, z naszej strony, udokumentowane popularno-naukowe omówienie mechanizmu działania coraz innych środków zapobiegania ciąży. Sprawy te były przedmiotem analizy i omówienia zwłaszcza w części II, w jej rozdziale 3 (zob. dokładniej:  „Działania ‘contra’: Co na to medycyna?”. – Zob. również: „Spowiedź święta małżonków z grzechów przy współżyciu małżeńskim”).

Ponadto wskazane jest przeglądnąć ponownie część III naszej strony – jej rozdział 3 i 4 (zob.: „Kochamy się – tylko że ... Dziecko!” oraz: „Współżycie przedmałżeńskie: czy naprawdę miłość”). Są to dwa rozdziały, których pierwszy omawia podejmowanie współżycia z uwzględnieniem możliwości poczęcia, a następny rozdział – niezależnie od tego, czy stosunek płciowy doprowadzi czy nie do poczęcia: czy takie wyrażanie sobie ‘miłości’ istotnie jest, czy nie jest ‘miłością’ godną tego miana.

Wypada ponownie podkreślić z całą mocą i w poczuciu odpowiedzialności za te słowa: nie ma żadnych środków zabezpieczających przed samym tylko „poczęciem”. Wszystkie techniki sekso-biznesu są zawsze jednocześnie środkami poronnymi.

Dotyczy to również stosowania „prezerwatywy”, którą do niedawna – a w wielu środowiskach nadal, uważano względnie usiłuje się uważać za środek jedynie ‘niewinny’: uniemożliwiający przedostawanie się dalej plemników.

O ‘poronnym’ działaniu również prezerwatywy w jej różnych odmianach (męskich i damskich) mowa jest na naszej stronie internetowej pod koniec rozdz. 3 w części II (zob. dokładniej:  „Prezerwatywa: złudna ‘skuteczność’ tego – również poronnego – środka”).

W nawiązaniu do poczytalności moralnej trzeba stwierdzić ponownie to, co na wielu miejscach naszej strony zostało każdorazowo jasno uwydatnione. Poczytalność moralna i odpowiedzialność osób, sięgających po jakiekolwiek techniki poronne dotyczy również takich sytuacji, kiedy to w tym konkretnym cyklu danej kobiety do poczęcia w 100% nie doszło. W oczach Bożych liczy się sam akt wolnej woli, potwierdzony następnie sięgnięciem po jakikolwiek środek poronny – niezależnie od tego, czy pociągnie on zgładzenie Poczętego, czy nie.

Ci dwoje nie wymówią się w żaden sposób od intencji i determinacji jaka towarzyszy ich decyzji użycia danego środka. Ich wolą jest:
– stosunek i przeżycie winno mieć miejsce;
– natomiast dziecka – obojętne czy w następstwie podjętego stosunku poczęcie zaistnieje czy nie, ma nie być.

Intencja ta jest zatem za każdym razem równoznaczna z wyraźną determinacją i jasno wyrażoną wolą pozbawienia życia ewentualnie Poczętego. Nikt i nic nie uchyli tej odpowiedzialności i poczytalności jednego i drugiego z działających tu partnerów, którzy podjęli stosunek przy użyciu środka poronnego.

Doświadczenie (chociażby i spowiedziowe ze strony kapłana) prowadzi do wniosku, że na penitentach, którym kapłan uświadamia fakt, iż ich współżycie seksualne staje się jednym ciągiem woli uśmiercania dziecka podobno ich obopólnej ‘miłości’ – cykl w cykl, nie czyni ani na kobiecie, ani na mężczyźnie żadnego wrażenia.

(7.2 kB)
Objaśnienie

Zdarza się, że kapłan zadaje penitentowi wyznającemu taki właśnie grzech, wyraźnie pytanie:
„Czy ty wiesz, jaki jest mechanizm działania użytego przez ciebie, przez was oboje – środka”? Penitent odpowiada wtedy niemal w 100% bez wahania: „Wiem”! Gdy kapłan poprosi dalej (jeśli jest na tyle ‘czasu’): „Czy możesz mi przedstawić nieco dokładniej mechanizm działania użytego przez was środka” ? Wtedy penitent zwykle milknie.
– Kapłan przedstawi mu wtedy skrótowo sam od siebie śmiercionośny mechanizm działania użytego środka. W konkluzji jednak kapłan odnosi zwykle wrażenie, że wyjaśnienie to nie dociera do świadomości penitenta.

Bywa jednak, że niektórzy penitenci przechodzą wtedy na agresję w stosunku do spowiednika. Kapłanowi nie pozostaje wtedy nic innego jak tylko wyjaśnienie:

– „Działam w tej chwili w sakramentalnym uobecnieniu Boga-Człowieka Jezusa Chrystusa. Nie mogę udzielić rozgrzeszenia, czyli szafować Krwią Odkupienia – w błoto: jako ‘błogosławieństwa’ udzielonego na popełnianie już nie grzechów ciężkich ‘zwyczajnych’, lecz w tym wypadku zbrodni-za-zbrodnią.
– Pytam zatem, Dziecko Boże: czy życzysz sobie rozgrzeszenia?
– Jeśli tak, zdajesz sobie sprawę, że warunkiem rozgrzeszenia jest decyzja na całkowite, natychmiastowe odstawienia tabletki, plastrów, prezerwatywy – z postanowieniem, że do tych technik już nie powrócę.

Gdyby środek poronny miał dotyczyć założonej ‘spirali’, istnieje nieznaczna różnica, wyjaśniona na wyżej wskazanym miejscu niniejszej strony internetowej (cz.II, rozdz. 3). Spirala może być usunięta dopiero pod koniec najbliższego krwawienia – ze względów ściśle medycznych (nie wolno podejmować zabiegów na szyjce, gdy jej błona śluzowa jest rozrośnięta).

Dopóki penitent nie wypracuje w swoim sumieniu takiego postanowienia – a to samo dotyczy oczywiście każdego innego sposobu dopuszczania się grzechu ciężkiego (np. stosunków przerywanych, pettingu, seksu oralnego ...), kapłan ma zablokowane ręce i rozgrzeszenia udzielić nie może. Gdyby je udzielił, sam by się dopuścił świętokradztwa, rzucając Bożą Krew Odkupienia w błoto, a udzielone rozgrzeszenie i tak by było z góry nieważne. Kapłan będzie musiał powiedzieć osobie penitenta, że w tej sytuacji jest on na razie nieprzygotowany należycie do uzyskania rozgrzeszenia Bożego. Zapewni też penitenta, że będzie się modlił w jego intencjach, by otworzył się sercem na Boże warunki uzyskania daru Chrystusowej Krwi odpuszczenia.
(Zob. do tego tematu również duży artykuł, z gruntowną dokumentacją: Wierność spowiednika wierze Apostolskiej: ‘pod’ Piotrem i ‘z’ Piotrem – szczególnie zaś jego § A, pt.: Boży ład w sferze płciowości a wolność wyboru; § B: Pouczenia sprzeczne z Magisterium Kościoła; § C: Blokowanie potencjalności rodzicielskiej aktu; itd.: praktycznie cały długi artykuł. – Oraz pod jego koniec: § G: Dopowiedzenia, ad (3): Odmowa rozgrzeszenia).

Każde rozgrzeszenie jest sprawą Krwi Odkupienia Boga-Człowieka, Jezusa Chrystusa. Jest to akt zbyt poważny, by go można było np. wymusić na kapłanie np. w formie tylko ‘jednorazowego’ rozgrzeszenia ze względu na jakąś uroczystość, na której wypada przystąpić do Komunii św.
– Takiej możliwości: uzyskania rozgrzeszenia tylko na ‘ten jeden raz’ – po prostu nie ma. Decyzja w chwili spowiadania się musi być definitywna-ostateczna, chociażby penitent aż nadto zdawał sobie sprawę, że długo w stanie łaski nie wytrzyma, i przy najbliższej okazji znowu najprawdopodobniej ... upadnie.
– Obszerniej omówione zostały warunki dobrej, ważnej spowiedzi świętej wyż., w części IV (rozdziały: 3-4-5). Do nich Drogiego Czytelnika w razie potrzeby odsyłamy.

Jakie płyną wnioski z przedstawionego rozważania o podejmowaniu stosunków seksualnych na etapie przed-małżeńskim, z zasady łącznie z sięganiem wówczas po poronnie działające środki zapobiegania ciąży (skoro inne po prostu nie istnieją)?
– Wniosek pod kątem rozgrzeszenia w sakramencie pokuty-pojednania jest jeden: trzeba się całkowicie wycofać z wszelkich form czułości i ‘miłości’, których nie da się pogodzić z brzmieniem Bożego przykazania (VI i IX, a także słowami Jezusa o pożądliwym spoglądaniu na kobietę; oraz przykazania V-go).

Warunkiem rozgrzeszenia jest wobec tego decyzja (a nie tylko ‘chęć’ względnie niezbyt zobowiązujące ‘postanowienie’) na całkowite wycofanie się z tych zakresów wzajemnej bliskości, które byłyby przekroczeniem poprzednio omówionej Bożej ‘cezury’ pomiędzy narzeczeństwem a małżeństwem (zob. wyż.: „Boża cezura między narzeczeństwem a małżeństwem”). Ci dwoje muszą się umówić i sobie w dotrzymaniu ‘postanowienia poprawy’ wzajemnie rzeczywiście pomagać, że odtąd nie będzie żadnego oglądania i dotykania-pieszczenia narządów płciowych. Tym bardziej nie będzie odtąd podejmowania stosunków płciowych, ani tym samym stosowania jakichkolwiek środków dla pozbycia się ewentualnie Poczętego.

To samo musi z kolei dotyczyć całkowitego wyeliminowania pocałunków, których by się nie dało pogodzić z ładem i godnością miłości: pocałunku głębokiego, podejmowanego dla wywołania u siebie podrażnienia.
– To samo musi wreszcie odnosić się do pieszczoty podejmowanej na piersi. I to bowiem jest daleko posuniętej intymnością, w jaką wprowadza parę małżeńską dopiero Bóg w chwili zawierania sakramentu małżeństwa, a nie na etapie poprzedzającym zawarcie ślubu.

Każdy rozumie, że kapłan nie głosi tu żadnej ‘nowej nauki’. Słowa jego są jedynie wyjaśnieniem treści Bożego Prawa dotyczącego wewnętrznego ładu miłości – w sposób maksymalnie wierny w zestawieniu z brzmieniem Bożego przykazania.
– W żadnym zaś wypadku czy to kapłan, czy ktokolwiek inny z ludzi, nie jest upoważniony do ‘tworzenia’ nowej normy moralnej. I tego też nie czyni.

Trzeba sobie z kolei jeden raz więcej uświadomić, że nie istnieje żadna alternatywna formuła VI-go przykazania w zastosowaniu do etapu np. narzeczeńskiego – w tym sensie, jakoby przykazanie Boże w ich przypadku mogło liczyć na pobłogosławione przez Boga wyjątki lub złagodzenia.

(3.5 kB)

4. Wspólne zamieszkanie narzeczonych

(2.8 kB)

Fakty a Wola Boża

Pozostaje kolejny nasuwający się aspekt w przypadku przejścia pary narzeczeńskiej (lub ogólniej: dwojga partnerów seksualnych) na mniej lub więcej regularne uprawianie ‘seksu’. Jest nim wspólne zamieszkanie takich dwojga.

Zdarza się, że czy to on, czy ona – dysponuje pokojem, niekiedy całym domem, względnie mieszkaniem, które jest własnością któregoś z tych dwojga. A ponieważ ci dwoje umawiają się, że pragną związać się więzią małżeństwa, decydują się już wcześniej na wspólne zamieszkanie przez czas poprzedzający ślub kościelny.

W licznych innych wypadkach tacy dwoje są np. parę narzeczeńską na etapie studiów. Ze względów czysto finansowych, by zaoszczędzić zwykle bardzo kosztowne wynajmowanie pokoju studenckiego, zamieszkują razem. Mimo iż do samej decyzji na zawarcie ślubu jest w ich wypadku jeszcze daleko, a nierzadko jest rzeczą w ogóle niezbyt pewną, czy w końcu się pobiorą jako małżeństwo, czy też z takich czy innych względów się rozejdą, decydują się na wspólne wynajmowanie mieszkania.

Pary narzeczeńskie dobrze zdają sobie sprawę z tego, że wspólne zamieszkanie przed ślubem jest decyzją stojącą w całkowitej sprzeczności do Woli Bożej. Wszystkie kultury i religie uznawały, że ci dwoje rozpoczynają wspólne zamieszkiwanie dopiero z chwilą oficjalnie zawartego małżeństwa. Wtedy to młody pan i młoda pani przeprowadzali się do wspólnego mieszkania.

Również Ewangelie święte wspominają o takiej chwili – tym razem w odniesieniu do małżeństwa Maryi, Matki Jezusa, brzemiennej za sprawą Ducha Świętego – z Józefem, który był rzeczywistym mężem Maryi, mimo iż oboje umówili się – w posłuszeństwie szczególnemu Bożemu prowadzeniu, iż małżeństwo swoje będą przeżywali w całkowitej czystości (zob. do tego z naszej strony List Apostolski Jana Pawła II: „Redemptoris Custos – Stróż Odkupiciela”):

„Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego.
Mąż jej, Józef, który był człowiekiem prawym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto Anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł:
Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej małżonki;
albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło
...’.
... Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił Anioł Pański:
wziął swoją małżonkę do siebie ...” (Mt 1,18-24).

Nie komentujemy tutaj samych w sobie niełatwych do właściwego zrozumienia pewnych sformułowań tej relacji biblijnej. Nawiązywaliśmy do tego zagadnienia zresztą już na innych miejscach naszej strony.
(zob. np. wyż.: „Rodzina Święta: Maryja-Józef i Jezus”). Chodzi w tej chwili jedynie o uwydatniony tutaj fakt, że działo się to „... wpierw nim zamieszkali razem”, a na końcu relacji, iż w posłuszeństwie poleceniu Bożemu przekazanemu przez Anioła Pańskiego – Józef „wziął swoją małżonkę do siebie”, czyli wtedy dopiero zamieszkali razem.

Nikt nie może żywić wątpliwości, jaka jest Wola Boża w odniesieniu do takich dwojga – dajmy na to już rzeczywistych narzeczonych. Żadne względy finansowe nie mogą być argumentem ważniejszym, aniżeli Wola Boża wyrażona w przykazaniach Bożych.

Ponieważ ci dwoje nie stali się (jeszcze) małżeństwem, a występują wobec otoczenia jakby byli małżonkami, nie może nie dotyczyć ich chociażby to Słowo Boże zapisane u św. Pawła, Apostoła Narodów. Pisze on to do Koryntian, gdzie – podobnie jak w wielu innych miastach portowych, prostytucja i wszelkiego rodzaju wypaczenia seksualne były praktyką spotykaną na porządku dziennym:

„Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy,
ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą ... nie odziedziczą Królestwa Bożego ...
Lecz zostaliście obmyci, uświęceni i usprawiedliwieni w Imię Pana naszego Jezusa Chrystusa
i przez Ducha Boga naszego” (1 Kor 6,9-11).

Kościół też od zawsze uczył – w imieniu i na polecenie Jezusa Chrystusa, że wspólne zamieszkanie i współżycie pomiędzy osobami nie związanymi małżeństwem jest praktyką grzeszną (zob. KKK 2350--2300).
– Sytuacja taka stwarza ponadto jedno wielkie zgorszenie dla sąsiedztwa itp.: dla ludzi, którzy dobrze wiedzą, że ci dwoje uchodzą za małżonków, a małżeństwem nie są.

Wśród par małżeńskich, które w końcu związały się małżeństwem jako sakramentem małżeństwa, a przed ślubem żyły razem, zaznacza się zwykle wysoki odsetek rozwodów. W ten sposób sprawdza się jedynie dobrze utrwalone i sprawdzone spostrzeżenie, że ‘miłość’ bynajmniej nie utożsamia się z hojnie uprawianym ‘seksem’!
– Małżeństwa ulegają rozpadowi przede wszystkim z powodu braku obopólnej więzi na poziomie ducha, czyli na poziomie godności i powołania obojga jako osób. Miłość zawężona do uprawiania ‘seksu’ pociąga za sobą spadek wzajemnego szacunku do siebie. Oboje doświadczają z biegiem czasu – coraz bardziej boleśnie, chociażby tego doznania nie formułowali, że służą sobie wzajemnie głównie jako ‘rzecz użytkowa do wzajemnego seksu’ – i niewiele poza tym. Miłość, która by umiała dostrzec osobę – swoją własną oraz osobę tego drugiego, wraz z zamierzanym dla niej dobrem definitywnym – wtedy w ogóle się nie rozwija.

Tacy dwoje, którzy zatrzymali się w swym rozwoju wewnętrznym na poziomie ‘seks-partnerów’, opanowali być może w stopniu perfekcyjnym coraz inne sztuczki uprawiania ‘seksu’ i zaznawania maksymalnie silnych wrażeń na poziomie ciała. Natomiast więź wewnętrzna, jaka powinna była rozwijać się ku coraz głębszemu dostrzeganiu i przeżywaniu jedyności dokonanego wyboru tego drugiego w małżeństwie, pozostaje wtedy ziemią leżącą odłogiem: jako teren nigdy dotąd nie uprawiany i nie zagospodarowany.

Nic w tym dziwnego! Sprawdza się tylko jeden raz więcej, że samo w sobie praktykowanie ‘seksu’-do-syta, bez przeżywania zjednoczenia na poziomie godnym ich obojga osób – z uwzględnieniem i twórczym zagospodarowywaniem swych potrzeb duchowych i religijnych, prowadzi stopniowo do postępującego rozpadu ich związku. Hojne uprawianie seksu nie jest w stanie scalić w ‘jedno-w-miłości’ ich ducha. Zabrakło tam wewnętrznej więzi, jaką tych dwoje spoić pragnie i może sam tylko Duch Święty, Trzecia z Osób Trójcy Świętej.

Jego to – Ducha Świętego, wzywali ci dwoje, a w każdym razie Jego wzywał Kościół Święty w sposób uroczysty u samego progu związywania się tych dwojga węzłem zgody małżeńskiej w czasie ceremonii zawierania Sakramentu (zob. do tego wyż.: „Duch Święty w małżeńskim jedno-ciało”). Jeśli zabraknie stałego otwierania się tych dwojga na przekształcające i jednoczące działanie Ducha Świętego, czyli gdy zabraknie współpracy tych dwojga z łaską sakramentu, wówczas samo tylko uprawianie ‘seksu’ zejdzie do roli coraz mniej mówiącej rutyny. W parze z nią będzie się ujawniał postępujący i coraz bardziej dojmujący dramat pustki ich serc. Udostępnianie się sobie w swym ‘seksie’ będzie się przeradzało coraz bardziej w uprawianie samogwałtu, okraszonego przeżyciem dodatkowym: poprzez korzystanie w tym celu z ciała tego drugiego.

Przykład. – Piszącemu tu kapłanowi zdradził kiedyś pewne szczegóły z swego życia – od paru lat już nie żyjący profesor ginekologii, były obozowicz z wytatuowanym numerem obozowym z okresu II Wojny Światowej. Ocalał on cudem z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu i innych jeszcze miejsc zagłady, m.in. z Katynia, skąd cudem się wydostał.
Przez całe dalsze życie codziennie przystępował do Eucharystii. Któregoś razu, gdy przyjechała do niego narzeczona – jego późniejsza żona, tak się wszystko złożyło, że niezależnie od ich pierwotnych zamierzeń nie miała ona szans na powrót pociągiem do swojej miejscowości. Nie było innego wyjścia poza tym jednym: oboje musieli spędzić noc w tym samym pokoju. Ów późniejszy słynny profesor ginekologii, który wtedy był już znanym ginekologiem ze stażem, położył się wtedy na noc na podłodze – i tak tę noc przeleżał. Swojej ukochanej ofiarował miejsce na swym łóżku. Jej jednak nawet nie dotknął.
– Oto postawa ucznia Chrystusowego, w tym wypadku wtedy już dobrze znanego lekarza-ginekologa.

(2.2 kB)

Zapraszanie na noc do wspólnego pokoju studenckiego ...

Jest rzeczą oczywistą, że sam fakt wspólnego czy oddzielnego mieszkania pary narzeczeńskiej nie znaczy, że ci dwoje pozostają ‘czyści’ lub nieczyści w obliczu Boga i siebie wzajemnie. Kto chce zgrzeszyć, znajdzie z łatwości tysiąc sposobności do uskutecznienia swego zamiaru podjęcia działań seksualnych.

(17 kB)
Objaśnienie

Jakżeż łatwo zdarza się to chociażby np. w akademikach. Iluż studentów czy studentek opowiada, na jak ciężkie pokusy są wystawieni, gdy kolega z pokoju czy koleżanka na noc zapraszają do swego łóżka swego partnera czy partnerkę, mimo iż jest to pokój zajęty przez kilku studentów. Ci dwoje, którzy w ten sposób spędzają noc w jednym łóżku – piętrowym czy nie, na ogół nie przejmują się tym, co w tym czasie przeżywają pozostali mieszkańcy tego samego pokoju studenckiego. Przechodzą po prostu na ‘seks’ na oczach pozostałych użytkowników tego pokoju.

Jak taka świadomość i wizja wszystkiego, co się dzieje na łóżku tamtych dwojga, musi działać na te pozostałe osoby! Ci pozostali usiłują w tym czasie dochować wierności przykazaniu Bożemu. Ale tak wytworzona sytuacja, być może systematycznie się powtarzająca, łatwo przekracza ludzką wytrzymałość.
– Jak trudnej wtedy, wielorakiej odpowiedzialności w obliczu Bożym podejmują się tacy dwoje: za siebie, za tego drugiego skuszonego do uprawiania ‘seksu’, i za tych pozostałych stałych mieszkańców owego pokoju studenckiego itp. Sama świadomość, że tuż obok dzieją się podniecające rzeczy praktycznie publicznie jawne, bo bez większego z ich strony skrępowania, staje się niełatwą do przetrwania pokusą!

Do podobnych sytuacji dochodzi łatwo w różnego typu podobnych warunkach: w hotelach robotniczych, w hotelach dla pielęgniarek, w internatach. Jak niełatwo w tych warunkach dochować wierności Bożemu przykazaniu, gdy postawa kolegów, koleżanek tuż obok, staje się jednym wielkim wyzwaniem do naśladowania ich prowokujących, nagminnie się powtarzających zachowań. W takich sytuacjach często nic nie pomagają prośby, by te prowokacje definitywnie się skończyły na tym konkretnym miejscu, zajmowanym przez kilku różnych użytkowników tego samego pokoju.

(2.2 kB)

Wynajęcie-opłacanie pokoju mimo wszystko wspólnego

Chcielibyśmy jednak nawiązać również do sytuacji, kiedy to sytuacja materialna mimo wszystko niemal zmusza do wspólnego wynajęcia i opłacania mieszkania – np. pokoju studenckiego. Trudno udawać, że takich sytuacji nie ma, mimo iż jest rzeczą jasną, że tak nigdy być nie powinno – z Bożego, ale i ogólnoludzkiego ustanowienia.
– Czy w takiej wielorako trudnej, krytycznej sytuacji, mimo wszystko istnieje możliwość wspólnego zamieszkania – a jednocześnie czystego przeżywania tego okresu, kiedy ci dwoje są ze sobą co prawda związani głęboką więzią miłości narzeczeńskiej, ale małżeństwem nadal jeszcze nie są?

Tym, którzy zamieszkują razem przed ślubem, zwykle trudno się wymówić od swego zasadniczego zamierzenia, chociażby go jasno nie sformułowali: pragną po prostu przeżywać swoją intymność już też przed ślubem. Niekiedy tłumaczą się motywem, że trzeba się przed ślubem „wypróbować”, czy będziemy do siebie ‘pasowali’ itp. Motyw ten poruszaliśmy już w części III (zob. wyż.: Kupno ‘nieznanego towaru’ - zob. tamże cały kontekst poprzedzający).

W nawiązaniu do tego ‘motywu’: wypróbowania się przed ślubem, można by przytoczyć wypowiedź pewnej mężatki, która wraca do takiego właśnie często u wielu ludzi młodych spotykanego nastawienia – z perspektywy dłuższego czasu życia już w małżeństwie:

„... Szczególnie chodzi o takie ‘wspólne mieszkanie’ przed ślubem – niby ze względów ekonomicznych.
– A tak na prawdę chodzi o zwykły ‘sex’ i wypróbowanie się, bo – jak mówią: ‘nie kupuje się kota w worku’. A dzisiaj na to jest społeczne przyzwolenie nawet w środowiskach katolickich. Znam starszą panią, która gorszy się jak ktoś zapomni się i zje kawałek szynki w piątek, a to, że jej syn mieszka z rozwódką, to z tego jest zadowolona. Nawet z dumą opowiada, że jej synek ułożył sobie wspaniale życie. Wspaniałe, bo ta dziewczyna po rodzicach odziedziczy kilka restauracji, no i będą mieli dostatnie życie.
– Z tym ‘próbowaniem się’ to ja też już po ślubie miałam taki żal do samej siebie, że mogliśmy się już wcześniej wypróbować. Bo wiadomo na początku współżycie nie wychodzi, bo nie ma żadnego doświadczenia. A tu i tam się czytało różne ‘świadectwa’, jak to każdy przeżywa coś niesamowitego, a u nas tego nie ma. To wówczas od razu winę za to przypisywałam samej sobie, że jestem ‘do niczego’.
Ale mój mąż powtarzał mi ciągle, że nie ma się czym martwić, że kiedyś będziemy się z tego śmiali. No i teraz się śmiejemy i cieszymy, że jednak przed ślubem nie było żadnej ’próby’. Jest to jednak zasługa mojego męża, który w tych sprawach potrafi być bardzo delikatny i nic nie wymusza, no i da się przekonać ...” (Kinga: email, 14.III.2007).

Warto poważnie zastanowić się nad takim właśnie biegiem rzeczy w obliczu takich dwojga, którzy być może żarliwie bronią swego stanowiska, iż wyłącznie względy finansowe zmuszają ich do wspólnego wynajmowania pokoiku ...


Piszący tu kapłan sądzi, że teoretycznie biorąc, możliwość pozostawania w krystalicznej czystości w oczach Bożych w przypadku krańcowych okoliczności finansowych i innych – powinna by ostatecznie istnieć.
– W takich jednak warunkach czyste przeżywanie wzajemnej bliskości między tymi dwojgiem musiałoby być na samym początku bardzo jasno i bez jakichkolwiek niedomówień ustalone i wprowadzone w życie. Chodzi o wieloaspektową odpowiedzialność.

a) W grę wchodzi przede wszystkim pełne dochowanie wzajemnej czystości w aspekcie VI czy IX przykazania Bożego względem siebie – jako pary narzeczeńskiej.
b) Drugim, niesłychanie ważnym aspektem, jest nieunikniony wzgląd na sianie zgorszenia w otoczeniu, które zna tych dwoje i zdaje sobie sprawę, że nie są oni małżeństwem, a żyją razem, a przy tym ... raz po raz widać ich oboje przy Stole Eucharystycznym!

(2.2 kB)

Warunek krystalicznie czystego przebywania z sobą

Decyzja na dochowanie pełnej wierności przykazaniu Bożemu jest zawsze możliwa – i właściwie nie-trudna. Wszystko zależy od tego, do czego ci dwoje zmierzają: czy do miłości w jej Bożym i ludzkim znaczeniu, której wzór zostawił sam Jezus Chrystus oraz Jego Niepokalana Matka-Dziewica Maryja, czy też im zależy na prędkim i łatwym dostępie do wzajemnej intymności – za cenę systematycznego ignorowania, albo wprost deptania Bożego przykazania czystości.

Kto chce być wierny Bożemu pojmowaniu miłości, wprowadzi je z łatwością w życie: radośnie, twórczo, bez ‘żalu’, iż zakresu intymności nie naruszy, dopóki sam PAN nie wprowadzi ich oboje na ten teren. Stanie się dopiero wtedy, gdy ci dwoje przyjmą i wzajemnie sobie udzielą, wobec powołanych do tego świadków ze strony Boga i społeczności Ludu Bożego, sakramentu małżeństwa.

Taka decyzja musiałaby jednak być wprowadzona w sensie dosłownym w życie na co dzień. Wiadomo, że przebywanie ze sobą w tym samym pomieszczeniu w dzień i w noc staje się niemal spontanicznie narzucającą się sposobnością, by ulec chęci wzajemnego przytulenia i wzajemnej czułości. Ci dwoje musieliby od samego początku ustalić sobie – i tego się następnie bezwzględnie trzymać: że wszystko to „odłożymy” bez najmniejszego żalu na chwile, gdy sam Bóg wprowadzi nas na teren intymności – już małżeńskiej.

W tej sytuacji pojawia się m.in. bardzo zasadnicze pytanie: jak zachowamy się we dwoje zwłaszcza w nocy? Bo i tutaj – bardziej niż na przestrzeni godzin w ciągu dnia, trzeba dochować pełnej wierności Chrystusowi. Będzie to oczywiście również wyrazem miłości osobowej, do której ci dwoje zmierzają, ale nadal jeszcze komunii miłości i życia nie stanowią.

Gdyby okoliczności niemal zmusiły do mimo wszystko wspólnego zajmowania pokoiku, ci dwoje musieliby ustalić wszystkie konkrety dotyczące ich wzajemnego zachowania przede wszystkim właśnie w nocy w najdrobniejszych detalach. Ustalenia musiałyby być sformułowane tak jasno i jednoznacznie, żeby potem nie było miejsca na jakiekolwiek niedomówienie. Najlepiej byłoby przedstawić całą sytuację w takich warunkach jakiemuś odpowiedzialnemu kapłanowi, posłuchać jego rad i wcielić je w życie.

Trzeba w takich warunkach postarać się o dwa oddzielne łóżka: dla każdego osobno. Gdyby to było niemożliwe, trzeba by sypiać w oddzielnych śpiworach.
– Niewątpliwie jednak istniejąca między tymi dwojgiem więź uczuciowa będzie stwarzała stałą pokusą, by położyć się ostatecznie razem. Dlatego ci dwoje, zmuszeni do takiego kroku: wspólnego wynajęcia pokoju (studenckiego), muszą sobie na to pytanie jasno odpowiedzieć – w świetle Bożego przykazania i Bożych oczekiwań pod ich adresem.
– Jeśli będą zdecydowani na pełne zachowanie czystego sumienia wobec siebie nawzajem i w obliczu Bożym i odpowiednio sformuują tę decyzję, nie ulega wątpliwości, że będą zdolni decyzję tę wprowadzić radośnie w życie i nie ulegną żadnym kompromisom. Wspomoże ich szczera modlitwa w tej intencji.

Oboje muszą sobie jednak wtedy jasno powiedzieć – i tego bezwzględnie się trzymać, pomagając sobie obopólnie w dosłownym wprowadzeniu tej decyzji w życie:
Nie podejmujemy w sensie dosłownym żadnej jakiejkolwiek pieszczoty”. Dokładniej mówiąc: nie będzie u nas żadnego pocałunku, nie będzie przytulenia i głaskania, a tym bardziej nawet nie pomyślimy o sięganiu do zakresu intymności naszych ciał.

Gdyby tutaj zabrakło stanowczości, decyzja na wspólne zamieszkanie przerodziłaby się od pierwszej wspólnie przespanej nocy – w drogą wiodącą już tylko od upadku do upadku ich obojga: względem siebie, i w obliczu Pana. Wynajęcie wspólnego pokoiku studenckiego przekształciłaby się w drogę wiodącą do zguby – wiecznej. Tak by to określił Odkupiciel człowieka, Syn Boży Jezus Chrystus:

„Wchodźcie przez ciasną bramę.
Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby,
a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą.
Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia,
a mało jest takich, którzy ją znajdują” (Mt 7,13n).

Tymczasem miłość prawdziwa, godna tego miana, miłość po linii personalizmu etycznego, jest z daleka rozpoznawalna po swych cechach, jakie w swym „Hymnie o miłości” wymienił św. Paweł, Apostoł Narodów. Nawiązywaliśmy do tego już niejednokrotnie:

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości ...
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi, ...
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje ...” (1 Kor 13, 4-8).

Nie ulega wątpliwości, że czyste przeżywanie narzeczonych w takiej sytuacji nie jest sprawą zbyt łatwą. Pokusa przekroczenia „Bożej cezury” (zob. wyż.: „Boża cezura między narzeczeństwem a małżeństwem”) jest wciąż żywa – i narzuca się bardzo natarczywie. A i diabeł nie śpi. Jeśli jednak ci dwoje zdecydowanie pragną dochować wierności Chrystusowi, a także pozostać wiernymi w stosunku do siebie wzajemnie, nic nie będzie dla nich trudne. Mają wtedy wszelkie szanse po temu, by dojść do Ołtarza z dochowaniem krystalicznej czystości „do końca”.
– Stałą pomocą dla nich obojga musi się stać codzienna wspólna modlitwa – m.in. o właściwe rozeznanie swej drogi życiowej i o błogosławieństwo w dochowaniu bezwzględnej wierności w czystości.
– A ponadto oczywiście wspólne, częste przystępowanie do sakramentu spowiedzi, a tym bardziej Komunii świętej.

Przedstawione rozwiązanie, które może być narzucone jako trudna do obejścia konieczność tak zaistniałych warunków życia, nie może stać się w żaden sposób czymś w rodzaju ‘normy’. Normą pozostaje niezmiennie odrębne zamieszkanie narzeczonej i narzeczonego. Wraz z takim organizowaniem wzajemnych spotkań, żeby te chwile nie przeradzały się w uleganie pokusie ignorowania Bożego błogosławieństwa i wyraźnie formułowanej Bożej zobowiązującej propozycji pod ich adresem: „Nie będziesz cudzołożył”! Chwile spotykań narzeczonych winny zdążać do stałego umacniania ich więzi w promieniach Bożej łaski uświęcającej.

W takim dopiero klimacie chwile spotykań staną się coraz bardziej dojrzałym przygotowaniem ich obojga do wzajemnego udzielenia sobie sakramentu małżeństwa w dzień ślubu.

(2.2 kB)

Czyste sumienie a mimowolne zgorszenie otoczenia

Na przypadek, gdyby tacy dwoje – narzeczeni, byli przy najlepszej woli zmuszeni trudnościami finansowymi itd. do wynajęcia wspólnego pokoju studenckiego itp., pozostaje wciąż otwarty drugi aspekt takiego zagadnienia: gorszącego dla otoczenia przykładu, że ci dwoje nie są małżeństwem, a przecież żyją ze sobą, w dzień i noc przebywając w tym samym pomieszczeniu.

Trzeba przyznać, że niełatwo dać tu w pełni zadowalającą odpowiedź. Zakładamy, że ci dwoje – zgodnie z tym jak tę sprawę tu przedstawiono, są zdecydowani dochować pełnej wierności Bożemu przykazaniu i zachowują się względem siebie konsekwentnie w sposób w pełni czysty. Znaczy to, że nie tylko nie podejmują żadnego współżycia ani pieszczot genitalnych, ale wyraźnie się umówili, iż nie będą sobie świadczyć żadnych jakichkolwiek pieszczot czy pocałunków, chociaż nie jest to dla nich łatwe.
– Gdy zajęcie takiej postawy stało się dla nich dobrze przemyślaną decyzją i oboje uznali to za słuszne i normalne, rozwiązanie to nie będzie ich zanadto ... ‘bołało’.

(28 kB)
Objaśnienie

Przypominamy sobie z poprzednich przedstawionych rozważań – przykład takich dwojga, którzy na okres swego narzeczeństwa umówili się, że nie będzie między nimi żadnej pieszczoty, żadnego przytulenia, i żadnego pocałunku. Wyszli na tym bardzo dobrze, szczęśliwi zdwojonym szczęściem przez całe potem następujące życie w małżeństwie (zob. wyż.: „Bez pocałunku, bez obejmowania się”).

Łatwo jednak zrozumieć, że otoczenie ... nie wie wcale, że ci dwoje mieszkają co prawda razem, spędzają czas w dzień i w nocy razem w tym samym pokoju, a jednak dochowują pełnej czystości Bożemu przykazaniu VI. Ci dwoje nie zakładają przecież opaski na czole z napisem: „Chociaż mieszkamy razem, zmuszeni do wspólnego wynajęcia pokoju, nie współżyjemy ze sobą, ani też nie podejmujemy żadnych pieszczot ...”.

W tej sytuacji ci dwoje mogą oczywiście zdradzić swym najbliższym, którzy ich znają, że przeżywają wspólne mieszkanie w sposób w pełni czysty.
– Niemniej żeby nie stwarzać zgorszenia i nie nasuwać podejrzenia, że po prostu wszystkich okłamują, bądź że uzyskują rozgrzeszenie jakimś cudem, pewno ‘po znajomości’, skoro przystępują regularnie do spowiedzi i Komunii świętej, byłoby wówczas wskazane, żeby do sakramentów świętych (spowiedzi i Komunii św.) przystępowali w innym kościele, gdzie ich nikt nie zna.

Byłoby to wtedy rozwiązaniem sugerowanym przez Kościół dla osób np. rozwiedzionych, które zawarły małżeństwo nie-sakramentalne, gdy jednocześnie nie mają szans powrotu do małżeństwa sakramentalnego z właściwą żoną czy mężem. Gdy w takiej sytuacji ci dwoje zatęsknią za powrotem do życia sakramentalnego, bez czego życie ich – jak tego coraz bardziej dojmująco doznają – staje się nijakie i wciąż zagrożone potępieniem wiecznym, mogą się umówić, że odtąd definitywnie już nie będą podejmowali żadnych działań właściwych dla małżonków.
– Odtąd zatem całkiem zaniechają podejmowanie współżycia płciowego i jakiegokolwiek wyrażania sobie czułości i pieszczot właściwych małżonkom. Swój związek – nie-sakramentalny, będą przeżywać jako „małżeństwo białe”.

Decyzja taka powinna z zasady znaleźć oficjalny, przez nich oboje podpisany zapis, wraz z podpisem jakiegoś wiarygodnego świadka (np. kapłana). Zapis ten zostaje włożony do Księgi Chrztu świętego ich obojga. Wartość takiego zapisu staje się żywotnie aktualna w przypadku śmierci któregoś z nich. Na podstawie takiego zapisu możliwe będzie urządzenie pogrzebu katolickiego.

Przedstawione rozwiązanie otwiera takim dwojgu możność powrotu do normalnego życia sakramentalnego: przystępowania odtąd zarówno do sakramentu spowiedzi świętej, jak i przyjmowania Eucharystii.

Niemniej dla uniknięcia zgorszenia u osób, które znają tych dwoje jako rozwodników, którzy żyją na kontrakcie tylko cywilnym, radzi się takim dwojgu, żeby przystępowali do sakramentów świętych w innym kościele, gdzie ich ludzie nie znają. Pozwala to uniknąć dwuznaczności w rozwiązaniach podawanych przez Kościół.
– Ci dwoje żyją odtąd ze sobą jak brat i siostra. Żeby zaś nie stwarzać podejrzenia, że „jednym wolno w sytuacji związku nie-sakramentalnego przystępować do Komunii świętej, a drugim nie”, uprasza się takich dwoje, by do sakramentów świętych przystępowali właśnie w innym kościele.

O takim rozwiązaniu mowa jest skrótowo w Adhortacji Apostolskiej „Familiaris Consortio” św. Jana Pawła II (zob. FC 84).
– Takie samo rozwiązanie wypadałoby zastosować do sytuacji np. dwojga narzeczonych, którzy w sposób nie kłamany dochowują wierności Bożemu przykazaniu również w warunkach wspólnego zamieszkania, do jakich zostali zmuszeni przez warunki życiowe.

(3.5 kB)

5. Dopowiedzenia

(2.8 kB)

Nago po mieszkaniu – a Biblia

Życie niesie coraz inne, niekiedy nieprawdopodobnie zaskakujące problemy związane z planowanym małżeństwem, a nawet etapem dopiero poprzedzającym zawarcie ślubu.
– Jednym z takich problemów, dla pewnej grupy osób bardzo żywotnych, jest wyraźnie sformułowanie pytanie, czy w małżeństwie można chodzić po domu ... nago.

Są osoby, które zawzięcie bronią nie tylko dozwoloności, ale niemal zobowiązania małżonków do chodzenia po domu całkiem nago. Inni stawiają takie pytanie nieco ostrożniej – zapytując o to drogą emaila lub w innych podobnych okolicznościach.

Są też tacy, którzy w dowód pełnej słuszności takiego stanowiska powołują się na opowiadanie biblijne o raju. Ci dwoje pierwsi – Adam i Ewa, chodzili po raju nago. Byli ‘nadzy’, lecz nie dostrzegali tego, że są ... nadzy. Dopiero po upadku w grzech dotarło do ich świadomości, że obecnie „są ... nadzy” (Rdz 3,7). Spostrzeżenie to zmusiło ich do sporządzenia sobie przepaski, by okryć – a zarazem ukryć swoją intymność przed niepowołanym spojrzeniem.

Warto tu przytoczyć całe to opowiadanie biblijne (nawiązano do niego od strony teologicznej już poprzednie, w rozważaniu prof. Petersona, zob. wyż.: „Szata Bożej Chwały – rozważanie Petersona”) – wraz z charakterystycznym dialogiem, który stał się swoistym przesłuchaniem ’sądowym’, jaki Bóg przeprowadził z tymi dwojgiem po ich upadku. Jesteśmy świadkami swoistego przerzutowania na płaszczyznę zewnętrzną tego, co się dzieje w ludzkim sumieniu przed i po grzechu. W ten sposób autorowi biblijnemu łatwiej opisać to, co się dzieje w ludzkim sercu – owym „... najtajniejszym ośrodku i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa ... nakazem: czyń to, tamtego unikaj’ ...” (DeV 43).

Tam właśnie, w sumieniu, rozegrał się dramat raju. Ci dwoje, pra-rodzice, stanęli przed dylematem: czy nadal podtrzymać zawierzenie Słowu Boga? Bóg jako ten, który „jedyny jest Dobry” (Mt 19,17), wydał im polecenie:

„Z każdego drzewa ogrodu wolno ci spożywać.
Jednakże z drzewa poznania tego, co dobre, i tego, co złe, nie wolno ci spożywać.
Wiedz dobrze, że z chwilą, gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz” (Rdz 2,17; przekład własny z hebr.).

Polecenie to miało być wyrazem – nie wyżywania się Boga na człowieku, ale promocją człowieka jako żywego „Bożego Obrazu” do wielkości „podmiotu przymierza i partnera Absolutu” (MiN 28; zob. też wyż.: „I JA i TY: Partner Absolutu – podmiot przymierza”), jak to określił św. Jan Paweł II.

W tej właśnie chwili wkradł się do cudownego ogrodu raju ten, który z natury swej jest ‘Zły’. Apokalipsa charakteryzuje go w słowach, które są ścisłym nawiązaniem do opisu upadku pra-rodziców w raju. Autor biblijny określa tam Szatana mówiąc że jest to:

„;... Wąż starodawny, który się zwie diabeł i szatan,
zwodzący całą zamieszkałą ziemię” (Ap 12,9).

‘Zły’ nie ma bezpośredniego dostępu do wnętrza człowieka: jego sumienia. Kusi on zawsze ‘z zewnątrz’, chyba że go ktoś zaprosi wprost do swego wnętrza (zob. np. J 13,27: o Judaszu). Z tego względu autor biblijny posługuje się w swym opisie o ogrodzie Eden-raju obrazem ‘węża’. Daje jednak aż nadto jasno do poznania, że nie chodzi tu o węża-zwierzę, lecz o ‘osobę’, która cechuje się niezwykłą inteligencją, a zarazem nieprawdopodobną przewrotnością. Zmierza ona niestrudzenie do jednego celu: by „... od początku wykorzystać dzieło stworzenia przeciw zbawieniu, przeciw przymierzu i zjednoczeniu człowieka z Bogiem” (DeV 27).

Stąd też nie ma wątpliwości, że ów ‘wąż’-uwodziciel to pod taką właśnie postacią przedstawiony ‘Anioł Upadły’, zdecydowanie sprzeciwiający się Bogu swoim „Nie będę Ci służył” (Jr 2,20). Jest to po prostu ów „Wąż starodawny, który się zwie diabeł i szatan, zwodzący całą zamieszkałą ziemię” (Ap 12,9), pokonany w chwili tajemniczej „walki na niebie” przez „Michała i jego aniołów”.

Wtedy to ów „Wąż starodawny... diabeł i szatan ... został strącony na ziemię, a z nim strąceni zostali jego aniołowie” (Ap 12,7nn).
– Skutkiem tejże tajemniczej walki spadło jednak ‘biada na ziemię ...’:

Biada ziemi i biada morzu – bo zstąpił na was diabeł,
pałając wielkim gniewem, świadom, że mało ma czasu” (Ap 12,12).

A oto opis autora biblijnego o zachowaniu pra-rodziców w chwilach stopniowo rodzącego się ich grzechu, gdy zamiast podtrzymywać rozmowę-dialog z Bogiem – wdali się w rozmowę z „zabójcą od początku”, który jest zarazem nie tylko „kłamcą”, ale wręcz „ojcem kłamstwa” (por. J 8,44):

„Wąż był najbardziej przebiegły spośród wszystkich zwierząt, jakie uczynił Jahwéh-Elohim.
On to odezwał się do niewiasty: ‘Jakżeż to! Elohim wam powiedział: Nie wolno wam spożywać z żadnego spośród drzew ogrodu’?
– Niewiasta odpowiedziała wężowi: ‘Wolno nam spożywać owoce z drzew ogrodu.
A tylko o owocach z drzewa, rosnącego w środku ogrodu, powiedział Elohim: Nie wolno wam z niego spożywać! A nawet nie wolno wam go dotknąć, żebyście nie musieli umrzeć’!
– Wtedy wąż rzekł do niewiasty: ’Wcale nie musicie umrzeć ! A tylko Elohim jest sobie świadom, że z chwilą gdy spożyjecie z niego, otworzą się wam oczy i staniecie się jak Elohim, zdolni poznawać, co jest dobrem, a co złem’! ...” (Rdz 3,1-5; przekł. własny z hebr.).

Przedstawiony tu ‘Wąż’, tzn. Ten który jest ‘Zły’, jest mistrzem we wszelkiej przewrotności. Jest to mistrz w „chytrym zastawianiu sztuczek uwodzicielskich” (por. 2 Kor 11,3; zob. do tego wyż: „Chytrze zastawione sztuczki uwodzicielskie”), by tylko odciąć człowieka od Boga i Jego łaski. Usiłuje on doprowadzić za wszelką cenę do tego, żeby człowiek, Boży Obraz wobec kosmosu, wycofał swoje dotychczasowe zawierzenie pokładane w Słowie Boga miłości – a przeniósł je na siebie, który jest ‘Zły’ od początku, „mordercą i ojcem kłamstwa” (por. DeV 37).

(18 kB)
Objaśnienie

Gdybyż Adam i Ewa spostrzegli się od samego początku, w jakich zamiarach „Wąż starodawny ... zwodzący całą zamieszkałą ziemię” (Ap 12,9) wszczyna uroczyście zakrojony dialog z nimi, schlebiając im swymi przewrotnymi słowami i grając rolę ‘najlepszego tatulka’  przeciwko ‘nie-dobremu Bogu’, który ‘niesprawiedliwie krępuje’  ich wolność!

Należałoby tylko zapytać: gdzież się podziała czujność i trzeźwość Adama i Ewy w chwili zbliżającego się pokuszenia, którego nie mogli nie odczuć jako właśnie ... „pokusy” ? Czy do takiej właśnie sytuacji nie będzie nawoływał kiedyś pierwszy widzialny Zastępca Chrystusa na ziemi, Piotr Apostoł:

„Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie!
Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży – szukając kogo pożreć!
Mocni w wierze [= zawierzeniu Bogu] przeciwstawcie się jemu” (1 P 5,8n).

W przytoczonych słowach dialogu ‘Węża’ z Ewą – ów ‘Wąż’ wypuszcza zrazu wstępnego ‘harpuna’, by stworzyć sobie przyczółek do właściwego ataku. Próbuje podważyć Bożą dobroć dla nich obojga.
– Ewa prostuje nawet postawiony przez ‘Węża’ zarzut, po czym jednak dopowiada szczegół przez siebie wymyślony, jakoby Bóg nie pozwolił im nawet dotknąć owego drzewa poznania tego, co jest dobrem względnie złem.
– Pamiętamy, że zgodnie z mentalnością hebrajsko-izraelską samo ‘poznanie’ czegoś jest równoznaczne z władzą nadania tej rzeczywistości ‘imienia’, które owa poznana rzeczywistość chcąc nie chcąc musi przyjąć, jako tym samym niższa bytowo od kogoś, kto jej tę nazwę nadaje.

‘Wąż Starodawny’ wycelował zatem natychmiast na same szczyty Bożych Przymiotów: kompetencji decydowania o tym, co winno być „dobrem” względnie ”złem”. Ukazał tym dwojgu, że stawką jest tutaj ta właśnie, taka władza: nie biernego przyjmowania w posłuszeństwie Bogu jako Temu który „jedyny jest Dobry” (Mt 19,17) określania „dobra-zła, życia-śmierci” (por. Rdz 2,17), lecz żeby taka władza: ustanawiania „dobra-zła, życia-śmierci” przeszła w stałą domenę człowieka.

Człowiek stałby się tym samym „taki jak Elohím”. Tutaj mieści się istota pokusy skonstruowanej przez ‘Węża Starodawnego’: stać się „Bogiem samozwańczym”  poprzez zdetronizowanie Boga dotychczasowego. Czy to dostrzegamy w słowach autora biblijnego?
– Przytoczymy to zdanie jeszcze raz:

„Wtedy wąż rzekł do niewiasty: ‘Wcale nie musicie umrzeć!
A tylko Elohím jest sobie świadom, że z chwilą gdy spożyjecie z niego, otworzą się wam oczy
i staniecie się jak Elohim, zdolni poznawać, co jest dobrem, a co złem’ ...” (Rdz 3,4n).

Odurzeni bałamutnymi sugestiami przewrotnie jako ‘najlepszego tatulka i obrońcy niezbywalnych praw człowieka’ prezentującego się „Węża Starodawnego”, który jednak wtedy „... jak lew ryczący krążył – szukając kogo pożreć” (1 P 5,8), ci dwoje ... wycofali swe dotychczasowe zawierzenie pokładane w Bogu i Jego Słowie, a przenieśli je na zwodzącego ich tego który jest ‘Zły’:

„Niemniej jednak, to nieposłuszeństwo oznacza odwrócenie się od Boga, oznacza poniekąd zamknięcie się ludzkiej wolności względem Niego.
Oznacza również pewne otwarcie się tejże wolności – ludzkiego poznania i woli – wobec tego, który jest ‘ojcem kłamstwa’ [= przeniesienie zawierzenia z Boga ... na zawierzenie słowu Węża-Lewa ryczącego-pożerającego].
– Akt świadomego wyboru nie tylko jest ‘nieposłuszeństwem’, ale niesie z sobą również pewną podatność w stosunku do tej motywacji, jaka zawiera się w pierwszej namowie do grzechu i motywacji nieustannie ponawianej w ciągu całych dziejów człowieka na ziemi: ‘(...) wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło’.
– Znajdujemy się tutaj w samym centrum tego, co można nazwać ‘anty-Słowem’, czyli ‘przeciw-Prawdą’. Zostaje bowiem zakłamana prawda o tym, kim jest człowiek, jakie są nieprzekraczalne granice jego bytu i jego wolności.
Ta ‘przeciw-Prawda’ jest możliwa dlatego, że równocześnie zostaje dogłębnie ‘zakłamana’ prawda o tym, kim jest Bóg. Bóg-Stwórca zostaje postawiony w stan podejrzenia, głębiej jeszcze: w stan oskarżenia w świadomości stworzeń.
– Po raz pierwszy w dziejach człowieka dochodzi do głosu przewrotny ‘geniusz podejrzeń’. Stara się on ‘zakłamać’ samo dobro, absolutne dobro – wówczas, kiedy w dziele stworzenia objawiło się ono jako niewypowiedzianie obdarowujące, jako ‘bonum diffusivum sui’ [= łac.: dobro które siebie udziela-oddaje], jako stwórcza miłość.
– Któż może w pełni ‘przekonać o grzechu’  czy o tej motywacji pierworodnego nieposłuszeństwa człowieka, jak nie Ten, który sam jest Darem i źródłem wszelkiego obdarowania? Jak nie Duch, który ‘przenika głębokości Boże’ [1 Kor 2,10] i który jest Miłością Ojca i Syna”? (DeV 37).

(2.2 kB)

Boże przesłuchanie po upadku: dostrzeżeniu swej nagości

Pra-rodzice nie wytrzymali naporu pokusy: ... upadli. Nie zawierzyli Słowu Boga! I ... przegrali. Tym razem: dla siebie, ale i dla całej Rodziny Człowieczej. Tu leży źródło grzechu pierworodnego: każdy człowiek rodzi się odtąd z ‘wygaszonym’ światłem łaski uświęcającej!

Bóg natychmiast pojawia się na pobojowisku, jakie zgotował sobie człowiek, Jego żywy „Obraz i Podobieństwo”. Rozpoczął się Boży dialog w sumieniu tych dwojga. Bóg usiłuje tym dwojgu uświadomić ich osobistą odpowiedzialność za zaistniałą sytuację ... nie-łaski.
– Można podziwiać prostotę opisu biblijnego, głębię psychologii wartkiego następstwa jednego aspektu dramatu po drugim, trafność pytań zadawanych przez Boga: pytań dotykających samych korzeni zaistniałych faktów. A zarazem ... nędzę tłumaczenia się ze strony tych dwojga, wraz z usiłowaniem każdego z nich, by nieuniknioną odpowiedzialność osobistą za zaistniałą sytuację przerzucić na wszystkich innych, byle siebie oczyścić.

Boży dialog z pra-rodzicami po ich brzemiennym w skutki upadku zakończy się Bożą obietnicą Odkupiciela. Nad tym aspektem dramatu z Raju nie będziemy się tu jednak zastanawiali.
Oto biblijna relacja o przebiegu Bożego przesłuchania z tymi dwojgiem po ich grzechu:

„... [Ewa, skuszona przez ‘węża’] Zerwała więc z jego owocu – i zjadła.
Podała jednak również swemu mężowi, który był wraz z nią, tak iż on także zjadł.
– I otwarły się oczy ich obojga: doszli do poznania, że są nadzy!
Spletli więc gałązki figowe i sporządzili sobie przepaski.
Skoro zaś posłyszeli, jak w powiewie dziennym rozchodzi się po ogrodzie szmer Jahwéh-Elohim,
ukrył się człowiek i jego małżonka pomiędzy drzewami ogrodu [z obawy] przed obliczem Jahwéh-Elohim.
Jahwe-Elohim jednak zawołał na człowieka i odezwał się doń następująco: ‘Gdzie jesteś?’
On zaś odpowiedział: ‘Posłyszałem w ogrodzie Twój odgłos i uląkłem się,
bo ja właśnie stałem się nagi. I tak skryłem się!’
– Odpowiedział: ‘Któż podał ci do wiadomości, że ty właśnie stałeś się nagi?
A może raczej – zjadłeś z tego drzewa, co do którego wydałem ci polecenie,
żebyś z niego wcale nie jadł?!’

Człowiek odrzekł: ‘Ta niewiasta, którą mi dałeś, żeby była ze mną,
ona to podała mi z owocu tego drzewa. A potem już zjadłem!’

Wtedy Jahwéh-Elohim zwrócił się do niewiasty mówiąc:
Cóżeś to uczyniła!?’ Niewiasta zaś rzekła: ‘Wąż mnie zwiódł, tak iż zjadłam!’ ...” (Rdz 3,6-13; przekład własny z hebr.).

Bez szczególnego wnikania w poszczególne słowa przedstawionego tu przesłuchania Adama i Ewy przez Boga, Miłosiernego „Sędziego Żywych i Umarłych” (Dz 10,42), wypada jedynie podkreślić parę spostrzeżeń i zarazem podsumowań w nawiązaniu do zagadnienia ‘nagości’ i ubioru owej pierwszej pary ludzi: małżonków-rodziców.
– W głębszym wniknięciu w zagadnienie ‘teologii przyodziania’ jest nam wciąż bardzo pomocne poprzednio przedstawione rozważanie prof. Erika Petersona. na ten temat. Przypominaliśmy je w ramach bieżących rozważań już parokrotnie (zob. wyż.: „Szata Bożej Chwały – rozważanie Petersona”). Swoją drogą korzystamy oczywiście jeden raz więcej z rozważań św. Jana Pawła II. A oczywiście również z własnych przemyśleń.

Oto podstawowe myśli, jakie nasuwają się przy pogłębionej lekturze opowiadania biblijnego o pra-rodzicach w raju i ich upadku.

– Ci dwoje od początku byli ‘nadzy’.
– Tej swojej ‘nagości’ nie dostrzegali.
– ‘Nagość’ swoją uświadomili sobie dopiero po dopuszczeniu się grzechu.
– Znaczy to, że pomiędzy stanem poprzedzającym grzech – a grzechem dokonanym, musiała nastąpić
(0,6 kB)jakaś istotna zmiana, która dotknęła samej ich natury.
– Budzi to bowiem pytanie, dlaczego ‘nagości’ swojej poprzednio nie dostrzegali?

Z pomocą w uzyskaniu odpowiedzi na to pytanie przychodzi nam św. Jan Paweł II. – W Katechezie Środowej z pierwszych lat swego pontyfikatu nawiązywał on hojnie do zagadnienia stworzenia człowieka, jego statusu, nagości, oblubieńczego i rodzicielskiego sensu ciała, do raju i grzechu popełnionego w raju. Ojciec święty przedstawia też status pierwszych rodziców w raju.

Podkreśla, że ci dwoje żyli w ogrodzie Eden-raju w stanie pierwotnej świętości łaski oraz niewinności, tzn. w stanie łaski uświęcającej. Tym samym zaś spoglądali na siebie wzajemnie nieskażonym przez grzech „wzrokiem tajemnicy stworzenia”.

Oto fragment jego Katechezy Środowej na ten temat:

„Widząc siebie wzajemnie jakby wzrokiem samej tajemnicy stworzenia, mężczyzna i kobieta widzą siebie tym pełniej i wyraziściej samym zmysłem wzroku: oczyma ciała. Widzą bowiem i ogarniają siebie z całym pokojem wewnętrznego wejrzenia, który właśnie stwarza pełnię osobowej intymności.
– Jeśli ‘wstyd’ niesie z sobą swoiste ograniczenie widzenia zmysłem wzroku, oczyma ciała, to dzieje się to przede wszystkim na gruncie zachwianej i jakby ‘zagrożonej’ osobowej intymności tego widzenia.
Wedle Rdz 2,25 mężczyzna i kobieta ‘nie doznają wzajemnie wstydu’ : widząc i ogarniając siebie z całym pokojem wewnętrznego wejrzenia, ‘komunikują’ w pełni człowieczeństwa, które objawia się w nich jako wzajemnie dopełnione właśnie dlatego, że jest ‘męskie’ i ‘kobiece’. A zarazem ‘komunikują’ na gruncie tej komunii osób, w której poprzez swą kobiecość i męskość stają się wzajemnym darem dla siebie.
– W ten sposób osiągają we wzajemności szczególne poczucie sensu swego ciała. Pierwotne znaczenie nagości odpowiada takiej prostocie i pełni widzenia, w której poczucie sensu ciała rodzi się jakby w samym sercu ich wspólnoty-komunii. Nazwiemy je ‘oblubieńczym’. Mężczyzna i kobieta w Rdz 2.23nn wyłaniają się u samego ‘początku’ z takim właśnie poczuciem sensu swego ciała ...” (MiN 53n. – Zob. też wyż.: Dwa sposoby bytowania człowieczeństwa).

Jan Paweł II podkreśla zatem, że ci dwoje, pierwsi – w okresie poprzedzającym upadek grzechu wiedli życie według pierwotnej świętości i niewinności. Nie podlegali trojakiej pożądliwości. Ta obudziła się u człowieka dopiero wraz z grzechem – jako: „... pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia” (1 J 2,16).
– Status ten umożliwiał tym dwojgu pokojowe spoglądanie na siebie – jak to Jan Paweł II pięknie formułuje: „... jakby wzrokiem samej tajemnicy stworzenia” (MiN 54).

Gdyby użyć terminologii naukowej Papieża Wojtyły, ci dwoje widzieli i odbierali siebie wzajemnie zgodnie z wymogami ‘personalizmu’, czyli widzieli siebie jako osoby, a nie rzecz-do-użycia pozbawionego oblicza osobowego. Ci dwoje widzieli siebie i ogarniali siebie nie jako ciało przeznaczone do rozbudzania ‘seksu-dla-seksu’, lecz jako osobę tego ukochanego, podarowanego sobie wzajemnie przez Boga, ich kochającego Stworzyciela.
– Widzieli siebie w pełni swego zróżnicowania na męskie i żeńskie, a jednak uwaga ich skupiała się na swych ciałach nie jako przedmiocie służącym do roznamiętniania się, lecz na postrzeganiu tego drugiego jako osoby ukochanej siostry, względnie ukochanego brata, których Bóg podarował im wzajemnie do miłowania jako najbliższą osobę, którą należy otaczać najczulszą, pełną odpowiedzialności miłością i strzec jej ku podążaniu poprzez życie ziemskie we dwoje – do „Domu Ojca”.

Taką samą myśl zaprezentował wcześniej niż Papież Jan Paweł II działający konwertyta prof. Peterson we wspomnianej pracy o ‘nagości’ i odzieniu pra-rodziców w raju. Prof. Peterson używa w swych rozważaniach na ten temat oczywiście innej terminologii niż papież Wojtyła. Merytorycznie jednak chodzi o jedną i tę samą rzeczywistość.

Prof. Peterson zwraca przede wszystkim uwagę, że skoro ci dwoje: Adam i Ewa, spostrzegli swą ‘nagość’ w sposób nieoczekiwany dopiero po swym grzechu, pomimo iż ‘nagimi’ byli od początku, znaczy to według niego, iż poprzednio byli mimo wszystko ‘okryci’ jakąś tajemniczą ‘szatą’, której zarazem ... po prostu nie dostrzegali. Ta właśnie tajemnicza, zrazu nie zauważana ‘szata-odzienie’ pozwalała im spoglądać na siebie tak, jak ich widział i oglądał sam Bóg-Stworzyciel. On zaś uradował się dziełem swego stworzenia i bardzo je ukochał: „Elohim spojrzał na wszystko, cokolwiek uczynił. Zobaczył, że tak jest bardzo dobrze” (Rdz 1,31).

Prof. Peterson wyraża się o tej przez Adama i Ewę nie zauważanej ‘szacie’, że okryciem tym był widocznie „blask Bożej Chwały”  odbijający się na całokształcie ich obojga osób.
– Jest to określenie równoważne ze stanem łaski uświęcającej, która w tym okresie istnienia pierwszego człowieka odznaczała się widocznie jakoby swoistym promieniowaniem, które nadawało blasku Bożej bliskości całej ludzkiej osobie mężczyzny i kobiety.

Ów ‘blask Chwały’ musiał być swoistym odbiciem często w Piśmie świętym występujących określeń o „Chwale Jahwéh”, kiedy to Bóg objawiał się wybranym Mężom Bożym w jakimś zmysłami uchwytnym „blasku swej Chwały” (zob. np. Wj 33,22; Ez 3,23; 8,4; 43,2; Łk 2,14; itd.). Opisy biblijne o teofaniach zawsze wskazują na jakieś zjawiska uchwytne również przez ludzkie zmysły, zwłaszcza ludzki wzrok.

Jeśli pra-rodzice po swym upadku zobaczyli siebie naraz w całej swej nagości, znaczy to według prof. Petersona, że dotychczasowa tajemnicza „szata Bożej Chwały” została z nich zdarta – w bezpośrednim następstwie popełnionego grzechu ciężkiego. Grzech ciężki jest bowiem wyproszeniem obecności Boga ze swego serca.

(28 kB)
Objaśnienie

Ci dwoje przeżyli to zdarcie dotychczasowej szaty „blasku Chwały” widocznie jako fakt, który dotknął ich świadomość boleśnie i upokarzająco. Nagle dotarło do ich świadomości, że ciało w swej nagości działa na ich zmysły podniecająco. W tej sytuacji zaczęli wstydzić się przed sobą nawzajem.

Świadczy to nieomylnie o jakimś dogłębnym pęknięciu w samej ich dotychczasowej naturze: pierwotna świętość i niewinność, w jakiej ich stworzył i wyniósł do tego poziomu Stworzyciel, zostały bezpowrotnie utracone. Oboje czuli się zmuszeni do zakrycia przed sobą wzajemnie swej intymności płciowej.
– Stwierdzili, że odtąd nie mogą chodzić wobec siebie ‘nago’. Stawanie przed sobą w całej swej nagości musi być zastrzeżone do ściśle określonych sytuacji, kiedy to wzajemna intymność będzie mogła cieszyć się uszanowaniem swej godności osobowej, i nie będzie raniona nieprzyzwoitym, pożądliwym spoglądaniem na siebie po linii używania siebie jako ciała-seksu, pozbawionego oblicza osobowego.


Na temat ‘zdarcia’ dotychczasowej szaty, która spełniała zarazem rolę ozdobnego, wyszukanego okrycia, wypowiada się w swych wizjach przede wszystkim prorok Ezechiel. Zdarcie dotychczasowej ozdobnej szaty, a wystawienie w ‘nagości’ na widok publiczny jest u niego ukazane jako kara za grzechy. Chodzi w tym wypadku przede wszystkim o chroniczne „cudzołóstwo Izraela z obcymi bogami”, czyli grzechy popełniane przeciw pierwszemu przykazaniu: „Nie będziesz miał innych bogów przede Mną”.
– Mówiliśmy o tym, przytaczając szereg fragmentów zwłaszcza z 16-go rozdziału księgi proroka Ezechiela – na naszej stronie w jej części IV, rozdz. 2 (zob. wyż.: „Nagość w wizji Ezechiela (Ez 16)” – w całym kontekście poprzedzającym i następującym). Toteż nie podejmiemy tutaj ponownie tego zagadnienia.

Prof. Peterson zwraca w swych rozważaniach uwagę, że Jezus Chrystus przywraca człowiekowi utraconą szatę blasku Bożej chwały w chwili, gdy ktoś przyjmuje Chrzest święty. Wtedy zarazem Chrystus zaprasza ochrzczonego do godności swej Oblubienicy, sam będąc Oblubieńcem-z-Krzyża, jako Odkupiciel każdego człowieka.

W sposób bardzo charakterystycznie nawiązuje Jezus do szczegółu „pierwotnej szaty” w swej przypowieści o synu marnotrawnym. Uradowany z jego powrotu ojciec kazał go przyoblec w tę właśnie przedziwnie określoną szatę jako „pierwotną” (Łk 15,22).


To dłuższe rozważanie powinno stać się wystarczającą odpowiedzią na pytanie tych wszystkich – czy to małżonków, zwłaszcza w pierwszym okresie po ślubie, jak i par narzeczeńskich w fazie przygotowania do zawarcia małżeństwa: sakramentu małżeństwa: czy chodzenie po domu ‘nago’ ma podstawy biblijne?

Odpowiedź nie powinna stwarzać wątpliwości. Okres sprzed upadku Pra-Rodziców w Raju bezpowrotnie minął. Już Adam i Ewa sporządzili sobie po upadku przepaski. Dodatkowo wspomina opis biblijny, że sam Bóg sporządził tym dwojgu ubranie. Jest to zapewne wyraz szczególnej Bożej miłości do swego żywego Obrazu wobec kosmosu. Pomimo w nieskończoność sięgającego ‘bólu’, jakim człowiek przez grzech dotknął Bożą miłość:

„Jahwéh-Elohím uczynił człowiekowi oraz jego małżonce
odzienie ze skóry i przyodział ich”  (Rdz 3,21).

Jedynym pozytywnym następstwem i całą niejako ‘wygraną’ w następstwie popełnionego grzechu był następujący fakt: „... I otwarły się oczy ich obojga: doszli do poznania, że są nadzy” (Rdz 3,7).

Doświadczyli także dotkliwego kolejnego bólu, gdy musieli stwierdzić, iż bezpowrotnie zostali wypędzeni z raju:

„Toteż Jahwéh-Elohím wyrzucił go z Edenu,
żeby odtąd zajął się uprawą gleby, z której został wzięty.
Wypędził zatem człowieka i postawił od wschodniej strony przed ogrodem Edenu
cheruby oraz płomień połyskującego miecza,
ażeby zabezpieczyć drogę do drzewa życia” (Rdz 3,23n).

(2.2 kB)

Małżeństwo z osobą innego wyznania – innej religii

Perspektywa związania się ślubem małżeństwa: sakramentu małżeństwa, nasuwa zapewne jeszcze wiele, często żywotnie ważnych zagadnień. Ograniczymy się tutaj już tylko do jednej sprawy.

Wypada zasygnalizować chociażby tylko krótko i pobieżnie problem już nie tylko różnicy wyznania chrześcijańskiego między obojgiem narzeczonych, lecz tym bardziej różnicy samej w ogóle religii. Zdarza się, że np. dziewczyna jest ochrzczona, jest katolikiem. Poznała młodzieńca, który jest dajmy na to: mahometaninem, buddystą, wyznawcą hinduizmu, czy niejednej innej religii nie-chrześcijańskiej itd.

Kościół nie uniemożliwia zawierania takiego małżeństwa. Jednocześnie jednak Kościół w takich przypadkach poważnie ostrzega stronę katolicką, a nawet z całą serdecznością bardzo odradza wiązanie się w takich warunkach ślubem małżeńskim. Kościół działa w tym wypadku jeden raz więcej w oparciu o wielowiekowe doświadczenie.

Inaczej układają się obopólne kontakty między zakochanymi na poziomie różnic w przyjmowanej religii przed ślubem, a nierzadko diametralnie zaczynają układać się te sprawy po zawarciu ślubu.
– Gdy małżonków nie będzie cementowała od wewnątrz wspólna modlitwa i wspólnie praktykowana wiara, będzie dochodziło raz po raz do rozdźwięków. Rozbieżności te mogą z biegiem czasu doprowadzić do coraz trudniejszych problemów.

Zagadnienie to zaostrzy się bardzo z chwilą gdy pojawią się dzieci i związana z tym problematyka ich wychowywania: do której z religii? Dzieci nie będą wiedziały – bo są zbyt małe, czy pójść za religią matki, czy ojca. Dzieci nie są na razie w stanie rozróżnić zasadności danej religii, a konsekwentnie przerasta ich możliwości podjęcie właściwej decyzji: czy opowiedzieć się i wprowadzać w życie praktyki religijne matki, czy ojca, czy też wobec tego w ogóle zerwać z jakąkolwiek ‘wiarą’, którą rodzice wyznają w sposób sprzeczny pomiędzy sobą.
– Będzie to dotyczyło m.in. codziennej modlitwy porannej i wieczornej, w katolicyzmie regularnego uczestnictwa we Mszy św. w niedziele i święta, regularnego przystępowania do sakramentu Pojednania i Eucharystii, itd.

Ogólne wytyczne Kościoła dotyczące przeszkody w zawieraniu małżeństwa mieszanego (tzn. małżeństwo między chrześcijanami różnych wyznań), względnie różnicy religii (małżeństwo strony chrześcijańskiej z osobą religii nie-chrześcijańskiej) zawarte są m.in. w łatwo dostępnym wydaniu „KKK”, tzn. „Katechizmie Kościoła Katolickiego”, w numerach: 1633-1637.

Szczególnie trudnym zagadnieniem staje się rozwijający się związek pod kątem małżeństwa pomiędzy kobietą-katolikiem – a mahometaninem. Kościół oczywiście nie uniemożliwia ani nie zabrania związania się kobiety z mahometaninem, ale zarazem poważnie ostrzega, a nawet wyraźnie odradza zawierania małżeństwa między kobietą-katolikiem a mahometaninem.
– Jednakże dziewczyny-kobiety z zasady nie przyjmują do wiadomości żadnych argumentów ostrzegawczych. Nie dają wiary faktom, w jakich znalazły się tysiące kobiet różnych narodowości w takim związku: z mahometaninem.

Mahometanin, który przed ślubem potrafi być wspaniałym, obiecującym narzeczonym, i którym dziewczyna będzie się zachwycała – być może w przeciwieństwie do wielu innych kobiet, które również związały się z mahometaninem, będzie chciał np. po urodzeniu pierwszego dziecka ‘pokazać’ je swojej rodzinie mieszkającej na innym kontynencie, w kraju z którego pochodzi.

W takich okolicznościach zdarza się jakże często, że żona-katoliczka, która wyjedzie razem z mężem-islamitą do jego kraju ojczystego, nie będzie już miała szans wrócić do swojego kraju z własnym dzieckiem. Dziecko staje się ‘własnością rodu’, do którego przynależy jej mąż. W setkach i tysiącach przypadków zdarzało się, że jej zostaną odebrane wszystkie papiery, dowody osobiste, paszport itd. Będzie ona musiała zejść do roli jednej z kobiet haremu swojego dotychczasowego, najukochańszego męża.

U mahometanie istnieje coś w rodzaju nakazu religii, by kłamać w żywe oczy: inaczej mówić, a inaczej działać.

Niestety – kobiety poważnym, niepodważalnie udokumentowanym ostrzeżeniom w tym względzie wierzyć nie chcą. Z cudem graniczą przypadki, gdy takiej kobiecie uda się w chwili nieuwagi tych którzy ją pilnują, wyrwać się z niewoli haremu itp. i dotrzeć do ambasady, która być może dopomoże jej powrócić do kraju ojczystego. Jej życie małżeńskie i rodzinne legło totalnie w gruzach. Ona zaś sama teraz dopiero – po niewczasie, uwierzy wreszcie w słuszność ostrzeżeń, jakich jej przed owym ślubem poważni przedstawiciele Kościoła – i nie tylko ‘Kościoła’ – nie szczędzili.

(8.5 kB)

RE-Lektura: cz.VII, rozdz. 3-n.
Stadniki, 13.VI.2015.
Tarnów, 2.VI.2018.


(0,7kB)        (0,7 kB)      (0,7 kB)



L. NA ETAPIE POPRZEDZAJĄCYM MAŁŻEŃSTWO: SAKRAMENT MAŁŻEŃSTWA

Słowo nawiązania

1. Dziewczyny w okresie rzeczywistego nastawiania się na małżeństwo
Boże Przykazanie oraz słowo Jezus o pożądliwym spoglądaniu
Boża cezura między narzeczeństwem a małżeństwem
Tekst. Biologiczny rytm płodności w parze z wymogiem czystości
Tekst. Biologiczny rytm – a zapobieganie uderzające w godność osoby

2. Jeszcze raz: podstawowe rodzaje pieszczoty
Pieszczota na narządach płciowych
Wymiana pocałunków
Pieszczota na piersi
Przykład. Nie będzie ani pocałunku ani przytulenia
Przykład. Jak najmniej sam na sam

3. Miłość przez decyzję na współżycie?
Przejście na współżycie
Perspektywy małżeństwa
Łamanie Przykazania jako ‘świadectwa wiary’ wobec chłopca
Czy gniewać się na Boga za Jego Przykazanie?
Przykład. Jeszcze raz z burzliwej korespondencji Celiny
‘Seks’ ... oczywiście z ‘ochroną’

4. Wspólne zamieszkanie narzeczonych
Fakty a Wola Boża
Przykład. Maryja-Józef: poczęcie Syna Bożego przed zamieszkaniem
Tekst. Nie łudźcie się (1 Kor6,9nn)
Przykład. Profesor W.F. w sytuacji spędzenia nocy razem z narzeczoną
Zapraszanie na noc do wspólnego pokoju studenckiego ...
Wynajęcie-opłacanie pokoju mimo wszystko wspólnego
Wypowiedź. Czy rzeczywiście motyw czysty, czy też ‘sex-przed-ślubem’
Warunek krystalicznie czystego przebywania z sobą
Tekst. Ciasna brama - szeroka brama (Mt 7,13n)
Tekst. Z Hymnu Pawłowego o miłości (1 Kor 13)
Czyste sumienie a mimowolne zgorszenie otoczenia

5. Dopowiedzenia
Nago po mieszkaniu – a Biblia
Tekst. Kuszenie w Raju (Rdz 3,1-5)
Tekst. Geniusz podejrzeń (DeV 37)
Boże przesłuchanie po upadku: dostrzeżeniu swej nagości
Tekst. Boże przesłuchanie – uświadomienie sobie nagości (Rdz 3,6-13)
Tekst. Z Katechezy Środowej o spoglądaniu wejrzeniem stworzenia
Małżeństwo z osobą innego wyznania – innej religii


Obrazy-Zdjęcia

Ryc.1. Indonezja: nagłe pęknięcie tamy zbiornika wodnego
Ryc.2. Po kolejnym ataku bombowym w Bejrucie
Ryc.3. Dziewczynka-Indyjka pełna uśmiechu, ze znamieniem kolorowym na czole
Ryc.4. Czy to pocałunek pokoju między psem olbrzymem - a tym jamnikiem?
Ryc.5. Hawaje, marzec 2011. Wybuch wulkanu
Ryc.6. Grozę budzący widok trąby powietrznej
Ryc.7. Wybieramy się w góry. Oto nasz cel
Ryc.8. Zawsze z różańcem w kieszonce
Ryc.9. Na szlaku turystycznym w góry: mocno w górę