(0,7kB)    (0,7 kB)

UWAGA: SKRÓTY do przytaczanej literatury zob.Literatura


(13 kB)

F.   JEZUS JAKO OBLUBIENIEC-Z-KRZYŻA
A „KOŚCIÓŁ DOMOWY”

(6.2 kB)

1. Zaangażowane pary małżeńskie a teologia małżeństwa u Pawła

(7.7 kB)

a. Słudzy Słowa w obliczu owocności swej ewangelizacji

Trudno poprzestać na samej tylko ‘fascynacji’, która nie mogła nie pojawiać się u słuchaczy Sług Słowa – na widok ich bezkompromisowego oddania temu Jezusowi Chrystusowi, który pozwolił się ukrzyżować, ale po trzech dniach zmartwychwstał zgodnie ze swoją zapowiedzią – „dla naszego usprawiedliwienia” (Rz 2,25). Nie ulega wątpliwości, że z kolei owi słuchacze, których „serce otworzył Pan” (por. Dz 16,14) i którzy przyjmowali wygłaszane Słowo Boże „sercem szlachetnym i dobrym” (Łk 8,15; gr. en kardía kalé kai agathé: serce dobre i prawe = ideał osobowości w Grecji), oddziaływali bezwiednie wzajemnie na tychże właśnie sług Słowa Bożego.

W ten sposób wytwarzało się swoiste ‘sprzężenie zwrotne’  w spotkaniu niejako ‘oko-w-oko’ dwóch stających naprzeciw siebie sakramentów: kapłaństwa – i małżeństwa. Obserwując otwartość serc na Boga Prawdy u słuchaczy, wśród których znajdowało się zawsze wiele par małżeńskich wraz z całym ich ‘domem’ (tak chociażby u strażnika więzienia po nie uzasadnionym ukaraniu Pawła i Sylasa chłostą: Dz 16,25-34, tamże w.34), podziwiając ich z kolei bezkompromisowe zawierzenie Chrystusowi i Jego nie zawsze łatwemu do wprowadzenia w czyn Prawu Ewangelii oraz Ośmiu Błogosławieństw, owi Słudzy Słowa nabywali ludzkiej, ale tym bardziej Bożej otuchy do dalszego, odważnego podejmowania zleconej sobie misji: „... Otrzymacie Moc [Ducha Świętego] i będziecie Moim świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi ...” (Dz 1,8).

Widok nawróceń wśród słuchaczy oraz ich trwania w przyjętej wierze mimo spotykających ich z tej racji prześladowań budował ich i stawał się po ludzku czynnikiem psychologicznym, który dodawał nowej odwagi do kontynuowania podjętego dzieła ewangelizacji.
– Sami ci słudzy Słowa przyjmowali ten swoiście widomy owoc swej pracy apostolskiej z wdzięcznością. Mimo iż zdawali sobie sprawę, że owocność ich posługi nie musi bynajmniej iść w parze z wizualnie sprawdzalnymi wynikami ich ewangelizacji. Niemniej widok chociażby znikomego owocu pracy stawał się każdorazowo bodźcem do niezniechęcania się w razie doznanych porażek, a zarazem wdzięczności Panu żniwa za tego rodzaju dodanie im samym nowej otuchy.

Pamiętamy dobrze, co Mistrz z Nazaretu powiedział do Apostołów rozradowanych widomymi owocami swego przemawiania w Jego imieniu: „... Jednak nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie(Łk 10,20).

Do owocności zasiewu Słowa Bożego nawiązał pewnego razu sam Chrystus – było to krótko przed końcowym odcinkiem Jego ziemskiego życia: „... Jeżeli Moje Słowo zachowali, to i wasze będą zachowywać” (J 15,20).

Nie ulega jednak wątpliwości, że szczególnym motywem budowania się sług Słowa był widok owych par małżeńskich, u których stwierdzali nie gasnący zapał po początkowej fazie przyjęcia wiary, gdy zapał ten był w dużej mierze zrozumiały. Okazywało się jednak, że małżeństwa te i całe ich rodziny z zasady tak bardzo poważnie przeżywały swoje związanie się z Jezusem Chrystusem jako Odkupicielem, że wyrażało się ono nieprzerwanie odtąd przeżywaną przemianą dotychczasowego stylu życia – na tę co prawda wymagającą, ale zarazem wyzwalającą, dotąd nie znaną wolność w Chrystusie, wolność od niewoli grzechu:

„... Ku wolności wyswobodził nas Chrystus.
A zatem trwajcie w niej i nie poddawajcie się na nowo pod jarzmo niewoli” (Ga 5,1).

(7.7 kB)

b. Pierwsza grupa pytań nasuwających się parom małżeńskim

Na tym jednak wzajemny wpływ przeżywanego sakramentu kapłaństwa – a małżeństwa się nie kończył. Zarówno owi słudzy Słowa, jak i sami małżonkowie nie mogli nie stawiać sobie pytań o głębię tego aspektu, który w dzisiejszym językiem nazywamy: ‘teologia sakramentu małżeństwa’.

Z jednej strony Sługom Słowa – czy to Pawłowi, czy innym kapłanom, musiały nadarzać się prędzej czy później sposobności przemawiania niejako ‘stanowo’ do samych przede wszystkim małżonków. Jeśli nie wcześniej, ani przy innej sposobności, to wtedy właśnie nie mogli nie podjąć wątku teologicznego: głębszego sensu małżeńskiej miłości, sensu przymierza małżeńskiego, małżeńskiej miłości w zestawieniu z miłością, jaką jest – Trójjedyny.
– Wymagało to każdorazowo poważniejszego zastanowienia się nad Prawdą objawienia w tym wyodrębnionym aspekcie. Jest zaś jasne, że zagłębianie się w jakiś szczegółowy wątek teologiczny wiedzie do wizji coraz dalej i coraz radośniej się poszerzających horyzontów Prawdy objawienia. Poszerzanie tych horyzontów było i jest każdorazowo szczególnym dziełem Ducha Świętego, który to co rozum zaczyna pojmować – ukazuje coraz bardziej jako przemożne dobro: dobro zbawcze.

(13 kB)
Objaśnienie

Jeśli coraz bardziej wnikliwe zgłębianie Prawdy objawienia na odcinku małżeństwa w Bożym zamyśle odnosi się w pierwszym rzędzie do sług Słowa, tj. Apostołów i Kapłanów, dotyczy to tym samym, jeśli nie tym bardziej – samych małżonków: mężów i żon, powołanych przez Ojca Niebieskiego do podążania do „Domu Ojca” drogą przykazań – we dwoje, jako para małżeńska.

Dwoje ludzi, którzy najpierw przygotowują się do małżeństwa, a potem zawierają przymierze małżeńskie, dotyka w przeżywaniu swej więzi na co dzień jednej tajemnicy za drugą. Jeśli nie zadowalają się płytkim przeżywaniem swej miłości i swego przymierza, lecz pragną pogłębiać swoją więź zaistniałą w chwili wyrażenia sobie wzajemnie woli stanowienia odtąd przymierza małżeńskiego: „Ślubuję ci miłość, wierność, uczciwość, i że cię nie opuszczę aż do śmierci”, nie mogą uchylić się od konfrontacji z coraz dalszymi i głębszymi stwierdzeniami, które ich samych systematycznie przerastają.

Chłopiec i dziewczyna, którzy przeżywają okres narzeczeństwa, a potem stają się małżonkami, po czym rodzicami – nie mogą nie doświadczać cisnących się podstawowych pytań, które domagają się wyraźnie sobie uświadomionej odpowiedzi:

(0,2 kB)  Co to jest ‘miłość’? A może raczej: KTO to jest ‘miłość’?

(0,2 kB)  A z kolei: Co to jest ‘życie’? A może raczej: KTO to jest ‘życie’?

(0,13 kB)  Jeśli chcą być rzetelni w swym myśleniu, nie mogą nie doświadczać ‘miłości’ jako tajemnicy, którą u siebie co prawda obserwują, a przecież nie mogą nie wyznać, że sama w sobie ‘miłość’ ich całkowicie przerasta. Miłość to taka rzeczywistość, która co prawda pojawia się na ziemi – i oni sami doświadczają jej u siebie. A przecież zdają sobie sprawę, że sama materia nie jest w stanie wykrzesać z siebie ‘miłości’. Jej korzenie wyrastają spoza sprawdzalnego świata.

(0,13 kB)  Ci dwoje nie mogą z kolei nie doświadczyć tajemnicy radości, jaka z zasady z bliska towarzyszy ‘miłości’. Oto dalszy aspekt tajemnicy ‘miłości’, która co prawda istnieje na ziemi, ale nie może pochodzić bez reszty z tego świata.

(0,13 kB)  Z radością-w-miłości wiąże się doznanie ‘pokoju’ i poczucie pełni, względnie spełnienia. To kolejny aspekt przeżywanej miłości, której coraz inne odmiany istnieją na świecie, można je spotkać, ale których pochodzenia nie da się wyjaśnić zjawiskami zachodzącymi w samym tylko świecie: w samej tylko ‘materii’.

A cóż dopiero, gdy się głębiej zastanowić nad doświadczeniem przymnożonego ‘życia’ w miarę jak przeżywana przez tych dwoje ‘miłość’ przybiera stopniowo na intensywności. Budzi to kolejne pytanie, na które człowiek nigdy nie znajdzie wyczerpującej odpowiedzi:
mianowicie jaki zachodzi związek pomiędzy ‘miłością’ a ‘życiem’?

(0,35 kB)  Oraz pytanie jeszcze bardziej podstawowe: Co to właściwie jest ‘życie’ ?
A może bardziej zgodniej z Prawdą bytu: Kto to jest ... ‘życie’ ?

(0,39 kB)  Gdy u tych dwojga pojawi się dziecko, owoc ich obopólnego małżeńskiego oddania, pojawiają się lawinowo kolejne pytania, od których nie sposób się uchylić.
– Poczyna się dziecko... Jest to tajemnica, w którą oni jako para małżeńska są z tak bliska wciągnięci! Ale: niemożliwe, żeby dziecko było samą tylko sumą ‘materii + materii’ ! Dziecko ... jest Kimś, a nie ‘czymś’.
Jeśli ci dwoje chcą być konsekwentni, nie mogą nie zdawać sobie sprawy, że dziecko ‘ich dwojga’ – jest, i nie jest ‘ich’ własnością. Jest im ostatecznie ... podarowane.
– Ileż bólu przeżywają z podobnego tytułu – w razie bezdzietności – inne małżeństwa!

(0,38 kB)  Dziecko, jakie pojawia się w małżeństwie, wzrasta w nieprawdopodobnym tempie. Uśmiecha się: odwzajemnia na swój sposób doznawaną miłość matki i ojca – i rodzeństwa. Czyste spojrzenie dziecięcych oczu, nie skażone żadną nieprawością, jest wciąż mówiącym swoistym ‘pasem transmisyjnym’, który pozwala wglądnąć w ukryte, a przecież tak łatwo dające znać o sobie źródło swego pochodzenia.
– Jan Paweł II wyrazi to – jak zwykle, jakże głęboką uwagę:

„Dziecko, żywe odbicie owocu ich miłości,
trwały znak jedności małżeńskiej
oraz żywa i nierozłączna synteza ojcostwa i macierzyństwa ...” (FC 14)

(0,36 kB)  W ten sposób dziecko wskazuje samym swoim zaistnieniem na swe ostateczne pochodzenie, podarowane tak jemu samemu, jak małżonkom-rodzicom od Boga, jedynego Sprawcy i Dawcy cudu życia. Tym bardziej, że każdy Poczęty jest z Bożego daru – przez sam ten fakt, ponadto przede wszystkim żywym „Obrazem Boga”:

„Przecież od Niego tylko [od Boga] może pochodzić ‘Obraz i Podobieństwo’,
które jest właściwe istocie ludzkiej, tak jak przy stworzeniu ...” (LR 9).

(0,37 kB)  Jako Boży Obraz jest każde dziecko, podobnie jak każdy człowiek: każdy mężczyzna i każda kobieta, wyłączną własnością samego Stworzyciela. A ten stał się „... dla człowieka i jego zbawienia” ... Odkupicielem.
– Małżonkowie zostają w ten wzajemnie się przenikający splot tajemnicy-za-tajemnicą dogłębnie wciągnięci: do jedynego w swym rodzaju współ-działania z Bogiem Stworzycielem, z Bogiem-Miłością, Bogiem-Odkupicielem.

(7.7 kB)

c. Druga grupa nieuniknionych pytań u par małżeńskich

Jeśli te i podobne pytania nie mogą nie pojawiać się w przeżywaniu wzajemnej miłości w narzeczeństwie, a tym bardziej w miłości przymierza małżeńskiego, wyzwalają one z kolei pytania sięgające tym dalszych głębin tajemnicy zarówno miłości, jak i życia.

(0,2 kB)  Dopiero co w słowa ujęte pytania dotyczą wprost tego aspektu rzeczywistości małżeńskiej, którą w poprzedniej części określiliśmy jako rzeczywistość „poziomu”  w tajemnicy miłości-krzyża
(zob. wyż.: Oblubieńcza Miłość Boga – a oblubieńcza miłość małżonków – grafika miłości-krzyża. Tamże, cały dalszy ciąg rozdz. 8 i 9 części VI.).
– W ‘poziomie’ rozgrywają się wzajemne odniesienia męża do żony i na odwrót. Trudno, żeby im samym nie pojawiały się pytania: co to znaczy ‘miłość’ ? skąd się ona bierze? dlaczego właśnie my oboje – a nie ktoś inny? skąd nam przychodzi ‘miłość’ do siebie wzajemnie?

(0,2 kB)  Pozostaje jednak drugi aspekt tejże tajemnicy, tym bardziej fascynujący i ... wstrząsający: rzeczywistość niejako „pionu”  tejże tajemnicy miłości-krzyża.
– Tym razem na pierwszy plan wysuwa się Bóg, który JEST – Miłością. Jest nią przy stwarzaniu świata – świata stworzonego jedynie ze względu na człowieka. A tym bardziej w tajemnicy Odkupienia swego żywego Obrazu: mężczyzny i kobiety. Odkupienia dokonanego za cenę wstrząsającą: przez krew Syna Bożego, wylaną w Jego męce, dopełnionej Jego ukrzyżowaniem.

Tutaj dopiero otwierają się przed każdą parą – narzeczeńską, a potem małżeńską, nieprzeniknione głębie tajemnicy Boga, który:

„... tak ... umiłował świat [= świat ludzi], że Syna swego Jednorodzonego dał,
aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał – życie wieczne” (J 3,16).

Przytoczone tu jeden raz więcej Słowo Boże objawione i objawiające – uświadamia każdemu, a przecież całkiem szczególnie właśnie małżonkom jako zaproszonym do współ-stwarzania-w-miłości kolejnego żywego Obrazu Boga, jakość tej tajemnicy, mocą której Bóg kontaktuje się z człowiekiem: mężczyzną i kobietą.

Tym razem chodzi zatem o ‘pion’  odniesień: Bóg ze swego tronu w niebie – w Jego odniesieniu do człowieka: mężczyzny i kobiety. Jest to ten Bóg (= Niebo), który zstępuje na ziemię i w nią na miarę nieodwołalności swojego zamysłu miłości wpuszcza-wkuwa głęboko swój zamysł odkupienia człowieka: mężczyzny-kobiety.

Zamysłu tego żadne stworzenie nie jest władne wyrwać, usunąć, ani zmodyfikować. Jest to Wola Jego miłości, która cała jest życiem. Ją właśnie Trójjedyny w Synu Bożym ‘umocuje’ na skale Golgoty, a raczej ‘w’ skale-Golgocie tejże ziemi, albo jeszcze dokładniej: kosmosu, gdzie Bogu spodobało się „umieścić” (Rdz 2,8) stworzonego „z miłości i do miłości” (FC 11) człowieka – swój żywy Obraz wobec kosmosu.

Cała inicjatywa wychodzi w tym wypadku wyłącznie od Boga, który jest Trójjedyny. Realizacji tej Bożej woli podejmuje się Syn Boży. Jedynie dlatego przybierze On do swojej natury Bożej – naturę jeszcze drugą: człowieczą. Tak dopiero otworzy się możliwość dokonania dzieła odkupienia żywego Bożego Obrazu, który cały pogrążył się w grzechu.
– Celem owej Bożej woli: zamysłu Boga miłości – jest już „przed założeniem świata” (zob. np. Ef 1,4) to jedno: Trójjedyny pragnie obdarzać stworzenie swojej miłości – mężczyznę i kobietę swym własnym życiem i swą własną miłością. Mianowicie Bóg zaprosi człowieka do uczestnictwa w życiu i miłości, które stanowią samą „naturę” Boga (zob. 2 P 1,4). Życie zaś Boże nie potrafi być inne, jak tylko ... wieczne: życie radości i pełni – w „Domu Ojca”.

Jest jednak jasne, że osiągnięcie zaofiarowanego człowiekowi przez Boga „Domu Ojca” nie może stać się rzeczywistością ‘za wszelką cenę’. Bóg nie może nie postawić człowiekowi określonych warunków. Ich spełnienie stanie się drogą do osiągnięcia ukazanego celu.

(0,38 kB)  Przed nami rysuje się coraz jaśniej pełny obraz ... krzyża. Można by dopowiedzieć: Oto miłość Boga, która w obliczu zaistniałych powikłań – duchowych dziejów człowieka, nie widzi innego sposobu urzeczywistnienia zamysłu miłości, jak tylko poprzez „... zgorszenie krzyża” (Ga 5,11).

W nawiązaniu do życia w przymierzu małżeństwa wyrażają się krzyżujące się niejako ‘belki’  tajemnicy krzyża następująco, wyzwalając nieustanną kontemplację Bożego zamysłu zbawienia u samych przede wszystkim małżonków:

(12 kB)
Objaśnienie

(0.15 kB)  Miłość ‘poziomu’  to symbol i jednocześnie rzeczywistość tej miłości, jaka istnieje i winna istnieć pomiędzy mężem a żoną jako osobami, które przyjęły sakrament przymierza małżeńskiego. Oboje wyrażają sobie wówczas wolę, iż poważnie traktują słowo, dane sobie wzajemnie, a także Bogu: „Ślubuję ci miłość, wierność ... i że cię nie opuszczę ...”..

(0.15 kB)  Miłość ‘pionu’, tzn. ‘belki pionowej’, przez którą powstaje krzyż, to ta niewyobrażalna, „ogromnie wielka” (Ef 2,4: gr: diá ten pollén agapén) – nie należna miłość, jaką Trójjedyny odwiecznie umiłował swój żywy Obraz: mężczyznę i kobietę. Przy czym Trójjedyny dawał na przestrzeni wieków coraz bardziej jednoznacznie do poznania, że uważa człowieka: mężczyznę i kobietę jako Lud tego przymierza, jakie z nim zawarł i wielokrotnie je ponawiał – jako tę swoją, najukochańszą: Mistyczną Oblubienicę (Jr 31,3). Tej Miłości do Ludu swego Wybrania, i każdego z osobna mężczyzny i kobietyBóg nigdy się nie wyrzeknie. Jest On bowiem sam w sobie Prawdą-wiernością:

„Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać,
ale miłość Moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się Moje przymierze pokoju,
mówi Jahwéh, który ma litość nad tobą” (Iz 54,10).

(6.2 kB)

2. Boża miłość w krańcowej próbie wobec człowieka, który
w grzechu tę miłość odrzuca

(7.7 kB)

a. Sytuacja Bożego Obrazu po grzechu: czy beznadziejność
wiecznej rozpaczy?

Boże ‘umiłowanie’ człowieka jest od początku do końca ... wstrząsające. Po ludzku się wyrażając, jest ono całkiem nie-rozumne. Sprzeczne z tym, co się człowiekowi ‘należało’ z racji nie-zdanej przez niego już pierwszej ‘próby’  w Raju – na wzajemność jego miłości względem Boga.
– Miłość Boga ... wzgardzona i odtrącona! Poczytana przez żywy Obraz Boga – jako niegodna w zestawieniu z anty-‘miłością’ „Węża Starodawnego, który się zwie diabeł i szatan, zwodzącego całą zamieszkałą ziemię ...” (por. Ap 12,9).

Człowiek wybrał sam – aktem swojej wolnej woli, wieczne istnienie w nie-miłości i nie-życiu. Taka była i jest rzeczywistość odrzucenia przez żywy Boży Obraz Bożej propozycji: przyjęcia zaofiarowanego mu przymierza miłości w życiu-na-zawsze – w „Domu Ojca” (J 14,2n). Tym stał się grzech, czyli Bogu czynem wyrażone człowiecze:

Milcz!
Przestań mówić!
Wiem,
co czynię!
   oraz:   
Precz stąd Boże!
Przykazania Twojego i tak
NIE
zachowam!
(Zob. też już wyż.: Milcz! Wiem co czynię; oraz: Przykazania nie zachowamy).

Co by z nami było, gdyby Trójjedyny nie był ... Miłością! Gdyby Bóg jako miłość ... nie przekształcił się niebawem w Boga-Miłosierdzie! Istnielibyśmy oczywiście tak czy owak na zawsze: wiecznie.

Bóg jest poważny. Gdy Bóg wywołuje człowieka – swój żywy Obraz wobec kosmosu, z nie-istnienia do istnienia, „chce (= zamierza) [On go] dla niego samego” (GS 24), a nie dla siebie jako Boga. To Boże „chcenie” (zob. LR 9) jest tak intensywne i silne, że nikt i nic nie zdoła go zniweczyć. Nawet śmierć biologiczna!
– Śmierć jest tylko przez człowieka-w-grzechu już na prapoczątku wyraźnie wybranym finałem życia ziemskiego (zob. Rdz 2,17).
Finał ten staje się równoznaczny z wkroczeniem z tą chwilą w drugą fazę człowieczego istnienia – tym razem życia już bez końca: na wieki wieków.

Wykluczone jest unicestwienie człowieka, a z kolei jakakolwiek ‘reinkarnacja(zob. do tego wyż.: New Age – Reinkarnacja). Wbrew wciąż odradzającym się tego rodzaju absurdalnym ideologiom, importowanym z zasady ze Wschodu, sprawiającym złudnymi, niedorzecznymi wyobrażeniami niemało przyjemności tym, którzy nie fatygują się podejmowaniem myślenia ‘do końca’.
Żadne z kolei zabójstwo człowieka – przed jego narodzeniem czy też po nim, żadne samobójstwo, ani w końcu żadna śmierć naturalna – nie wykreśli żywego Bożego Obrazu z księgi istniejących na-zawsze.

Problemem jest każdorazowo status, w jakim znajduje się dana osoba człowiecza: ten konkretny mężczyzna, ta konkretna kobieta – w chwili swej śmierci biologicznej. Śmierć staje się utrwaleniem – tym razem na wieki wieków, wewnętrznego stanu, w jakim znajduje się ta konkretna osoba w chwili przechodzenia ‘na drugi brzeg życia’ : czy z tego świata schodzi w stanie łaski uświęcającej, czy też – nie daj Boże – w stanie nie-łaski w oczach Bożych. Nie-łaska bowiem oznacza odrzucenie Bożej miłości. Stan ten zależy oczywiście nie od Boga, lecz od wyboru wolnej woli ludzkiej osoby.

Dowiadujemy się, że już pierwszy człowiek: pierwszy mężczyzna, pierwsza kobieta – dokonał wyboru niestety najgorszego z możliwych. Działo się to na samym początku zaistnienia człowieka na ziemi: w próbie jakiej Bóg poddał miłość wzajemną człowieka „na początku”, w raju. Zagadnieniu temu poświęciliśmy w poprzednich rozważaniach już niemało uwagi (zob. wyż.: Nieodzowne poddanie jakości miłości próbie oraz następny paragr.: Pierwsza próba na jakość miłości ... nie zdana; ale i cały kontekst poprzedzający i następujący: cz.V, r.2 itd.).

Dramatem grzechu ciężkiego, czyli świadomego odrzucenia stanu łaski uświęcającej, równoznacznego z zabiciem życia Bożego w duszy jest to, że każdy taki akt wolnej woli jest czymś definitywnym: wyproszeniem Boga z serca na stałe. Do podjęcia tego rodzaju decyzji nie jest wymagana ostro sformułowana intencja zerwania z Bogiem. Wystarczy, że człowiek w momencie podejmowania popełniania grzechu zdaje sobie sprawę, iż chodzi o sprawę ‘poważną’.

Przytoczymy jeszcze raz wypowiedź nauczycielską Jana Pawła II na ten temat:

„Podobnie powinno się unikać sprowadzania grzechu śmiertelnego do aktu ‘opcji fundamentalnej’ – jak się dzisiaj zwykło mówić – przeciwko Bogu, rozumiejąc przez to wyraźne i formalne wzgardzenie Bogiem i bliźnim.
– Mamy bowiem do czynienia z grzechem śmiertelnym także wtedy, gdy człowiek świadomie i dobrowolnie, dla jakiejkolwiek przyczyny, wybiera coś, co jest poważnym nieporządkiem. W rzeczy samej taki wybór już zawiera w sobie wzgardę Bożym przykazaniem, odrzucenie miłości Boga do ludzkości i całego stworzenia:
człowiek sam się oddala od Boga i traci miłość ...
– Niewątpliwie mogą zaistnieć sytuacje bardzo złożone i niejasne pod względem psychologicznym, które wywierają wpływ na podmiotową poczytalność grzesznika.
– Jednakże od rozważań ze sfery psychologii nie można przejść do budowania kategorii teologicznej, jaką jest właśnie ‘opcja fundamentalna’ rozumiana w taki sposób, że przedmiotowo zmienia lub podaje w wątpliwość tradycyjne pojęcie grzechu śmiertelnego ...” (RP 17).

Miejsce ‘zwolnione’ po Bogu, który w grzechu ciężkim zostaje wyproszony z ludzkiego serca i natychmiast posłusznie serce to opuszcza, nie pozostaje próżne. Zostaje ono natychmiast zajęte przez tego, który jest Zły: Szatana. Ten zaś wyciska na duszy grzesznika w głębię sięgającą swoją pieczęć.

Człowiek ten przynależy z tą chwilą do niego – Szatana. Oczywiście nie ontologicznie, lecz etycznie. Szatan zaś chytrze oszukuje człowieka, usiłując nastawić go przeciw Bogu i Bożym przykazaniom. Wmawia człowiekowi, iż Bóg jest jego największym „wrogiem-przeciwnikiem” (DeV 38).
– Maluje przed jego wyobraźnią wielobarwne rozkosze wolności ‘OD’ Prawdy (por. VSp 64; 96), by tylko wyłudzić jego dobrowolną zgodę na odejście od Boga. Człowiek jako dotychczasowa ‘własność’ Boga który jest Miłością – przechodzi świadomie i dobrowolnie w służbę już nie miłości, lecz poddaje się w nastroju triumfalnym ... w niewolę-przymus Szatana (zob. Rz 6,16). Ten zaś pierwsze chwile w swej niewoli człowiekowi znakomicie osładza.

Szatan zdobywa jednak od tej chwili wobec Boga niezbity argument: „Ten człowiek należy do Mnie, a nie do Ciebie, Boże!”  Na tej zasadzie będzie Szatan swych niewolników przed Bogiem przewrotnie nieustannie oskarżał. Nawiązuje do tego m.in. św. Jan w Apokalipsie – po przedstawieniu wizji „Wielkiego Znaku na niebie: Niewiasty obleczonej w słońce ...” (Ap 12,1), ale i „innego znaku: Wielkiego Smoka barwy ognia ...” (Ap 12,3) oraz „walki na niebie(Ap 12,7) pomiędzy Michałem i jego aniołami, który strącił „Wielkiego Smoka, Węża starodawnego, który się zwie diabeł i szatan, zwodzącego całą zamieszkałą ziemię ...” (por. Ap 12,9). Jan mówi w dalszym ciągu:

„I usłyszałem donośny głos mówiący w niebie:
‘Teraz nastało zbawienie, potęga i królowanie Boga naszego ...
Bo oskarżyciel braci naszych został strącony,
ten, co dniem i nocą oskarża ich przed Bogiem naszym’ ...” (Ap 12,10).
(Zob. do tego też: ‘oskarżania’: Hi 1,9nn; 2,4n; Za 3,1. – Oraz zob.: Pieczęć przynależności)
.

(7.7 kB)

b. Boża Miłość pochylona nad Bożym Obrazem po grzechu

Z naszych poprzednich rozważań pamiętamy, że człowiek dokonuje w grzechu wyboru, który skutkami sięga nieskończoności i wieczności. Burzy wszystkie więzi, jakie go dotąd łączyły z Bogiem. Z wyjątkiem tylko jednej – ostatniej: więzi istnienia. Tej nikt nigdy zniszczyć nie zdoła: ani za życia ziemskiego, ani po śmierci.

Żadne stworzenie nie jest zdolne naprawić własnymi siłami zła spowodowanego grzechem, ani tym bardziej przeprosić w nieskończoność znieważonego Boga.
– Z kolei zaś, z punktu widzenia ontologicznego [= prawda samego bytu] nie wchodzi w rachubę żadne zadośćuczynienie ‘zastępcze’ ze strony któregokolwiek stworzenia z racji zniewagi, jaką człowiek wyrządza Bogu przez grzech.

Tylko ‘równy’ może ‘równego’ przeprosić. Tymczasem pomiędzy Bogiem a znieważającym Go jakimkolwiek stworzeniem, czyli także człowiekiem – istnieje nieprzebyta przepaść bytu. Żadne stworzenie nie jest w stanie wyrównać tej przepaści, ani w jakikolwiek sposób ją ‘przekroczyć’. Stwierdzenie to nie jest wymysłem teologicznym, lecz odzwierciedla porządek i prawdę samego bytu.

Znaczy to, że z chwilą gdy ktoś ‘wypadnie’ ze stanu łaski uświęcającej, pozostałaby mu już tylko czysta rozpacz pewności potępienia bez nadziei na możliwość jakiejkolwiek zmiany – w mękach istnienia na wieki wieków: w nie-życiu, nie-miłości, nie-nawiści. Bo zarówno wieczne zbawienie, jak wieczne potępienie znaczy: już nigdy końca nie będzie. Pozostaje wieczne ‘JEST’ – wieczne ‘TERAZ’, bez jakiegokolwiek ‘przedtem’ i ‘potem’.

Gdyby człowiek nadal jeszcze ‘żył’ na ziemi – po popełnieniu grzechu ciężkiego, i spostrzegł się w pewnej chwili – jeszcze nadal żyjąc na tym świecie, jak przerażającego czynu się dopuścił w stosunku do Boga, równoznacznego z wyborem własnego potępienia – wiecznego, to i tak by nie miał żadnych szans – w sensie absolutnym, przebłagania Boga z racji wyrządzonej Mu zniewagi, ani tym bardziej wydostania się z należnego sobie, w grzechu ciężkim świadomie wybranego potępienia – wiecznego.
– W przypadku śmierci biologicznej w takim stanie otrzymałby jedynie ‘los’ taki, jaki świadomie i dobrowolnie sobie obrał: wiecznego istnienia w zaakceptowanym wyproszeniu ze swego serca obecności Boga raz-na-zawsze. Zagadnienie to rozważaliśmy już wielorako w poprzednich częściach niniejszej strony (zob. m.in.: Perspektywy ‘przebłagania’ Boga; oraz paragrafy poprzedzające).

Sam jednak fakt, że człowiek jeszcze żyje po popełnieniu grzechu śmiertelnego-ciężkiego, jest wyrazem niepojętego Bożego Miłosierdzia i Bożej Litości. Dalsze życie po grzechu – nie należało się człowiekowi z żadnego tytułu.
– Ale też tutaj właśnie, na pobojowisku ‘po’ popełnionym grzechu, pojawia się zaraz ten tak hańbiąco, nieprawdopodobnie dojmująco za swoją miłość znieważony Bóg. Pojawia się oczywiście jako Sędzia. Tak jak to było po grzechu śmiertelnym pra-rodziców w Raju (Rdz 3,8-19). Ale tym bardziej jako – z tą samą chwilą Bóg niejako całkiem ‘inny’, nie taki jakiego by się należało spodziewać: bo jako ... Bóg-Miłosierdzie.

Jest to oczywiście dokładnie ten sam Bóg co dotąd: Bóg-Miłość, ale któremu niejako ‘żal’ swego żywego-Obrazu-w-grzechu, wybierającego bez pomyślenia-‘do-końca’  swoje własne potępienie-na-zawsze. Tego ten Bóg – tak okrutnie przez tegoż grzesznika potraktowany, tym bardziej znieść ... ‘nie umie’.

Obserwujemy ze zdumieniem, że Bóg, zmuszony przez człowieka do milczenia, mimo wszystko nie przerywa swego dialogu z grzesznikiem. Nawet z tym, który prócz tego że dopuścił się grzechu śmiertelnego, stał się ... zbrodniarzem. Tak było już począwszy od owego trudnego dialogu Boga z Kainem (zob. Rdz 3,9; 4,9; EV 8. Zob. wyż.: Ucieczka Kaina przed Bogiem).

(9 kB)
Objaśnienie

Nieuniknione jest oczywiście przesłuchanie: sprawozdanie ze sposobu użycia podstawowego uposażenia ludzkiej natury w niezbywalny dar wolnej woli, władz umysłowych, i w zdolność podejmowania odpowiedzialności (zob. zwł.: Podstawowe wyposażenie ludzkiej natury: rozum-wola-odpowiedzialność; i tamże, zaraz dalej, odnośna grafika).

Można by zapytać: czemu Bóg dopuszcza do sytuacji, że człowiek będzie mógł tłumaczyć się ze swego grzechu? Jakżeż nie wspomnieć tu na słowo pierwszego papieża, św. Piotra, który w takim kontekście wspomina o odniesieniu Boga do grzechu-upadku Aniołów: „Jeżeli bowiem Bóg aniołom, którzy zgrzeszyli, nie odpuścił, ale wydał ich do ciemnych lochów Tartaru [= potępienie piekła], aby byli zachowani na sąd ...” (2 P 2,4). Czyżby ten sam Bóg miał naprawdę inaczej traktować człowieka: mężczyznę-niewiastę w jego-ich grzechu, aniżeli gdy zgrzeszyła część Aniołów?

Stajemy jeden raz więcej przed nieprzeniknioną dla nas tajemnicą tego Boga, który jest – Miłością. Widzimy, że Bóg dziwnie inaczej, tak bardzo niezasłużenie, odnosi się do upadłego człowieka – w przeciwieństwie do upadłych Aniołów.
– Aniołowie stworzeni zostali jako czyste duchy. Stąd też w ich przypadku – raz podjęty akt ich wolnej woli jest nieodwracalny.
– W stosunku do człowieka – mężczyzny i kobiety, tenże Bóg okazuje się niepojęcie oględny. Bo „... miłość cierpliwa jest, ... nie unosi się pychą; ... nie szuka swego” (zob. 1 Kor 13,4.5):

„Potężnie działać zawsze jest w Twej mocy i któż się oprze potędze Twojego ramienia?
– ... Nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy, i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili.
Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś,
bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił ...
Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Panie, Miłośniku – życia!” (Mdr 11,21.23n.26).

W dopiero co przytoczonych słowach św. Piotra po jego uwadze dotyczącej upadłych Aniołów czytamy dalej, że Bóg „... jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia” (2 P 3,9). Jak nie dziękować w najgłębszej pokorze skruszonego serca, że Bóg upadłym Aniołom nie dał „przestrzeni-miejsca na pokutę” (łac.: locus poenitentiae; zob. Hi 24,23; Mdr 12,10.19; Hbr 12,17), a „miejsce-czas-przestrzeń na pokutę”  z zasady daje upadłemu Człowiekowi?

Stajemy twarzą w twarz w obliczu tego Trójjedynego, który już „przed założeniem świata” (zob. m.in. Ef 1,4) nosił w swym Sercu swój niepojęty, wstrząsający zamysł: osobistego odkupienia grzesznego człowieka: mężczyznę i kobietę. Do jego w czyn wcielanej realizacji przystąpił Bóg w momencie stworzenia czasu – oraz człowieka.

Wiemy już: zrozumieliśmy to w jakiejś mierze dzięki Bożemu Objawieniu, że wobec ontologicznej niemożności człowieka, by znieważonemu Bogu zaofiarować jakiekolwiek liczące się wynagrodzenie i przebłaganie, dzieła tego podejmie się sam Bóg – w miejsce człowieka.

Ponieważ jednak nie Bóg ‘zgrzeszył’, lecz człowiek, dzieła tego musiał dokonać mimo wszystko nie sam Bóg, lecz równie całościowo człowiek. Sama w sobie Bogu w grzechu wyrządzona zniewaga nie może pozostać nie wynagrodzona. Bóg nie może jej zignorować, ani udawać, jakoby jej ‘nie było’.
– Wiemy już też – i nie możemy wyjść z tego powodu z najwyższego zdumienia, podobnie jak nie mogą pojąć tego sami Aniołowie w niebie, że sam w sobie zamysł Trójjedynego, by osobiście zbawić człowieka, nieskończenie przerasta wszelkie myślenie i wyobrażenie świata tak ludzi, jak Aniołów:

„... Odkupienie z niewoli grzechu stanowi wypełnienie całego Objawienia Bożego,
ponieważ w nim stało się rzeczywistością to, czego żadne stworzenie
nie mogłoby nigdy ani pomyśleć, ani uczynić:
że mianowicie Bóg nieśmiertelny – w Chrystusie ofiarował się na krzyżu za człowieka
i że śmiertelna ludzkość w Nim – zmartwychwstała” (APR 10).
(zob. wyż.: Bóg nieśmiertelny w Chrystusie ofiarował się na Krzyżu za człowieka)
.

Trójjedyny podjął ‘decyzję’, iż Syn Boży przyjmie do swej Bożej Natury – naturę jeszcze drugą: człowieczą (zob. dokładniej wyż.: Zamysł odkupienia Bożego Obrazu; w kontekście poprzedzającym i następującym). Stanie się zatem coś całkiem nieprawdopodobnego: Osoba Boża – i tylko Boża, zacznie istnieć w dwóch całkiem różnych naturach: w naturze Bożej – jednej i tej samej, którą dzieli z Osobą Ojca i Osobą Ducha Świętego, a ponadto w naturze ludzkiej jako „Syn Człowieczy”, rzeczywisty Syn Maryi, swej Niepokalanej Matki.

Był to wstępny warunek, bez którego dzieło odkupienia człowieka nie mogłoby dojść do skutku. Podjąć się go mógł sam jedynie Bóg.
– A przecież nie mogło obejść się mimo wszystko bez człowieka. Syn Boży, który w swym życiu ludzkim stanie się Jezusem Chrystusem, będzie i jest odtąd Bogiem-Człowiekiem w swej jednej, Bożej Osobie. Stanie się Odkupicielem człowieka: mężczyzny i kobiety, Żywego Obrazu Boga.

Do przyjścia na świat przygotował sobie Syn Boży Maryję z Nazaretu, swoją Niepokalaną Matkę (zob. wyż.: Narodziny Jezusa Chrystusa oraz c.d. tego §). Stanie się ona Matką Bożą – za sprawą Ducha Świętego. On to bowiem połączy ‘po mistrzowsku’ w Drugiej Osobie Bożej: Syna-Słowa – naturę Bożą oraz człowieczą Jezusa Chrystusa, który stanie się Bogiem Wcielonym.
– Będzie to „największym dziełem, jakiego dokonał Duch Święty w dziejach stworzenia oraz w dziejach zbawienia”  (DeV 50).

Tak zaistniała tajemnica Wcielenia Syna Bożego. Jest to pierwszy, wstępny ‘filar’, warunkujący dalszą realizację zamysłu Trójjedynego: odkupienia żywego Obrazu Boga, mężczyzny i kobiety.
Drugim ‘filarem’ tegoż dzieła stanie się tajemnica odkupieńczej męki, krzyża i zmartwychwstania Syna Bożego.

Jezus Chrystus, Syn Boży i Syn Maryi, spędzi ok. 30 lat swego wzrastania i człowieczego dojrzewania w Nazarecie, wiodąc tutaj życie ‘ukryte’. Niemniej od czasu do czasu ujawniał się w sposób nieunikniony blask Jego Bóstwa.

Tak było w okresie Jego Narodzenia – w trudnych do zrozumienia, skrajnych warunkach nie-przyjęcia Go przez Lud Boży, do którego przyszedł jako posłany przez Ojca (zob. np. J 1,11). Hołd oddali mu wtedy pasterze odbywający straż nocną nad powierzonym im stadem, powiadomieni przez Aniołów o „radości wielkiej, która będzie udziałem całego Narodu” (Łk 2,10).

A przecież Narodzeniu Jezusa Chrystusa, wydarzeniu w skali dziejów Wszechświata, towarzyszyły i inne zdumiewające zjawiska przyrody. Ojciec Niebieski sprawił, że głosu Jego posłuchała delegacja mędrców ze Wschodu. Przybyli oni w swoistym imieniu świata pogan, by złożyć Mu hołd Boski (Mt 2,1-12).
– Wyzwoliło to śmiercionośny gniew ówczesnego króla w Jeruzalem, Heroda Wielkiego. Zarządził on wtedy rzeź niemowląt w okolicy Betlejem. Ocalał sam Syn Boży, Syn Maryi (Mt 2,7n.16. – Zob. do tego: Magowie i Symeon wraz z następującą uwagą: Gwiazda z Betlejem).

Innym, w pełni już dojrzałym, samodzielnym momentem, w którym Jezus Chrystus ujawnił w sposób nie ukrywany swoje synostwo Boże, było niezmiernie bolesne dla Maryi i Józefa ‘zgubienie’ Go w Jeruzalem, dokąd rodzina święta udała się wraz z 12 letnim Jezusem na pielgrzymkę na święto Paschy (Łk 2,41-50). Wydarzeniu poświęciliśmy poprzednio niemało uwagi. (zob. wyż.: Niedopilnowanie Jezusa dwunastoletniego oraz c.d.: Gdzie jest Jezus? wraz z całym dalszym ciągiem).

Nastąpiły dalsze lata ‘ukrytego’ życia Syna Bożego w Nazarecie. Gdy Jezus doszedł do wieku „około trzydziestu lat” (Łk 3,23), przystąpił do realizacji docelowego etapu stającego przed Nim dzieła. Przemierzał ziemię Palestyńską wzdłuż i wszerz i głosił „Dobrą Nowinę o Królestwie Bożym, bo na to zostałem posłany(Łk 4,43).

Wiemy dobrze, że początkowy entuzjazm wielu był coraz bardziej blokowany szczególnie przez wielu spośród wiodącej warstwy ówczesnego społeczeństwa: faryzeuszów, uczonych w Piśmie, saduceuszów i kapłanów. Łukasz napisze o nich z bólem – w nawiązaniu nawet już do Chrztu Janowego:
Faryzeusze zaś i uczeni w Prawie udaremnili zamiar Boży względem siebie, nie przyjmując chrztu od niego(Łk 7,30).
Zaś Jan dopowie: „Niemniej jednak i spośród przywódców wielu w Niego uwierzyło, ale z obawy przed faryzeuszami nie przyznawali się, aby ich nie wyłączono z synagogi. Bardziej bowiem umiłowali chwałę ludzką aniżeli chwałę Bożą(J 12,42n; zob. też J 3,19).

Na przestrzeni 2-3 lat publicznej działalności Chrystusa narastało coraz bardziej duchowe napięcie między nauczaniem Mistrza z Nazaretu – a tą właśnie rządzącą sferą ówczesnego Izraela. Doprowadziło to ostatecznie do pojmania Jezusa i Jego skazania na hańbiącą, a zarazem przerażająco okrutną śmierć przez ukrzyżowanie.
– Sam w sobie w najwyższym pośpiechu nad Jezusem Chrystusem zainscenizowany proces pokazowy przed Sanhedrynem oraz wydany na Niego wyrok śmierci, wraz z wymuszeniem na Piłacie, przedstawicielu Władzy Rzymu w Jeruzalem, zatwierdzenia tegoż wyroku, był jedną wielką kumulacją niesprawiedliwości, która wołała o pomstę do Nieba.

(7.7 kB)

c. „Tajemnica w tajemnicy” (NMI 25)  oblubieńczej miłości Boga

Pod wspomnianymi zewnętrznymi wydarzeniami, zakończonymi torturami zadanymi Synowi Bożemu w Jego publicznym wyszydzeniu, zdarciu z Niego szat, przerażającym ubiczowaniu, straszliwym cierniem ukoronowaniu i ukrzyżowaniu – kryje się z jasną świadomością zamierzona głębia tajemnicy tego Boga, który:

„... Tak umiłował świat [ludzi], że Syna swego Jednorodzonego dał,
aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał Życie – wieczne.
Albowiem Bóg [Ojciec] nie posłał swego Syna na świat po to,
aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3,16n).

W męce Syna Bożego Jezusa Chrystusa stajemy twarzą w twarz wobec tej rzeczywistości, którą przedstawiamy jako odniesienia w wymiarze ‘pionu’ : pomiędzy Bogiem Trójjedynym w Osobie Ojca i Syna, i Ducha Świętego – a człowiekiem: mężczyzną i kobietą, żywym Obrazem tegoż Boga.
– Widzimy, że nieskończone, odwieczne szczęście nie spalających się jednością-w-samej-istocie jednego i tego samego bóstwa Trzech Bożych Osób – nie zasklepia się w sobie samym. Dobro z natury swej dąży całą swoją istotą do dzielenia się, czyli zapraszania do współuczestnictwa w tym samym życiu, w tej samej miłości.
– W przeciwieństwie do tego, Szatan podejmuje niestrudzone wysiłki, by w świadomości człowieka zafałszować Boga jako dobro, a wsączyć w jego świadomość „bakcyla nieufności i podejrzeń” przeciw Bogu.

(28 kB)
Objaśnienie

Jan Paweł II napisze w encyklice Dominum et Vivificantem w nawiązaniu do tajemnicy grzechu i działającego pod jego pokrywką Szatana:

„Znajdujemy się tutaj w samym centrum tego, co można nazwać ‘anty-Słowem’, czyli ‘przeciw-Prawdą’. Zostaje bowiem zakłamana prawda o tym, kim jest człowiek ...
– Ta ‘przeciw-Prawda’ jest możliwa dlatego, że równocześnie zostaje dogłębnie ‘zakłamana’ prawda o tym, kim jest Bóg.
Bóg-Stwórca zostaje postawiony w stan podejrzenia, głębiej jeszcze: w stan oskarżenia w świadomości stworzeń.
Po raz pierwszy w dziejach człowieka dochodzi do głosu przewrotny ‘geniusz podejrzeń’. Stara się on ‘zakłamać’ samo dobro, absolutne dobro – wówczas, kiedy w dziele stworzenia objawiło się ono jako niewypowiedzianie obdarowujące, jako bonum diffusivum sui [dobro które rozlewa siebie jako dobro], jako stwórcza Miłość ...” (DeV 37)

„Oto bowiem, wbrew całemu świadectwu stworzenia oraz zbawczej ekonomii z nim związanej, ‘duch ciemności’ [Ef 6,12; Łk 22,53] potrafi ukazać Boga jako przeciwnika swego stworzenia, a przede wszystkim przeciwnika człowieka, jako źródło niebezpieczeństwa i zagrożenia dla człowieka.
– W ten sposób zostaje zaszczepiony przez szatana w psychice człowieka bakcyl sprzeciwu wobec Tego, który ‘od początku’ ma być przeciwnikiem człowieka – a nie Ojcem. Człowiek został wyzwany, aby stawał się przeciwnikiem Boga!” (DeV 38).

Bóg dobrze wie, że do obałamuconego przez Złego mężczyzny i kobiety nie przemówi już żaden inny argument, ani nawet cuda, których Jezus zdziałał tak wiele, a których zatwardziałe w złu serce wbrew oczywistości faktów nie przyjmowało do wiadomości. Sam Jezus zwracał się do swych przeciwników niemal z prośbą, żeby zechcieli przyjąć chociażby tylko dokonane przez Niego ‘dzieła’, jeśli wolą ignorować Jego nauczanie:

„Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie wierzcie.
Jeżeli jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie Moim dziełom,
abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu ...” (J 10,37n).

Zdążyliśmy się już też zorientować, że Jezus Chrystus mógł co prawda dokonać dzieła odkupienia krótko – i bardzo łatwo: niemal ‘bezboleśnie’. Wystarczyłoby, żeby jako Bóg-Człowiek wypowiedział Trójjedynemu chociażby tylko przez miliardowy ułamek sekundy: „Boże, Kocham Cię” – i zaraz wrócił ponownie do nieba.
– Uczyniłby to będąc zarówno człowiekiem – imieniem rodziny człowieczej, jak i Bogiem, dzieląc z Ojcem i Duchem Świętym jedną i tę samą nieskończoną godność: to samo bóstwo Trójjedynego. Akt ten zatem, jako wyrażony przez Osobę Bożą, miałby wartość nieskończoną. Przerastałby on w nieskończoność całe zło grzechów popełnionych czy to na naszym globie ziemskim, czy ponadto jeszcze gdziekolwiek indziej w dziejach stworzenia.

Ale to by nie odpowiadało osobistej godności Boga jako Boga, ani godności miłości, jaką Bóg jest. Pełnym wyrazem ‘miłości’ staje się dar-siebie-samego aż do ostatecznych możliwości. Bóg nie potrafi kochać inaczej, jak tylko totalnie. Ofiaruje w darze siebie całego, i to oblubieńczo – z tym tylko że stworzenie będzie zdolne przyjąć ten Dar, tj. Boga-Dar, jedynie na miarę swej pojemności przyjmowania Nieskończonego. A ta jest bardzo zróżnicowana. Najwyższa jest ona u – Maryi!

Mieliśmy już sposobność, żeby i nad tym aspektem Bożego Objawienia się zastanowić (zob. wyż.: Boża decyzja po linii maksymalizmu). Godne Boga, który aż „tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał ...” (J 3,16), a tym samym godne człowieka jako żywego Bożego Obrazu, tego jedynego spośród stworzeń naprawdę „chcianego-zamierzonego” (GS 24) przez „miłującą Wszechmoc Stwórcy” (DeV 33 ) – stanie się dopiero posunięcie się Syna Bożego jako Boga-Człowieka do ostatecznych granic tego, co jest ontologicznie możliwe. Tak też istotnie się stało:

„Jezus wiedząc, że nadeszła Jego Godzina ...,
umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował” (J 13,1).

Jezus zdąża zdecydowanie w kierunku szczytowej chwili odkupieńczej misji, zleconej sobie przez Ojca. Chwilę tę nazwał „swoją godziną” (zob. J 13,1; itd.). Jest to godzina Jego „wywyższenia na krzyżu”. Wtedy to „przyciągnie wszystkich do siebie” (por. J 12,34). Będzie to godzina, kiedy to Ojciec otoczy Go chwałą (zob. już wyż.: Uroczystość Paschy a ‘Godzina’ Jezusa oraz: Godzina Święta – Godzina Odkupienia, a także: „Wiedząc że nadeszła Jego Godzina ...”) :

„Ojcze, nadeszła Godzina! Otocz swego Syna Chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył
i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem
dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś.
A to jest życie – wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga,
oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa ...” (J 17,1nn).

‘Chwała’, o której tu Jezus mówi, jest po ludzku mówiąc czymś straszliwym i przerażającym. Chwałą tą dla Boga – są wszystkie przerażające tortury, jakie człowiek, Boży żywy Obraz, zgotuje swojemu ... Stworzycielowi – i Odkupicielowi. Za to, że JEST – Miłością; miłością wymagającą.

Jezus zweryfikuje na sobie samym najdokładniej dosłownie to, co o sobie samym wyraźnie powiedział:

„... Na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Jemu służono,
lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mt 20,28; por. Mk 10,45).

Syn Boży wszystkie dopiero co wyżej wymienione główne etapy zastosowanych wobec Niego tortur ... przyjmie – nadal kochając tak Ojca, jak i swych ludzkich braci i siostry:

„Jahwéh mnie pouczył i dowiedziałem się; wtedy przejrzałem ich postępki.
Ja zaś jak Baranek oswojony, którego prowadzą na rzeź, nie wiedziałem,
że powzięli przeciw mnie zgubne plany ...” (Jr 11,19).

„Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, ...
wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic.
Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści
a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego.
Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy.
Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie ...
A Jahwéh zwalił na Niego winy nas wszystkich.
Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić, nawet nie otworzył ust swoich.
Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją,
tak On nie otworzył ust swoich ...
Tak! Zgładzono Go z krainy żyjących; za grzechy mego Ludu został zbity na śmierć ....” (Iz 53,3-7.8).

Bóg jeden raz więcej – sam zda egzamin ze stylu swojego stawania twarzą w twarz wobec zła, względnie bardziej precyzyjnie: w obliczu tego który jest Zły, Szatana:

„Nie daj się zwyciężyć Złu [= Złemu, Szatanowi],
ale Zło [= Złego: Szatana]
Dobrem [tym większą Miłością]
zwyciężaj” (por. Rz 12,21).

Na szeregu miejscach poprzednich długich rozważań mieliśmy niemało sposobności, by przyjrzeć się wewnętrznemu nastawieniu samego Syna Człowieczego i Syna Bożego zarazem (zob. wyż.: Chrystus bierze cierpienie sam na siebie wraz z kontekstem i dalsze rozważania). W Bożo-Ludzkiej świadomości swej Bożej Osoby dawał coraz częściej do poznania, że dokonanie dzieła odkupienia, równoznaczne ze złożeniem w tym celu najwyższej możliwej ceny, jest potrzebą Jego Serca. Jego wprost ‘pali’, by stać się w Obliczu Trójjedynego „ofiarą przebłagalną za nasze grzechy ... i całego świata”  (1 J 2,2):

„Gorąca pragnąłem spożyć tę Paschę z wami,
zanim będę cierpiał ...” (Łk 22,15).

Innym razem powiedział:

„Przyszedłem ogień rzucić na ziemię. I jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął!
Chrzest mam przyjąć, i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie” (Łk 12,49n).

Jedynym zaś celem, jaki Mu przyświecał, było spełnienie woli Ojca. Ta zaś jest dokładnie taka sama co Wola Syna i Ducha Świętego:

„To bowiem jest wolą Ojca Mego,
aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie – wieczne.
A Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” (J 6,40).

Oto właśnie „bonum diffusivum sui” [dobro dąży do udzielenia siebie]: dobro które od wewnątrz doznaje przemożnego impulsu do obdarzania. Intencja Syna Bożego, Jego dusza i wszystkie „myśli Jego Serca” (Ps 33 [32],11) zmierzają do tego jednego: „... aby ocalił ich życie od śmierci i żywił ich w czasie głodu” (Ps 33 [32],19).

Te słowa wyrażają językiem Starego Testamentu Boże „zamiary pełne pokoju” (Jr 29,11). Sam Jezus uświadamia niemal w nieskończoność, iż celem do jakiego zdąża, jest obdarzenie „życiem – wiecznym” (Mt 19,16.29; 25,46; Mk 9,44; 10,30; Łk 18,30; J 3,15n.36; 4,14.36; 5,24.39; 6,27; 6,27.40.5; 10,28, 12,25; 17,2).

(9.2 kB)
Objaśnienie

To zaś życie – „wieczne” jest tylko inną nazwą na „miłość”  w jej Bożym znaczeniu. Ta tożsamość znaczeniowa ujawnia się jak na dłoni chociażby w słowach bezpośredniego preludium „godziny Syna Człowieczego”, tj. przerażającej męki zadanej Synowi Bożemu ukrzyżowanemu, uwieńczonej jednak Jego zmartwychwstaniem:

„Tak bowiem Bóg [= Ojciec; cały Trójjedyny] umiłował świat,
że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy,
nie zginął, ale miał życie – wieczne” (J 3,16).

W słownictwie – i życiu Jezusa Chrystusa nieustannie przeplata się Boża miłość i Boże życie: jako jedna i ta sama mobilizująca rzeczywistość, chociaż rozpatrywana z nieznacznie różniącego się punktu widzenia.

Nam jednak chodzi w tej chwili o aspekt bycia-darem całkowitości-‘dla’  tych, których Syn Boży – podobnie jak Ojciec i Duch Święty, „umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował”  (J 13,1). U Jezusa widać od początku do końca jedno wielkie odwrócenie się od siebie samego. Jest On oczywiście zapatrzony w Wolę swego Ojca: „Moim Pokarmem jest wypełnić wolę tego, który Mnie posłał, wykonać Jego dzieło” (J 4,34). Niemniej właśnie ta wola Ojca ma na względzie dokładnie to samo, czego całym sobą pragnie i Syn:

„Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie Moje oddaję, aby je potem znów odzyskać.
Nikt Mi go nie zabiera, ale Ja od siebie je oddaję. Taki nakaz otrzymałem od Mojego Ojca” (J 10,17).

„Moje owce słuchają Mego głosu, a Ja je znam.
Idą one za Mną i Ja daję im życie – wieczne.
Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z Mojej ręki ...” (J 10,27n).

„Życie Moje oddaję za owce” (J 10,15).

(6.2 kB)

3. Boży Dar oblubieńczy – w Bożym stylu pojmowania ‘miłości’

(7.7 kB)

a. Miłość Boga-Szaleńca w złożeniu życia za życie oblubienicy

Zaczynamy – zapewne jeden raz więcej – przeczuwać, iż tak rozumianego totalnego przekreślania jakiejkolwiek własnej korzyści z proponowanej miłości, ani żywiołowego pragnienia: by obdarzać życiem – wiecznym, nie da się wytłumaczyć inaczej, jak tylko miłością oblubieńczą, albo jeszcze dokładniej mówiąc i jeszcze dalej się posuwając: na Boży sposób u Boga samego pojmowaną Jego miłością ‘małżeńską’ względem Stworzenia Jego umiłowania: żywego Obrazu Bożego, mężczyzny i kobiety. W Duchu Świętym jest ‘człowiek’ otwarty na Boga – kimś jednym: oblubienicą wezwaną do oblubieńczości-z-Bogiem.

Tym samym stajemy natychmiast ponownie obiema nogami na twardym gruncie wciąż nam przyświecającego obrazu krzyża – z jego belką ‘poziomą’: mąż-żona, ale tym bardziej krzyżującą się z nią belką ‘pionową’: Bóg – a człowiek, tj. Boży żywy Obraz-Podobieństwo.

Do takich wniosków prowadzą nas niezmiennie rozważania coraz dalszej części naszej strony. Raz po raz ujawniają one zdumiewającą, trudną dla nas do pojęcia Bożą oblubieńczość względem człowieka, któremu Trójjedyny nieustępliwie proponuje status Bożej oblubienicy.

Oto jeszcze raz – niektóre etapy rozważań poprzednich części niniejszej strony internetowej:

(0,2 kB)  W części II, cały rozdział 6-ty (Działania ‘contra’: co na to Bóg? – Ocena Teologiczna). Tam trzeba było uwydatnić w nawiązaniu do działań przeciw-rodzicielskich m.in. aspekt kwestionowania Boga jako Miłości (ad ‘C’) i Boży ‘ból’ przetwarzający cierpienie własne w zamysł odkupienia, łącznie z Bożym ‘odwetem’  za te właśnie grzechy – w postaci Bożego zamysłu odkupienia.

(0,18 kB)  Część IV poświęcona była zagadnieniu ‘grzechu’ i jego zgładzeniu. Tytuł tej części brzmi: „Oblubienico! Ty Moja, Ukochana! ‘Żyj! Rośnij ...’ !” Mogliśmy się w tej części przyjrzeć dokładniej „Bożemu zaproszeniu do oblubieńczego zjednoczenia z sobą” (cz. IV, r. 1 ad ‘B’).
– Zaraz potem nasuwało się rozważanie na temat „Bożej propozycji a człowieczego ‘Nie’...” przez grzech. Jednakże ponownie trzeba było dojść do wniosku, że „Bóg przetworzył grzech w nowe obdarowanie miłością” (cz.IV, r.2). Jednocześnie zaofiarował – za cenę swego oblubieńczego daru na krzyżu, możliwość uzyskania odpuszczenia grzechów poprzez sakrament pojednania-przebaczenia-spowiedzi świętej (cz.IV, r.3-4). Ten zaś jest tylko etapem do sakramentalnego oblubieńczego zjednoczenia z samym Trójjedynym w przyjmowaniu Jezusa Eucharystycznego (cz. IV, r. 5).

(0,2 kB)  W części V mogliśmy zdumiewać się nad tą samą oblubieńczą miłością w jej aspekcie Miłosierdzia. Boże Miłosierdzie nigdy nie poniża człowieka-w-grzechu, ale dźwiga go za cenę Bożej oblubieńczości, która z kolei wyraża się w darze życia na krzyżu – i następującym zmartwychwstaniu (zob. zwł. cz.V, rozdz. 2-6).

(0,17 kB)  Część VI była poświęcona małżeństwu jako sakramentowi. Ale właśnie w tej części, na przestrzeni jej 9 długich rozdziałów, nie mogliśmy wyjść ze zdumienia, stając oko w oko wobec faktu, że sam Bóg wyznaje swą miłość do swego Ludu, który sobie przysposabia na swą oblubienicę.
– Bóg ze swej oblubieńczości, pieczętowanej odnawianiem zawartego z Ludem Bożym przymierza, nigdy się już nie wycofa. Pomimo iż Lud Jego, nabyty za cenę wielką i coraz bardziej potężniejące Boże odkupicielskie ingerencje, przez wszystkie czasy Go dojmująco jako właśnie Bożego Oblubieńca ... zdradza (zwł. cz.VI, rozdz. 5-8).

Uwieńczeniem tej części stał się jej ostatni rozdział, zatytułowany: „Sakrament małżeństwa wszczepiony w Drzewo Życia Oblubieńca-z-Krzyża” (cz.VI, rozdz.9). Jego końcowe rozważanie przedstawia przeżywanie wzajemnej bliskości w małżeństwie – jako uwidzialnienie miłości Jezusa Chrystusa, który stał się dla nas Oblubieńcem-z-Krzyża (cz. VI., r. 9, ad ‘D’).

(0,18 kB)  Dalszym ciągiem naszych rozważań stała się część VII, począwszy od rozdz.1-go, zatytułowanego: „Boży Oblubieniec w oddaniu Oblubienicy siebie ‘do końca’ na Krzyżu. Wierność miłości: by Oblubienica nie zginęła, lecz miała życie – wieczne”.
– Nasze obecne rozważania przedstawiają wciąż dalszy ciąg tej tematyki.


Zaiste, trzeźwo i z dystansu spoglądając na ‘pion’ odniesień Boga jako Miłości względem stworzenia swojego umiłowania: człowieka – mężczyzny i kobiety, trzeba sobie zdać sprawę, że Bóg działa w tym wypadku absurdalnie: nie-logicznie, nie-rozumnie. Bóg postępuje cały czas jak Szaleniec, który Miłością powodowany – postradał rozum.

Nie jest to nowe spostrzeżenie. Już Apostoł Narodów św. Paweł, mówi o „zgorszeniu krzyża” (Ga 5,11; gr.: to skándalon tou stauroú). Do Koryntian zaś, wśród których zapewne wielu było przemądrzałych, pisze:

„Nauka bowiem krzyża głupstwem [gr. moría = głupota, głupstwo, nie-rozum] jest dla tych,
co idą na zatracenie,
mocą Bożą zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia ...” (1 Kor 1,18).

„Tak więc, gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego,
który jest zgorszeniem dla Żydów [Iudaíois men skándalon],
a głupstwem dla pogan [éthnesin de morían = głupota, nie-rozum],
dla tych zaś, którzy są powołani... Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą.
To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi,
a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi” (1 Kor 1,22-25).

Tenże św. Paweł, który jako znakomicie wykształcony faryzeusz (Dz 22,3) doskonale znał wymowę hańby-przekleństwa krzyża dla autentycznego Żyda, stawia sobie, Rzymianom – i nam pytanie, które wypada ponownie potraktować z całą powagą:

„Chrystus bowiem umarł za nas, jako za grzeszników
... gdyśmy jeszcze byli bezsilni [w stanie grzechu, bez życia Łaski Bożej].
A nawet za człowieka sprawiedliwego podejmuje się ktoś umrzeć tylko z największą trudnością.
Chociaż może jeszcze za człowieka życzliwego odważyłby się ktoś ponieść śmierć.
Bóg zaś okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas,
gdyśmy byli jeszcze grzesznikami ...” (Rz 5,6nn).

(15 kB)
Objaśnienie

Przy całym ‘nie-rozumie’ swego – po ludzku to określając – absurdalnego zakochania w człowieku: mężczyźnie i kobiecie jako żywym Bożym Obrazie: swej Umiłowanej, Jezus świadomie chce być dla tej swojej tak bardzo darem-na-życie-wieczne, że zmierza z jasną świadomością do tego jednego: by ta Jego, Oblubienica – Jego Ciało spożywała i nim się żywiła, i żeby piła jako Napój Życia, tj. Jego Krew.
– A że Jezus Chrystus jest Bogiem-Człowiekiem, będzie to spożywanie Życia i Miłości samego Boga-Człowieka. Stanie się to dla niej warunkiem na życie – wieczne:

„... Bo to jest Moja Krew Przymierza,
która za wielu będzie wylana – na odpuszczenie grzechów” (Mt 26,28).

„Ja jestem Chlebem Żywym, który zstąpił z nieba.
Jeśli kto spożywa ten Chleb, będzie żył na wieki.
Chlebem, który Ja dam, jest Moje Ciało – za życie świata” (J 6,51).

„Kto spożywa Moje Ciało i pije Moją Krew, ma Życie wieczne,
a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym ...
Kto spożywa Moje Ciało i Krew Moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim” (J 6,54.56).

(7.7 kB)

b. Eucharystia: pokarm i napój Oblubieńca-z-Krzyża
dla Oblubienicy

Jezus mówi w przytoczonych słowach o Eucharystii: o Sakramencie swojego Ciała i swojej Krwi. W miarę jak upływały lata Pontyfikatu Jana Pawła II, kontemplował on sam i zapraszał coraz bardziej intensywnie do przeżywania Eucharystii jako sakramentu oblubieńczego zjednoczenia Chrystusa ze swoją Oblubienicą – Kościołem. W swym niezwykłym Liście Apostolskim Mulieris Dignitatem (1988), będącym merytorycznie raczej encykliką, a nie tylko ‘Listem Apostolskim’, pisze m.in.:

„Chrystus jest Oblubieńcem Kościoła jako Odkupiciel świata.
Eucharystia jest Sakramentem naszego Odkupienia.
Jest Sakramentem Oblubieńca i Oblubienicy.
Eucharystia uobecnia i – w sposób sakramentalny –
na nowo urzeczywistnia odkupieńczy czyn Chrystusa,
który ‘tworzy’ Kościół, Jego Ciało.
Z tym ‘Ciałem’ Chrystus zjednoczony jest jak Oblubieniec z Oblubienicą.
To wszystko zawiera się w Liście do Efezjan.
W tę ‘Wielką Tajemnicę’ Chrystusa i Kościoła zostaje wprowadzona odwieczna ‘jedność dwojga’,
ustanowiona od ‘początku’ między mężczyzną i kobietą” (MuD 26).

W przytoczonym odnośniku do Listu do Efezjan mówi Apostoł o miłości Jezusa do swej Oblubienicy – Kościoła. Jest to miłość Boża ‘w pionie’, tj. ta belka Krzyża, której jeden kraniec sięga nieba, podczas gdy drugi jest głęboko zatknięty w ziemi.
– Paweł podkreśla w pewnym momencie funkcję Głowy w stosunku do ‘ciała’, przechodząc jednak zaraz do symboliki tego obrazu, mianowicie odniesień Chrystusa do Kościoła, a w dalszej perspektywie męża do żony:

„... bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus – Głową Kościoła:
On – Zbawca Ciała” (Ef 5,23).

Z tego faktu musi płynąć wniosek o konieczności rozwijania takiej miłości, jak tego wzór ukazuje Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek. Miłość Chrystusa to miłość nie poszukiwania własnej przyjemności, lecz bycia darem-‘dla’ swojej umiłowanej aż do złożenia dla jej dobra swego życia włącznie. A to jedynie w tym celu, żeby ta umiłowana mogła osiągnąć życie – wieczne:

„Mężowie, miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół
i wydał za niego samego siebie” (Ef 5,25).

Uwaga Jezusa Chrystusa, Boga-Człowieka, koncentruje się bez wytchnienia na tym, żeby Jego Oblubienica była „cała piękna” (Pnp 4,7) w sensie nadprzyrodzonym, chociaż dzięki temu będzie ‘piękną’ i w sensie doczesnym.
– Stąd też On sam oddaje życie własne jako jej Odkupiciel, żeby ta Jego mogła stanąć przed Jego Obliczem jako „Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany” (Ef 5,27). Znaczenie użytych tu przymiotów-określeń omawialiśmy obszerniej w ostatnim rozdziale poprzedniej części (zob. wyż.: Kościół otrzymujący życie w swym poddaniu Chrystusowi-Głowie – w kontekście poprzedzającym i następującym).

Wszystkie te starania Jezusa Chrystusa o swą Oblubienicę: Kościół są ścisłym wyrazem stylu miłowania Boga, czyli miłości ‘w pionie’. Bóg traktuje w Synu Bożym Jezusie Chrystusie to swoje oblubieńczo-małżeńskie związanie ze swym Ludem: swoją Oblubienicą-Kościołem i każdym oddzielnie mężczyzną i kobietą – tak bardzo poważnie i nieugięcie wiernie [= Bóg-jako-Prawda-Wierność], że staje się dla tej swojej, ciągle niewiernej oblubienicy – Oblubieńcem-z-Krzyża.

Pełni zdumienia rozważamy ponownie dalsze słowa przytaczanego fragmentu z Listu do Efezjan (rozdz. 5). Boży Oblubieniec-z-Krzyża, który na krzyżu oddaje dla tej swojej: Kościoła, kropla po kropli swoje życie, aż po „Wykonało się” (J 19,30; por. 17,4), nadal nie tylko całkowicie przekreśla swoje własne ‘ja’, które by chciało poszukiwać własnej wygody czy przyjemności, lecz koncentruje całą uwagę niezmiennie na tej swojej, żeby ją tylko za cenę własnego konania-umierania wyżywić i napoić ... „na życie wieczne”. Oto miłość – w Bożym, Bożo-Oblubieńczym stylu miłowania:

„Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała,
lecz każdy je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus – Kościół” (Ef 5,29).

Również ten fragment przytaczanego Listu do Efezjan (rozdz. 5) omawialiśmy już poprzednio. Paweł nawiązuje w przytaczanym fragmencie do coraz innego sakramentu. Tym samym zaświadcza, że w pierwotnym Kościele żywotnie kwitło życie Sakramentów ustanowionych przez Chrystusa.
– W tej chwili mówi bez wątpienia o sakramencie Eucharystii. Tutaj bowiem Oblubieniec-z-Krzyża karmi swą Oblubienicę swoim Ciałem i poi ją swoją Krwią. Oto ‘miłość-dar’ w jej Bożym pojmowaniu i ‘praktykowaniu’ (zob. wyż.: Dar Głowy dla Ciała: Chrystus-Kościół – mąż-żona, w kontekście poprzedzającym i następującym).

(7.7 kB)

c. Dar życia poprzez bezmiar mąk

Wszystko to dzieje się jako nieustanne, odtąd przez wszystkie wieki aż do końca świata dokonywane sakramentalne uobecnianie męki Syna Bożego w każdorazowej Mszy świętej.
– Jezus Chrystus występuje oczywiście w Imieniu całej Trójcy Przenajświętszej. Ona to cała – jest oblubieńczością względem człowieka. Jednakże tylko Syn Boży jest osobowym Bożym Oblubieńcem swego Ludu, Kościoła – i każdego z osobna Bożego żywego Obrazu: mężczyzny i kobiety. Eucharystia to spożywanie Bożej męki. Krew Syna Bożego zostaje przelana aż po ostatnią kroplę, żeby za tę cenę „... owce miały życie, i miały je w obfitości” (J 10,10).

Eucharystia nigdy nie była i nigdy nie będzie czymś innym. Konwulsje w torturach konającego, wywyższonego nad ziemią (J 12,31; 8,28; 3,14) Syna Bożego, którego „swoi nie przyjęli” (J 1,11; zob. Ef 3,18), z szeroko rozciągniętymi, przybitymi rękami, które w tej ludzkiej niemożności ogarniają żarem Jego Serca cały widzialny i niewidzialny ‘horyzont-kosmos’, a z drugiej wiążącego niebo z ziemią, w niczym nie przypominały ‘miłości’ w sensie romantycznego poszukiwania przyjemności bycia oblubieńca-z-oblubienicą.
– Na straszliwe konanie tego ukrzyżowanego nie można było patrzeć. U Rzymian nie na darmo utrwaliło się adagium [= powiedzenie-stwierdzenie] o skazaniu przez śmierć-przez-ukrzyżowanie, iż jest to ‘Horrendum supplicium – kaźń przerażająca’.

W obliczu tak przez Bożego Syna – imieniem całej Trójcy Przenajświętszej, w czyn wprowadzonej i ukazanej odkupieńczo-oblubieńczej miłości: gdy „Jego Ciało zostało ‘wydane’, Jego Krew została ‘wylana’ [Łk 22,19n] ...” (MuD 26), pozostaje tylko upaść na kolana i adorować Oblubieńca-z-Krzyża.
– Rozumiemy jednocześnie i przyjmujemy najgłębszą wiarą i sercem skruszonym, a jednocześnie trudną do wyrażenia wdzięcznością wobec tych przerastających i przerażających okoliczności, że Jezus Chrystus jest Oblubieńcem w jednym jedynym tylko znaczeniu: „jako Odkupiciel świata”  (MuD 26).

Jezus oczywiście sam był przerażony świadomością milowymi krokami zbliżającego się tego etapu dzieła Odkupienia. Ileż razy wracał w swych rozmowach z Apostołami do tego, takiego Go czekającego ‘finału’ powierzonego Mu dzieła: odkupienia człowieka! Uświadamiał swym uczniom:

„Oto idziemy do Jerozolimy.
Tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie.
Oni skażą Go na śmierć i wydadzą poganom.
I będą z Niego szydzić, oplują Go, ubiczują i zabiją,
a trzeciego dnia zmartwychwstanie” (Mk 10,33n).

Kiedy indziej doznał „lęku” (J 12,27), gdy sobie uprzytomnił czekający Go krzyż w chwili, gdy podeszła do Niego delegacja pogan, którzy chcieli dowiedzieć się z Jego własnych ust, co jest celem Jego nauczania i działania.

Zaś bezpośrednio przed swym pojmaniem przeżył duchowo-fizyczne konanie w czasie swej modlitwy w Ogrojcu, gdy na modlitwie podjął jeszcze raz – ostateczną, nieodwołalną decyzję stania się Odkupicielem człowieka: „... a Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię” (Łk 22,44).

Na krzyżu – opuszczony przez tłumy, które dopiero co Go uwielbiały, gdy im rozmnażał chleb (J 6,26) i uzdrawiał ich chorych, obecnie wykrzykujące z szatańską zaciekłością „ukrzyżuj Go” (J 19,6.15), wydawał się wiszący Syn Boży opuszczony już nie tylko przez ludzi, ale nawet i swojego Ojca (Mt 27,46). A przecież Jego to Miłość – Jezus bezustannie ukazywał Ludowi Bożemu.

Poprzednio mieliśmy już sposobność, by pochylić się nad tajemnicą owego wstrząsającego ‘opuszczenia’ Syna Bożego przez własnego Ojca (zob. wyż.: Odkupieńczy wymiar Chrystusowego cierpienia, wraz z kontekstem poprzedzającym i następującym)

Jan Paweł II, który wyjaśnia współistnienie niejako na ‘wyższym poziomie’ krańcowego cierpienia – z jednocześnie przeżywaną wewnętrzną radością i pokojem, określa doświadczenie owego opuszczenia zdumiewająco jako „tajemnicę-w-tajemnicy”.

(21 kB)
Objaśnienie

Oto słowa Papieskie – wypada je odczytywać w modlitwie najgłębszej adoracji:

„Kontemplacja Oblicza Jezusa pozwala nam zatem zbliżyć się do najbardziej paradoksalnego aspektu Jego tajemnicy, który ujawnia się w ostatniej godzinie, w godzinie krzyża. Jest to tajemnica w tajemnicy, którą człowiek może jedynie adorować na kolanach.
– Stoi nam przed oczyma przejmująca scena konania w Ogrójcu. Jezus, przygnębiony wizją oczekującej Go próby, stojąc samotnie przed obliczem Boga, przyzywa Go jak zawsze imieniem wyrażającym czułość i poufałość: ‘Abbá, Ojcze’.
– Prosi Go, aby oddalił od Niego – jeśli to możliwe – kielich cierpienia [Mk 14,36].
Jak się jednak wydaje, Ojciec nie chce wysłuchać prośby Syna.
– Aby na nowo ukazać człowiekowi oblicze Ojca, Jezus musiał nie tylko przyjąć ludzkie oblicze, ale obarczyć się nawet ‘obliczem’ grzechu.
On to dla nas grzechem uczynił tego, który nie znał grzechu,
abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą
[2 Kor 5,21].
– Nigdy nie przestaniemy badać nieprzeniknionej głębi tej tajemnicy. Ten paradoks ujawnia się z całą ostrością w okrzyku bólu, na pozór rozpaczliwym, jaki Jezus wydaje na krzyżu: ‘Eloí, Eloí, lemáh sabachtháni, to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?[Mk 15,34]. Czyż można sobie wyobrazić większą udrękę i ciemność bardziej mroczną?
– W rzeczywistości owo bolesne ‘dlaczego?’ skierowane do Ojca i wypowiedziane pierwszymi słowami Psalmu 22, choć oddaje w pełni rzeczywistość nieopisanego bólu, zostaje rozjaśnione przez sens całej tej modlitwy, w której Psalmista wyraża w przejmującym splocie uczuć jednocześnie boleść i ufność.
W dalszej części Psalmu czytamy bowiem: ‘Tobie zaufali nasi przodkowie, zaufali, a Tyś ich uwolnił; (...) Nie stój z dala ode mnie, bo klęska jest blisko, a nie ma wspomożyciela [Ps 22 [21],5.12](NMI 25).

Okrzyk Jezusa na krzyżu ... nie wyraża zatem lęku i rozpaczy, ale jest modlitwą Syna Bożego, który z miłości oddaje swe życie Ojcu dla zbawienia wszystkich.
W chwili, gdy utożsamia się z naszym grzechem, ‘opuszczony’ przez Ojca, Jezus ‘opuszcza’ samego siebie, oddając się w ręce Ojca. Jego oczy pozostają utkwione w Ojcu.
Właśnie ze względu na tylko Jemu dostępne poznanie i doświadczenie Boga nawet w tej chwili ciemności, Jezus dostrzega wyraźnie cały ciężar grzechu i cierpi z jego powodu. Tylko On, który widzi Ojca i w pełni się Nim raduje, rozumie do końca, co znaczy sprzeciwiać się Jego miłości przez grzech. Jego męka jest przede wszystkim straszliwą udręką duchową, dotkliwszą nawet niż cierpienie cielesne.

Tradycja teologiczna nie uchyliła się przed pytaniem, w jaki sposób Jezus mógł przeżywać jednocześnie głębokie zjednoczenie z Ojcem, który ze swej natury jest źródłem radości i szczęścia, oraz mękę konania aż po ostateczny okrzyk opuszczenia. Współobecność tych dwóch wymiarów na pozór niemożliwych do połączenia – jest w rzeczywistości zakorzeniona w nieprzeniknionej głębi unii hipostatycznej” (NMI 26).

Tak więc zdajemy sobie sprawę, że Syn Boży i Syn Człowieczy w swej jednej, Bożej Osobie, przeżywa swoje swoiste, w Bożym rozumieniu – szczytowanie w swym konaniu na krzyżu jako Odkupiciel-Oblubieniec Kościoła. W tej właśnie chwili Jezus Chrystus zawiera Nowe i Wieczne, nierozwiązalne przymierze oblubieńczo-małżeńskiego Boga – z odkupioną rodziną człowieczą. Zostaje ona obmyta we krwi Oblubieńca-z-Krzyża, który jest w tej chwili jedną wielką modlitwą miłości. Ta miłość ofiaruje Oblubienicy – życie wieczne.
– Wszystkie przerażające tortury fizyczne i psychiczne przeżywa Syn Boży i Człowieczy zarazem jako jedną wielką, a raczej niejako w nieskończoność rosnącą miłość: do Ojca – ale właśnie dlatego również do tej Jego Oblubienicy, która Go ... krzyżuje.

U tego ukrzyżowanego Boga-Człowieka nie ma najmniejszego cienia zemsty, nie ma u Niego śladu nienawiści. Jest modlitwa błagalna do Ojca. Wyraża ona jedno wielkie usprawiedliwienie w Jego Oczach tego, co Mu ta ‘Oblubienica’ zgotowała:

„Ojcze, przebacz im,
bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34).

Całą swą straszliwą mękę przeżywa Syn Ojca, ale i Syn Maryi – jako ogniem miłości przesyconą modlitwę do Ojca – w Duchu Świętym, któremu Syn Boży bezustannie pozwala się prowadzić.
– Sięgamy ze wzruszeniem, ponownie, do wzruszających słów Jana Pawła II, owocu jego nie ustającej kontemplacji Oblicza Syna Bożego narodzonego, ukrzyżowanego, zmartwychwstałego, który stał się dla nas i naszego zbawienia ... Oblubieńcem-z-Krzyża:

„Jezus Chrystus, Syn Boży – jako człowiek – w żarliwej modlitwie swojej męki, pozwolił Duchowi Świętemu, który już przeniknął do samej głębi Jego własne człowieczeństwo, przekształcić je w doskonałą ofiarę poprzez akt swej śmierci jako żertwy miłości na krzyżu.
– Tę ofiarę złożył sam – sam był jej jedynym kapłanem ...
Równocześnie zaś złożył ją ‘przez Ducha wiecznego’ ...
aby przemienić cierpienie w odkupieńczą miłość” (DeV 40).

(8 kB)

PODSUMOWANIE
Wskazania dla Kościoła Domowego

(6.2 kB)

Stajemy u końca niniejszego, drugiego rozdziału siódmej części naszej strony, części zatytułowanej: „W dniach doli i niedoli małżeństwa i rodziny”.
– Po pierwszym rozdziale, zatytułowanym: „Boży Oblubieniec w oddaniu Oblubienicy siebie „do końca – na krzyżu”, chcieliśmy sięgnąć do podstaw biblijnych rzeczywistości małżeństwa i rodziny jako swoistego ‘Kościoła-w-małym-wydaniu’, określanego zachęcająco jako „Kościoła Domowego”. Niniejszemu rozdziałowi (cz.VII, r. 2) nadaliśmy tytuł: „Czy goście weselni mogą się smucić dopóki Pan Młody jest z nimi?” – z podtytułem: „Oblubieniec-z-Krzyża a Mały-Kościół Małżeństwa-Rodziny”.

Staraliśmy się przeglądnąć zapisy pism Apostolskich pod kątem zapuszczania korzeni głoszonej Dobrej Nowiny w małżeństwach i rodzinach. Nie ma innego środowiska, poprzez które Kościół Chrystusowy by wzrastał, jak właśnie poprzez małżeństwo-rodzinę.
– Od samych początków Kościoła po Wniebowstąpieniu Jezusa Chrystusa i Zesłaniu Ducha Świętego obserwujemy pełni podziwu dynamicznie życie Kościoła Chrystusowego jako od samego początku wyraźnie zhierarchizowanego z Piotrem i pod Piotrem, ale i wyraźnie zaznaczoną jednoczącą i wspierającą rolą Maryi, Matki Syna Bożego.

Przyjrzeliśmy się dynamicznemu rozszerzaniu się Ludu Bożego Nowego Przymierza zawartego w Krwi Chrystusa.
– Pierwsze lata Kościoła upływały w coraz bardziej ostro się ujawniającej konieczności oddzielenia się od dotychczasowej synagogi Izraela Starego Testamentu i istotnego nacisku związanego z szeregiem obrzędów Mozaizmu. Całkowite przestawienie się na ‘Nowość Ewangelii’ Jezusa Chrystusa było procesem trudnym – zwłaszcza dla dotychczasowych wyznawców Mozaizmu.

Ponieważ niebawem okazało się, że nie da się przeżywać Liturgii Odkupienia Jezusa Chrystusa ani w świątyni w Jeruzalem, ani w synagogach czy to po Judei, czy poza Palestyną, błogosławieństwem okazywały się te małżeństwa i rodziny, które udostępniały swoje pomieszczenia zarówno do głoszenia Słowa Bożego, jak i sprawowania kultu Nowego Testamentu.
– W Listach Apostolskich mnożą się wzmianki o takich właśnie małżeństwach i rodzinach. Apostoł Narodów św. Paweł używa przy okazji charakterystycznego wyrażenia – w pozdrowieniach na końcu swego Listu do Rzymian:

„Pozdrówcie współpracowników moich w Chrystusie Jezusie, Pryskę i Akwilę,
którzy za moje życie nadstawiali swe głowy i którym winienem wdzięczność nie tylko ja sam,
ale i wszystkie Kościoły [nawróconych] pogan.
Pozdrówcie także Kościół, który się zbiera w ich Domu ...” (Rz 16,3nn).

Okazuje się, że bez udziału małżeństwa, dokładniej: małżeństwa jako Sakramentu – wraz z wywodzącą się z niego rodziną, trudno by było działać Kościołowi Chrystusowemu. Warunki wspólnego życia i rozwoju nakazują ścisłą współpracę sakramentu kapłaństwa – a sakramentu małżeństwa.
– Współpraca ta i współistnienie musi jednak odzwierciedlać struktury samego Kościoła hierarchicznego, tak jak on został założony przez samego Jezusa Chrystusa.
Jedyna ‘rywalizacja’  może dotyczyć stopnia miłości i zawierzenia Chrystusowi.

Dalsze rozważania obecnego rozdziału poświęcone były bliższemu przyjrzeniu się dwom różnym, jasno od siebie oddzielonym, a przecież nierozdzielnie ze sobą splecionym sakramentom: kapłaństwa Sług Słowa, a małżeństwa. Oba sakramenty wezwane są do pracy w jednej i tej samej Winnicy Bożej. Przedstawiciele obydwu sakramentów bacznie siebie wzajemnie obserwowali – i budowali się swym zaangażowaniem w wierne trwanie przy Chrystusie w nauczaniu i praktycznym przeżywaniu wymogów Ewangelii, nierzadko wspierając się wzajemnie – bezsłownie.

Wypadało poświęcić nieco uwagi problematyce czystości intencji i zachowań z jednej strony sług Słowa, tj. przedstawicieli sakramentu kapłaństwa, a z drugiej godnemu postępowaniu osób żyjących czy to w małżeństwie, czy w stanie wolnym.
– Wyłoniło się zagadnienie bezinteresownej posługi kobiet, które z ofiarnego serca wędrowały wraz z grupą misjonarzy-Apostołów i innych Sług Słowa, przejmując troskę o ich utrzymanie i odciążając ich w ten sposób od konieczności podejmowania pracy zarobkowej równolegle z głoszeniem Słowa Bożego i sprawowania Liturgii.

W końcowej fazie niniejszego rozdziału wypadało zastanowić się nad podstawowymi pytaniami, jakie nie mogą nie pojawiać się u małżonków, którzy „w Panu” (1 Kor 7,39) zawierają sakrament małżeństwa, przekształcający się z zasady w rodzinę.
– Są to pytania dotyczące pochodzenia tajemnicy intensywnie przeżywanej przez nich ‘miłości’ i ‘życia’.

Te pytania rodzą z kolei pytania o wiele głębsze, wiodąc coraz głębiej do zdumienie budzącego odkrywania samego źródła tych tajemnic: Boga w Jego odniesieniach do człowieka, swego żywego Obrazu: mężczyzny i kobiety. Chodzi o miłość, która u Boga jest od stworzenia świata i człowieka – na Boży sposób oblubieńczo-małżeńska.

Wyrazi się ona w szczytowej formie w dziele odkupienia. Dokona go Syn Boży, który stanie się jednocześnie Synem Maryi. W końcowej fazie dokonywania zleconej sobie przez Ojca zbawczej misji stanie się On Oblubieńcem-z-Krzyża. Tu ujawni się w szczytowej formie miłość Trójjedynego, która zbliży się do człowieka do ostateczności we wstrząsającej Ofierze na krzyżu Syna Bożego, Jezusa Chrystusa.
– Syn Boży umiłuje swą Oblubienicę – ustanowiony przez siebie Kościół, a w nim każdego bez wyjątku mężczyznę i kobietę – miłością „aż do końca”. Za cenę „swego wydanego Ciała” i „przelanej swojej Krwi” stanie się Pokarmem i Napojem na życie wieczne swojej Oblubienicy – Kościoła.

Tę miłość Jezusa jako Oblubieńca-z-Krzyża – winni małżonkowie według Bożego zamysłu względem małżeństwa i rodziny na co dzień czynić ‘widzialną’. Wyraził to lapidarnie Jan Paweł II:

„Małżonkowie są zatem stałym przypomnieniem dla Kościoła tego,
co dokonało się na krzyżu; wzajemnie dla siebie i dla dzieci są świadkami Zbawienia,
którego uczestnikami stali się poprzez Sakrament ...” (FC 13).

Nie ma zatem innego życia w małżeństwie i rodzinie jako „Kościoła Domowego”, jak tylko to, które wyrasta ze stałego i wciąż odnawianego zjednoczenia z tym Odkupicielem, który ukazał Boży ‘styl’ miłowania, stając się dla swojej umiłowanej – Kościoła i każdego poszczególnego mężczyzny i kobietyOblubieńcem-z-Krzyża.
– Tak dopiero, w charakterze „Odkupiciela świata”, jest Jezus prawdziwym Bożym Oblubieńcem-Małżonkiem dla tej swojej, którą ukochał nad swoje własne życie i którą karmi i poi swoim własnym Ciałem, swoją własną Krwią – ku jej życiu – wiecznemu.

Ten właśnie Boży styl wyrażania miłości staje się wzorcowy dla wszelkie ludzkiej i boskiej ‘miłości’. Nie ma innej drogi, ażeby małżeństwo i rodzina mogły stać się „Kościołem Domowym”, jak tylko w ścisłym, zaangażowanym kontemplowaniu Oblicza Oblubieńca-z-Krzyża na co dzień.

Tak przeżywany „Kościół Domowy” staje się środowiskiem, które będzie przyciągało wielu „poprzez ustawiczne promieniowanie radością miłowania i pewnością nadziei, z których ma zdać sprawę” (FC 52).

(11.8 kB)

RE-Lektura: cz.VII, rozdz. 2-f.
Stadniki, 25.V.2015.
Tarnów, 15.VII.2017.


(0,7kB)        (0,7 kB)      (0,7 kB)



F. JEZUS JAKO OBLUBIENIEC-Z-KRZYŻA A „KOŚCIÓŁ DOMOWY”

1. Zaangażowane pary małżeńskie a teologia małżeństwa u Pawła
a. Słudzy Słowa w obliczu owocności swej ewangelizacji
b. Pierwsza grupa pytań nasuwających się parom małżeńskim
c. Druga grupa nieuniknionych pytań u par małżeńskich
2. Boża Miłość w krańcowej próbie wobec człowieka który w grzechu tę miłość odrzuca
a. Sytuacja Bożego Obrazu po grzechu: czy beznadziejność wiecznej rozpaczy?
Przykazania Twego nie zachowam! Tabela
b. Boża Miłość pochylona nad Bożym Obrazem po grzechu
c. „Tajemnica w tajemnicy” (NMI 25)  oblubieńczej miłości Boga
3. Boży Dar Oblubieńczy w Bożym stylu pojmowania ‘miłości’
a. Miłość Boga-Szaleńca w złożeniu życia za życie Oblubienicy
b. Eucharystia: pokarm i napój Oblubieńca-z-Krzyża dla Oblubienicy
c. Dar życia poprzez bezmiar mąk

PODSUMOWANIE. Wskazania dla Kościoła Domowego


Obrazy-Zdjęcia

Ryc.1. Zamach na samolot – Smoleńsk 11 kwietnia 2010 r.
Ryc.2. Częstochowa: tablica o Smoleńsku-Katyniu przed Cudowną Kaplicą
Ryc.3. Dziadkowie - wierni przez całe życie raz ślubowanej miłości małżeńskiej
Ryc.4. Kochające się rodzeństwo z starszą siostrą na czele
Ryc.5. Widoki przyrody-natury w Norwegii
Ryc.6. Pies przyjazny ... zniewolony łańcuchem
Ryc.7. Radość rodziny na świeżym powietrzu