(0,7kB)    (0,7 kB)

UWAGA: SKRÓTY do przytaczanej literatury zob.Literatura


(26 kB)

5. Sakramentalne „... jedno serce, jedno ciało”

(2.8 kB)

Jeszcze raz: „... i stają się jednym ciałem”

Wracamy ponownie do biblijnego określenia małżeństwa tak jak stworzył je „na początku” Trójjedyny. W świadomości naszej utrzymuje się biblijna charakterystyka dwojga osób, którzy opuszczają matkę i ojca, by po wyrażeniu sobie wzajemnie wobec Boga i ludzi swej zgody małżeńskiej, przylgnąć do siebie i być odtąd „... już nie ... dwoje, lecz jedno ciało” (Mt 19,6; Rdz 2,24). Autor biblijny ma tu na myśli małżonków w ich pierwotnej niewinności u zarania dzieła stworzenia. Małżeństwo stało się wtedy pra-sakramentem Stworzenia.

Nie ma jednak wątpliwości, że pierwotny Boży zamysł odnośnie do ‘małżeństwa’ zachowuje w pełni wartość wzorcową dla małżeństw wszystkich kultur, epok i czasów, nie wyłączając małżeństwa jako sakramentu Kościoła w Nowym Testamencie. Stwierdzamy po prostu, że nie można pomyśleć o dokonującym się w małżeństwie stawaniu się męża i żony „jednym-ciałem” bez przyjęcia szczególnego działania Ducha Świętego w jego zdumiewającym dziele sprzęgania w „jedno-w-miłości-życiu”  tego, co zdawać by się mogło jest niemożliwe do tak ścisłego połączenia.

Przekonujemy się, że biblijne „... już nie są dwoje, lecz jedno ciało” (Mt 19,6) jest czymś znacznie głębszym, niż tylko fizyczno-fizjologicznym zjednoczeniem męża i żony w chwili, gdy w sam raz przeżywają swą małżeńską intymność. Tutaj dokonuje się – w mocy Ducha Świętego, mistrza od jednoczenia przeciwieństw, zjednoczenie nie samych tylko ‘ciał’, lecz przekształcanie tych „dwojga osób” – w sposób Bogu wiadomy, w poniekąd tylko jedną „osobę”. Mąż i żona, wyniesieni do poziomu tajemnicy znanej tylko Bogu, stają się w mocy sakramentu prawdziwie ‘kimś-jednym-w-dwojgu’. Jak się to dokonuje i na czym to dokładnie polega w swej najgłębszej istocie, pozostaje Bożą tajemnicą: tajemnicą subtelnego, a potężnego działania Ducha Świętego.

Warto przytoczyć jeszcze raz zdumiewający fragment Adhortacji Jana Pawła II ‘Familiaris Consortio’ (1981 r.), który był już wcześniej przedmiotem naszych rozważań (zob. wyż.: Małżeńskie uobecnienie Chrystusowej tajemnicy Wcielenia i Krzyża). Fragment ten staje się niewątpliwie błogosławionym drogowskazem w dążeniu do sakramentalnego przeżywania małżeńskiego „dwoje-jednym-ciałem”:

„Zaślubieni, jako małżonkowie, uczestniczą w nim [w Tajemnicy Wcielenia – oraz Krzyża-Odkupienia]
we dwoje, jako para, do tego stopnia, że pierwszym i bezpośrednim skutkiem małżeństwa ...
nie jest sama łaska nadprzyrodzona, ale chrześcijańska więź małżeńska,
komunia dwojga typowo chrześcijańska, ponieważ przedstawia
tajemnicę Wcielenia Chrystusa i tajemnicę Jego Przymierza [Krzyża-Odkupienia-Paschy](FC 13).

Ojciec święty podkreśla tu jednoznacznie, iż małżeństwo-sakrament sprawia u tych dwojga „chrześcijańską więź małżeńską”. Chociaż nie jest tu wyraźnie wymieniony Duch Święty, nie ulega wątpliwości, że sprawcą tej więzi jest On, Duch Święty. On to działa wszędzie tam, gdzie wielość osób trzeba połączyć w niejako ‘jedną-osobę’.

Dalej zaś pisze Jan Paweł II w tym samym przytoczonym tu fragmencie ‘Familiaris Consortio’:

„Szczególna jest także treść uczestnictwa [małżonków] w życiu Chrystusa;
miłość małżonków zawiera jakąś całkowitość, w którą wchodzą wszystkie elementy osoby –
impulsy ciała i instynktu, siła uczuć i przywiązania, dążenie ducha i woli.
Miłość zmierza do jedności głęboko osobowej, która nie tylko łączy w jedno ciało,
ale prowadzi do tego, by było tylko jedno serce i jedna dusza.
Wymaga ona nierozerwalności i wierności
w całkowitym wzajemnym obdarowaniu – i otwiera się ku płodności ...
Jednym słowem chodzi o normalne cechy charakterystyczne każdej naturalnej miłości małżeńskiej,
ale w nowym znaczeniu, gdyż sakrament nie tylko je oczyszcza i wzmacnia,
ale wynosi tak, że stają się wyrazem wartości prawdziwie chrześcijańskich” (FC 13).

Nie będziemy tu ponownie analizowali wymienionych przez Ojca świętego poszczególnych ‘poziomów’ człowieczeństwa tych dwojga, przetwarzanych mocą przyjętego sakramentu (zob. jeszcze raz odnośny link: Małżeńskie uobecnienie Chrystusowej tajemnicy Wcielenia i Krzyża). Pragniemy jedynie ‘nasycić się’ klimatem łaski przedstawionego tu stawania się ‘jedną-osobą-w-dwóch-osobach’ – tych dwojga. W obliczu Boga stają się ci dwoje od momentu wyrażenia zgody małżeńskiej ponad wątpliwość szczególnym „dwoje-jednym-ciałem”. Dzieje się to w bezpośrednim następstwie przyjętego i współudzielonego sobie sakramentu.

Zaistniałego „dwoje-jednym-ciałem” nie da się jednak wytłumaczyć inaczej, jak tylko że i w tym wypadku intensywnie zadziałał u tych dwojga osób, tj. spoił te dwie osoby wewnętrznie sam Duch Święty. Nie ulega zaś wątpliwości, że jaśniejsze uświadomienie sobie jednocząco-łączącego działania Ducha Świętego, wzywanego modlitewnie u progu zawieranego małżeństwa (śpiew na początku: „O Stworzycielu Duchu, przyjdź...”), zdolne jest potężnie mobilizować sakramentalne, Boże przeżywanie wzajemnej miłości małżeńskiej zarówno na co dzień, jak i w chwilach wzajemnej bliskości – w ufnej, pełnej czci „bojaźni Chrystusowej” (zob. Ef 5,21) (zob. dokładniej wyż.: Bojaźń Chrystusowa: w poprzedzającym i następującym kontekście).

(2.2 kB)

Akceptacja Bożego ładu przy przeżywaniu intymności

Tym samym wracamy ponownie do zagadnienia wewnętrznego ładu intymności małżeńskiej. Jest to dopełniający aspekt rozważanego tu biblijnego określenia o stawaniu się małżonków „... jednym ciałem” (Rdz 2,24; Mt 19,4nn).

Skoro mianowicie Jezus odrzuca wszelkie w międzyczasie narosłe wypaczenia zamysłu, jaki Bóg wyrzeźbił w ludzkim sercu „na początku”, sprowadza go zarazem do sytuacji ‘pierwotnej niewinności pierwszych dwojga małżonków.
Ład serca tych pierwszych z ogrodu Eden, wrażliwego na głos przemawiającego w ich sumieniu Boga, staje się zarazem wzorcem dla wszystkich kolejnych „dwojga”, którzy będą się wiązali w dozgonnym przymierzu komunii życia i miłości jako kolejna para „dwojga-jednym-ciałem”. Decyzja na małżeństwo, które ma odpowiadać Bożemu zamysłowi miłości, zakłada każdorazowo pełną akceptację przeżywania wzajemnej intymności zgodnie z wewnętrznym ładem wszczepionym w sumienie męża i żony – z pełnym uszanowaniem zarówno dla struktury, jak i rozwijającego się dynamizmu małżeńskiego aktu.

(10.7 kB)
Objaśnienie

Z tego względu nie może być mowy o podejmowaniu jakichkolwiek zwyrodniałych form uprawiania – nie zjednoczenia, lecz ‘seksu-dla-seksu’.

Prawdziwe „dwoje-jednym-ciałem” nie może zakładać takiego kształtowania ‘struktury’ małżeńskiego aktu, które by w jakikolwiek sposób blokowało spontaniczny rozwój ‘dynamizmu’ aktu w jego otwieraniu się na potencjalność rodzicielską. W takim bowiem przypadku ci dwoje nie zamierzaliby stać się „jednym ciałem”, lecz dwoma ‘seksami’.

Następowałoby dogłębne zafałszowanie ‘prawdy mowy ciała”. Mowa ta wyraża się w tych chwilach zgodnie z dyspozycjami, jakie ‘ciału’ zlecone zostają z pozycji wolnej woli uczestników aktu. Oni to sterują prawdą czy nieprawdą „mowy ciała”. Taki jest nie sformułowany wyraźnie, a przecież ponad wątpliwość zakładany wydźwięk przedstawionych tu słów autora biblijnego, że ci dwoje „... stają się jednym ciałem...” (Rdz 2,24).

Są to słowa, które podkreślają Boże ustanowienie – w taki a nie inny sposób małżeństwu przez Boga podarowanego aktu stawania się dwojga ‘jednym-ciałem’. Ci dwoje stają się ‘jednym-ciałem-osobą’ dzięki temu, że „... miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5,5).

Spełnienie tego Bożego wezwania jest niemożliwe bez pełnej akceptacji osobowej struktury małżeńskiego aktu. Wsłuchani w głos Boży, ci dwoje tak się w małżeństwie jednoczą, że strzegą czujnie wewnętrznego ładu chwil swej intymności. Są oni sobie świadomi, że wcale nie każdy przejaw przeżywania intymności dorasta do ich godności i powołania. Nie każdy też wyraz ‘miłości’ można będzie zakwalifikować zgodnie z parokrotnie już przytoczoną wypowiedzią nauczycielską Jana Pawła II jako czyn „dobry” (zob. wyż.:  Czyn dobry: intencja, przedmiot, dobro, miłość Boża):

„... Ludzki czyn, dobry ze względu na swój przedmiot,
jest zarazem przyporządkowany ostatecznemu celowi.
Ten sam czyn osiąga następnie swą ostateczną i istotną doskonałość,
gdy wola rzeczywiście zwraca go ku Bogu poprzez miłość” (VSp 78).

Ogólnie można by dopowiedzieć, że warunkiem stawania się „dwoje-jednym-ciałem” po linii Bożego ładu małżeńskiej intymności jest nie-egoistyczne kształtowanie wzajemnych odniesień. Są one każdorazowo naturalnym następstwem przyjętego wewnętrznego ładu – zarówno podejmowanego aktu, jak i wszelkich pozostałych wzajemnych odniesień małżeńskich na co dzień.
– Stawanie się „dwoje-jednym-ciałem” byłoby niemożliwe, gdyby małżonkowie traktowali siebie nawzajem nie jako osobę, lecz ‘rzecz-do-usług’ dla być może silnie w tym czasie narzucającej się pożądliwości ciała. Takie jest pełne, chociaż wyraźnie w omawianym zwrocie nie sformułowane znaczenie określenia: „... I stają się jednym ciałem” (Rdz 2,24).

Nie ulega wątpliwości, że wymóg uszanowania wspomnianego wewnętrznego ładu przy kształtowaniu małżeńskiej intymności każe z góry wyeliminować wszelkie działania zmierzające do wyłączenia potencjalności rodzicielskiej.

Pomijamy już fakt – jak to uwydatniono na niejednym miejscu naszej strony internetowej, że praktycznie wszystkie techniczne sposoby blokowania możności poczęcia wywierają działanie nie tylko przeciw-poczęciowe, lecz poronne. Dotyczy to również użycia prezerwatywy (zob. dokładniej:  Działania ‘contra’:  co na to medycyna?. – Oraz zob. m.in.: Mechanizm działania prezerwatywy).

Na tej samej zasadzie: następującego blokowania rozwijającej się potencjalności rodzicielskiej, sprzeczne z wewnętrznym ładem aktu jest uprawianie wszelkich form i odmian coraz innych form, niekiedy wręcz zwyrodniałego pettingu, łącznie z powszechnie w wielu środowiskach praktykowanym ‘seksu oralnego’. Bardzo bliskie podobnej oceny etycznej może być uprawianie pocałunku głębokiego (zob. też poniż. o seksie oralnym: Jeszcze raz: seks oralny. – Oraz zob. m.in.: Wybrane uwagi o wewnętrznym ładzie małżeńskiego aktu).

Na nic się tu nie zda podnoszenie głośnego protestu ze strony niektórych osób i środowisk. Nic tu też nie pomoże powoływać się na tzw. ‘odmienność szkół teologicznych’, które nie liczą się z autentycznym Magisterium Kościoła i jego wyraźnymi wskazaniami po linii tradycji Apostolskiej.
– Wyrazem nauczania Kościoła nie jest ta czy owa opinia prywatna kogoś, kto uchodzi za specjalistę m.in. w teologii moralnej, w teologii życia rodziny i małżeństwa, lecz wiążące nauczanie oficjalnego Magisterium. Ma to bezpośredni wydźwięk chociażby na praktykę szafarstwa darem rozgrzeszenia przy sprawowaniu sakramentu spowiedzi świętej (zob. do tego wyż.:  Chrystus w głosie ‘Piotra’ - oraz: Spowiedź św. małżonków: Dopowiedzenie. – i jeszcze raz cytowane opracowanie: Kapłan a magisterium Kościoła – i całość tegoż opracowania).

Jan Paweł II wyraża się bardzo precyzyjnie o warunkach decydujących o kwalifikowaniu jakiegoś czynu jako „dobrego”. Mianowicie nie wystarczy wzbudzać chociażby najlepszą dobrą intencję, iż np. dany rodzaj pieszczoty czy wyrazu więzi jest podyktowany (= intencja!) ‘miłością’.
– Dobrym musi być sam w sobie przedmiot podjętego działania. Trudno o pozytywne zakwalifikowanie czynu w oczach Bożych, gdy celem podejmowanych odniesień małżeńskich jest doprowadzanie ciała do maksymalnej wydajności w aspekcie ‘seksu’, ze z góry założonym przekreśleniem jednoczącej funkcji aktu.

Z kolei zaś narzuca się aspekt samego użytego przedmiotu jako wyrazu rzekomej ‘miłości’. Chodzi o odpowiedź na wyraźnie przez Ojca świętego postawione pytanie – wypadałoby powtórzyć tu jego słowa jeszcze raz:

„... Powodem zaś, dla którego nie wystarczy dobra intencja, ale musi za nią iść prawidłowy wybór czynów, jest fakt, że ludzki czyn zależy od swego przedmiotu, to znaczy od tego, czy może on zostać skierowany ku Bogu, ku Temu, ‘który sam jest dobry’, i czy w ten sposób prowadzi osobę ku doskonałości.
– Czyn jest dobry, jeśli jego przedmiot odpowiada dobru osoby przez to, że uwzględnia dobra, które są dla niej istotne z punktu widzenia moralnego ...
– Ludzki czyn, dobry ze względu na swój przedmiot, jest zarazem przyporządkowany ostatecznemu celowi. Ten sam czyn osiąga następnie swą ostateczną i istotną doskonałość, gdy wola rzeczywiście zwraca go ku Bogu poprzez miłość ...” (VSp 78)
(Zob. wyż.: Czyn dobry: intencja, przedmiot, dobro, miłość Boża. – oraz wciąż tutaj podane dłuższe, gruntowne opracowanie: Wierność spowiednika wierze Apostolskiej – całość tego opracowania)
.

(2.2 kB)

Błogosławieństwo płodności rodzicielskiej według Rdz 1

Przekonujemy się jeden raz więcej, że uszanowanie wewnętrznego ładu małżeńskiego aktu zakłada każdorazowo na oścież otwartą potencjalność rodzicielską. Jest ona ścisłą konsekwencją pozostawiania pełnej swobody spontanicznie rozwijającemu się małżeńskiemu zjednoczeniu. Oznacza to pełne przyjęcie zarówno struktury, jak i spontanicznie rozwijającego się dynamizmu aktu. Gotowość rodzicielska musi wyrażać się każdorazowo rzeczywistym otwarciem się na obie te rzeczywistości – całkiem niezależnie od fizjologicznych szans wzbudzenia życia w danym dniu, a także niezależnie od fazy życia tych dwojga (m.in. zarówno przed, jak i już po menopauzie).
– Gdyby pozostawiania pełnej swobody dla potencjalności rodzicielskiej aktu miało zabraknąć, oznaczałoby to dogłębne znieważenie Bożego, małżonkom w zarząd danego: „... stają się jednym ciałem” (Rdz 2,24; zob. Mt 19,6). Zjednoczenie płciowe jest z istoty swej rzeczywistym zjednoczeniem płciowym, chociażby w danej sytuacji istniała pewność, że przekazanie życia jest w tym konkretnym czasie czy na tym etapie życia niemożliwe.

Dlatego też nauczanie Kościoła przypomina rodzinie człowieczej całej niezmiennie jednoznacznie wymóg płynący z Bożego ustanowienia, a nie np. Kościoła. Wyraża to m.in. papież Paweł VI w encyklice „Humanae vitae’ :

„... Jednakże Kościół, wzywając ludzi do przestrzegania nakazów naturalnego prawa,
które objaśnia swoją stałą doktryną, naucza, że konieczną jest rzeczą,
aby każdy akt małżeński zachował swoje wewnętrzne przeznaczenie
do przekazywania życia ludzkiego” (HV 11) (zob. do tego jeszcze raz cytowane dłuższe opracowanie: Otwartość każdorazowego aktu na potencjalność rodzicielską, itd.

Mocą Bożego ustanowienia małżeństwa jako pra-sakramentu stworzenia, a tym bardziej sakramentu Kościoła, jest ono przeznaczone wyraźnie po to, żeby komunia przymierza małżeńskiego przekształcała się w komunię rodziny. Pozostawianie pełnej otwartości aktu na potencjalność rodzicielską jest ścisłą konsekwencją stania się tych dwojga „jednym-ciałem” : niejako jedną osobą-w-dwóch-osobach.

Jak poprzednio podkreślono, zespolenie tych dwojga w niejako ‘jedną osobę’  jest dziełem Ducha Świętego. Jego zaś nie można „zasmucać” (Ef 4,30). Jakiekolwiek „od woli człowieka zależne” (por. HV 11) blokowanie spontanicznie w zjednoczeniu małżeńskim otwierającej się potencjalności rodzicielskiej byłoby równoznaczne z wyproszeniem Boga z świątyni swego serca, wypełnionej Duchem Świętym – z wszystkimi tego konsekwencjami na życie ... wieczne. Narzucają się słowa św. Pawła Apostoła Narodów:

„Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was?
Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg.
Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście” (1 Kor 3,16; zob. też tamże 6,19: „Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie ...”).


Słowo-Boże-Pisane wiąże stworzenie człowieka oraz małżeństwa – z bardzo wyraźnie uwydatnionym, szczególnym Bożym błogosławieństwem na rodzicielstwo. Jako Stworzyciel wywołuje Bóg coraz inne byty z nie-istnienia – do istnienia (zob. do tego zwł. EV 83n). Dzieło stwarzania wieńczy Bóg utworzeniem człowieka: mężczyzny i kobiety. Stwarza zaś jedynie dlatego, że swego niepojętego dla nas rozradowania jako miłości-daru niejako nie jest w stanie pomieścić w sobie.
– Toteż dzieli się tą miłością wyrażającą się stwarzaniem życia w obfitości jego przejawów (motyw miłości, wyrażony chociażby w owym: „... I zobaczył Bóg, że tak było dobrze, bardzo dobrze”: Rdz 1,12.21.31; zob.: MiN 55n). Jednocześnie zaprasza człowieka, swój żywy Obraz i Podobieństwo, do uczestnictwa w tym, kim jest sam On: Bóg miłość-życie: Stworzyciel.

Czy się dziwić, że Bóg posuwa z kolei „zawierzenie” względem powołanych do małżeńskiego „dwoje-jednym-ciałem” tak daleko, iż dopuszcza ich niejako do współ-stwarzania wraz ze sobą nowych ludzkich istnień, których w momencie ich wywołania z nie-istnienia do istnienia obdarowuje swoim Obrazem i Podobieństwem, ich z kolei powołując do życia ... wiecznego? Oto Boża miłość-dar, od początku do końca zapatrzona w to, żeby temu ukochanemu – w tym wypadku małżonkom jako „dwojgu-jednym-ciałem”  było ‘dobrze’ aż do obdarzenia ich – życiem dziecka Bożego w „Domu Ojca” – łącznie z zaistniałą dzięki ich współpracy z sobą jako Stworzycielem – ich rodziną?

Pełni zdumienia i wdzięczności względem niepojętego Bożego zaufania okazywanego grzesznemu człowiekowi, nie wyłączając małżonków wcale nie zawsze świętych, zaczynamy lepiej rozumieć szczególnie radośnie przez Boga obwieszczone i wielokrotnie potwierdzane błogosławieństwo płodności rodzicielskiej. Stwierdzamy to już w biblijnym opisie ‘Kapłańskim’ w Księdze Rodzaju. Przedstawia ono prorocką retro-wizję tego, co się działo na pra-początku, gdy Bóg stwarzał czas, świat i człowieka:

„Elohim pobłogosławił im [stworzonemu człowiekowi – jako mężczyzny i kobiety].
Przy czym wypowiedział do nich:
‘Wydawajcie potomstwo, mnóżcie się i zapełniajcie ziemię!’ ...” (Rdz 1,28).

Nowo zaistniała komórka społeczna – dwoje małżonków, nie może ograniczyć się do samolubnego wzajemnego wpatrywania się w siebie. Jeśli małżeństwo ma być małżeństwem, ci dwoje nie mogą uchylać się od równolegle przyjętych zobowiązań, by służyć rodzinie ludzkiej całej. Jeśli Bóg jest Miłością która cała jest Życiem, małżonkowie – Boży Obraz i Podobieństwo, nie mogą na swój ludzki sposób nie być miłością-życiem poprzez czynne uczestnictwo w Bożej miłości, która cała jest stworzycielska. Będzie się to dokonywało poprzez wzbogacanie rodziny człowieczej o kolejne ogniwa pokoleń, które równie jak oni oboje zdolne będą przekazywać komunię zarówno miłości, jak i życia.

Jedynie tak pojmowane małżeństwo może się cieszyć Bożym błogosławieństwem płodności: „Elohim [= Bóg] pobłogosławił im ...” (Rdz 1,28).

Wypadałoby w nawiązaniu do tych rozważań i zarazem stwierdzeń dopowiedzieć, że jeśli dwoje ludzi zamyśla o pobraniu się i zostaniu małżeństwem, a z góry chcieliby wykluczyć posiadanie dzieci, ograniczając się jedynie do wygodnego bycia dla siebie jako mąż i żona – bez obciążania się zobowiązaniami rodzicielskimi, małżeństwo to byłoby z góry nieważne, a ich związek – jako nie-małżeństwo w oczach Bożych, byłby jednym ciągiem cudzołóstwa. Wniosek taki narzuca się zarówno w odniesieniu do sytuacji sprzed ‘potopu’, jak i po ‘potopie’.

(2.2 kB)

Błogosławieństwo płodności po Potopie (Rdz 9)

W następnych etapach rozwoju ludzkości – Bóg błogosławieństwa płodności rodzicielskiej pomimo straszliwego upadku obyczajowego nie tylko nie wycofa, ale je potwierdzi. Słowo-Boże-Pisane donosi o tym w relacji o wydarzeniach związanych z potopem (Rdz 6-9).

W straszliwym kataklizmie potopu wyginęła praktycznie cała podówczas istniejąca ludzkość. Potop nadszedł na ówczesną ludzkość w następstwie niewyobrażalnego zepsucia obyczajowego, które przebrało wszelkie miary. W swych zwyrodnieniach moralnych ówcześni ludzie nie przyjmowali już żadnego Bożego napomnienia ani wezwania do nawrócenia (zob. o ‘Potopie’ wyż.:  Geofizyczne wyjaśnienie Potopu). Ocalało tylko niewiele osób, które uwierzyły Słowu Bożemu przekazywanemu przez Noego.

Autor Biblijny składa o Noem porywające świadectwo:

„Noe jednak uzyskał łaskawość w Obliczu Jahwéh;
... Noe był człowiekiem sprawiedliwym-prawym.
Był on nieskazitelny wpośród współczesnych sobie ludzi.
Noe chodził wytrwale z Elohim ...” (Rdz 6,8n; przekład własny z hebr.).

(2.7 kB)
Objaśnienie

Po zakończeniu ‘potopu’ zawiera Bóg z ocalałymi, reprezentowanymi przez Noego, w Słowie-Bożym-Pisanym znamiennie przedstawione przymierze (zob. Rdz 8,20-9,17). Wśród Bożych warunków i ustaleń znajduje się ponowne potwierdzenie Bożego pochodzenia zróżnicowania płciowego człowieka jako mężczyzny i kobiety oraz aż dwukrotnie powtórzone błogosławieństwo dla podejmowania powołania rodzicielskiego:

Rdz 9,1: „Po czym Elohim pobłogosławił Noego i jego synów, mówiąc do nich:
Bądźcie płodni i mnóżcie się, abyście zaludnili ziemię ...
...
v.5: Upomnę się o waszą krew przez wzgląd na wasze dusze; upomnę się o krew u każdego zwierzęcia.
Upomnę się o nią z ręki człowieka, z ręki męża – jego brata: upomnę się o życie człowieka.
v.6: Kto przeleje krew człowieka, przez człowieka winna być przelana krew jego,
bo na Obraz Elohim uczynił człowieka.
v.7: Wy zaś bądźcie płodni i mnóżcie się. Zaludniajcie ziemię i sprawujcie władzę nad nią” (Rdz 9,1.5nn).

Przytoczone słowa z prorockiej retro-wizji o pra-początkach rodziny człowieczej wyznaczają podstawowe ukierunkowania dla nowego początku ludzkości. Mówią w szczególności o właściwym użyciu w zarząd człowiekowi zawierzonej płciowości, oraz o wzajemnych odniesieniach międzyludzkich. Małżeństwo pochodzi w całości od Boga. Tym bardziej zaś domeną ściśle i wyłącznie Bożą pozostaje płodność rodzicielska. Jednocześnie Bóg zaprasza małżeństwa wyraźnie do podejmowania podarowanej im przez siebie możności uczestnictwa w stworzycielskiej mocy swojej miłości.

Skoro zatem wszystko, co dotyczy czy to człowieka: mężczyzny i kobiety jako osób samotnych, czy też jako par małżeńskich, było, jest i pozostaje domeną wyłącznie Bożą, oddaną poszczególnym ludziom i małżonkom jedynie w ‘zarząd’, z którego trzeba będzie się rozliczyć, nic dziwnego że i Nowy Testament potwierdza w pełni Bożą Własność, jaką niesie z sobą człowieczeństwo zróżnicowane na męskie i żeńskie.
– Z kolei zaś Nowy Testament akceptuje w pełni powołanie dwojga ludzi do małżeństwa, w którym mąż i żona stają się z woli Stworzyciela „dwoje-jednym-ciałem” jako niejako ‘jedna-osoba-w-dwóch-osobach’.

Czasy Nowego Przymierza pozwolą jedynie wniknąć głębiej w tajemnicę Boga zarówno jako życia, jak tym bardziej miłości. Ta bowiem w Jezusie Chrystusie posunęła się aż do oddania siebie na krzyżu w charakterze „ofiary przebłagalnej za nasze grzechy, i nie tylko za nasze, lecz również za grzechy całego świata” (1 J 2,2).
– Czy w tej sytuacji dziwić się, że św. Paweł, Apostoł Narodów, tak mocno podkreśla, iż małżeństwo zawierać należy „... w Panu” (1 Kor 7,39)?

Dzieło Odkupienia, dokonane przez Syna Bożego Jezusa Chrystusa, pozwala znacznie głębiej niż to było w epoce Starego Testamentu niejako ‘podpatrzeć’ tajemnicę tak Bożej miłości, jak i Bożego życia. Wnioski z ‘podpatrywania’ stylu ‘miłowania’ ze strony Boga, który w tajemnicy swego Wcielenia, a tym bardziej Odkupienia stał się ‘dotykalnym’ świadectwem (zob. 1 J 1,1: „... na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce, bo ŻYCIE objawiło się ...”) jedynego właściwego rozumienia rzeczywistości, której na imię jest ‘miłość’, rzutują nieustannie wprost z kolei na nasz – ludzki, a tym samym pomiędzy małżonkami się urzeczywistniający styl kształtowania wzajemnych odniesień.

Małżeństwo-sakrament sprawia, że ci dwoje stają się dla siebie wzajemnie ‘komunią’ miłości i życia w zawartym pomiędzy sobą przymierzu małżeńskim. Komunia ta staje się z chwilą wyrażonej sobie wzajemnie zgody stałym wezwaniem tych dwojga do takiego kształtowania swego wnętrza i wzajemnych odniesień, które by się wyrażały coraz doskonalej jako stawanie się dla siebie wzajemnie darem „osoby dla osoby”.

Być dla współmałżonka ‘osobą-darem’, czyli darem „osoby dla osoby” – znaczy, że całkowicie wykluczone musi być traktowanie tego drugiego w małżeństwie jako rzeczy-do-usług. W chwili ślubu oboje zobowiązują się, że będą dla siebie wzajemnie takim właśnie darem-osobą, który w tym drugim, a oczywiście i w sobie samym, widzi „osobę”, a nie rzecz, ani tym bardziej niewolnika-do-usług. Oboje winni zdążać odtąd wyraźnie do tego, by wzajemne stawanie się osobą-darem stawało się ich zwyczajną drogą, która z miłości ku temu drugiemu, zawierzonemu sobie przez Bożą Opatrzność, zaprowadzi u kresu życia do „Domu Ojca” (por. J 14,2n).

Stawanie się zaś osobą-darem dla siebie nawzajem otwiera małżeńskie „dwoje-jednym-ciałem” z Bożego ustanowienia i powołania na oścież na potencjalność rodzicielską. W ten sposób ‘komunia małżeńska’ przekształca się stopniowo w komunię i przymierze życia rodzinnego. W łonie tej komunii zaczynają z Bożego ustanowienia pojawiać się dzieci tych dwojga, którzy tym samym z małżonków – stają się rodzicami. Każde dziecko jest widomym, odtąd już na wieczność nie wymazalnym utrwaleniem zaistniałego „dwoje-jednym-ciałem” swoich rodziców, dotychczasowych jedynie małżonków.

Tę rzeczywistość ujmuje w niezrównanych słowach swej lapidarnej syntezy Jan Paweł II. Słowa te przytaczaliśmy na naszej stronie internetowej już wielokrotnie:

„... W ten sposób małżonkowie, oddając się sobie,
wydają z siebie nową rzeczywistość – dziecko,
żywe odbicie ich miłości, trwały znak jedności małżeńskiej
oraz żywą i nierozłączną syntezę ojcostwa i macierzyństwa” (FC 14).

Jan Paweł II ukazuje jednak natychmiast jeszcze też dalszy ciąg wezwania tych dwojga: męża i żony do realizowania Bożego zamysłu miłości. Zamysł ten staje się w obliczu wywodzącej się od nich rodziny tym bardziej naglącym zobowiązaniem do ukazywania potomstwu najgłębszego sensu małżeńskiej misji:

„Stawszy się rodzicami, małżonkowie otrzymują od Boga dar nowej odpowiedzialności.
Ich miłość rodzicielska ma się stać dla dzieci widzialnym znakiem tej samej miłości Boga,
‘od której bierze nazwę wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi’ ...” (FC 14).

Znaczy to, że małżeństwo winno być jednym wielkim ‘pasem transmisyjnym’  Boga-jako-Miłości – dla tych dwojga: małżonków, ale tym bardziej dla ich potomstwa, a w dalszym ciągu dla Kościoła i całego świata. W poprzednich rozważaniach staraliśmy się ten sens małżeństwa jako sakramentu wyraźnie uwydatnić (zob. wyż.:  Małżeństwo jako pra-sakrament sakramentu stworzenia: uwidzialnienie niewidzialnej miłości Boga).
– Gdyby zabrakło stałego zapatrzenia się w ostateczny kres życia, ‘miłość’ małżonków przestałaby mieć na względzie prawdziwe dobro – swoje własne oraz tego drugiego. Przeradzałaby się w zagarnianie tego drugiego dla siebie jako ‘rzeczy-własności’, przymuszanej do spełniania egoistycznych zachcianek czy to jednej ze stron, czy też ich obojga razem. Więź małżeńska wyrodniałaby w stawanie się dla siebie wzajemnie drogą wiodącą nie do nieba, lecz do coraz bardziej utrwalanego ... odłączania się od Boga – z wszystkimi tego konsekwencjami ...

(3.5 kB)

6. Uśmiercenie własnego owocu Życia ...

(2.8 kB)

Zgładzenie owocu podjętego „dwoje-jednym-ciałem”

W zakończeniu rozważania nad biblijną wizją małżeństwa jako sakramentu Stworzenia i sakramentu Kościoła wypada chociażby tylko napomknąć o Bożym ostrzeżeniu, jakie m.in. w nawiązaniu do małżeństwa zamieszcza autor biblijny, który przedstawia całkiem od nowa zawarte przymierze Boga z nową rodziną człowieczą po potopie.

Bóg uświadamia w tym przymierzu niezwykle wyraziście związek pomiędzy powołaniem do komunii małżeńskiej – a komunii rodzicielskiej. W tym kontekście uświadamia nowej ludzkości również bezpośrednią odpowiedzialność za naruszenie życia w przypadku przelanej niewinnej krwi. Wyżej przytoczyliśmy już odnośne słowa Boże (zob. wyż.: Tekst: Błogoslawieństwo płodności po potopie: Rdz 9,1-7). Dobrze jednak będzie powtórzyć je tu jeszcze raz – tym razem z pominięciem słów dotyczących błogosławieństwa płodności:

Rdz 9,5:Upomnę się o waszą krew przez wzgląd na wasze dusze;
upomnę się o krew u każdego zwierzęcia.
Upomnę się o nią z ręki człowieka, z ręki męża – jego brata:
upomnę się o życie człowieka.
v.6: Kto przeleje krew człowieka, przez człowieka winna być przelana krew jego:
bo na Obraz Elohim [= Boga] uczynił człowieka” (Rdz 9,5n).

Nie ma wątpliwości, że to słowo Boże nie może nie dotyczyć wprost również małżonków jako rodziców w przypadku, gdyby zamiast stać się przekazicielami życia człowieczego – mieli przyłożyć ręki do zgładzenia życia, które uprzednio poczęło się jako owoc ich „dwoje-jednym-ciałem”. Boże słowa stają się w tej chwili niezwykle poważne.

W tekście hebrajskim występuje w tym fragmencie parokrotnie powtarzający się czasownik „darásh”. Autor biblijny używa go w pierwszej osobie czasu teraźniejszego, wkładając go w usta samego Boga.
Czasownik ten oznacza: przeprowadzić dochodzenie, zażądać raportu, wytłumaczenia się z przyjętej odpowiedzialności. Tutaj zatem mówi Bóg sam o sobie:
Ja sam będę dochodził-dopominał się ...”.

Czyli: w przypadku przelania niewinnej krwi ludzkiej – sam Bóg stanie po stronie zabitego człowieka. Sam też Bóg podejmie się wtedy niejako ‘urzędowego’ dochodzenia.
Autor biblijny odnosi takie ‘dochodzenie’ nawet do zwierząt, które by zaatakowały i zabiły człowieka.
Tym bardziej jednak zażąda Bóg rozliczenia z niewinnie przelanej krwi ludzkiej „... z ręki człowieka, z ręki męża – jego brata: upomnę się o życie człowieka”  (Rdz 9,5).

Słowo-Boże-Pisane przytacza też słowa wyroku, jaki winien zapaść w przypadku przelania niewinnej krwi: „Kto przeleje krew człowieka, przez człowieka winna być przelana krew jego” (Rdz 9,6a).
– Zdanie to z punktu widzenia stylistycznego ujęte jest w języku hebrajskim w formułę imiesłowową. Tego rodzaju sformułowanie języka ‘prawniczego’ w Izraelu świadczy o jego bardzo starożytnym pochodzeniu. W języku polskim nie da się, niestety, oddać hebrajskiego sformułowania w równie imiesłowowym przekładzie. Przekład brzmiałby sztucznie i ‘nie-po-polsku’. Stąd konieczność oddania tekstu hebrajskiego treściowo wprawdzie równoważnie, ale w formie nieznacznie opisowej.

Słowa owego wyroku brzmią niezwykle groźnie. Są one jednoznaczne, zrozumiałe i nie trzeba ich nikomu tłumaczyć. Każdy też musi uznać je za ... słuszne.

Nie chcielibyśmy wracać w tej chwili ani do problematyki przerywania ciąży przez zabiegi operacyjne itp., ani też poprzez użycie środków zapobiegania ciąży o działaniu poronnym. Kwestie te omawialiśmy już dostatecznie obszernie – zwłaszcza w drugiej części naszej strony internetowej (zob. wyż.: Przerywanie ciąży – oraz ciąg dalszy: Naruszenie rozpoczętego życia – i ciąg dalszy tego paragrafu: Proces zagnieżdżenia – a spirala – po czym zwłaszcza: Poronne działanie wszelkiej chemii plemnikobójczej).
– Na wskazanych miejscach mowa była zarówno o mechanizmie działania użytych środków przeciw-rodzicielskich, jak i o ocenie etycznej podejmowanych tego rodzaju działań – łącznie z wskazaniem szans pojednania z Bogiem i człowiekiem.
(zob. cz.IV, rozdz. 3: Dziecko Bólu! Gdzie jesteś ...? – oraz tamże, rozdz. 4: Błogosławiony ‘Trybunał’: Sakrament Miłosierdzia).

Można by dodać, a raczej jedynie przypomnieć – w nawiązaniu do owego, jak to Bóg wyraża, „upominania się” o przelaną niewinną ludzką krew – tym razem w ścisłym nawiązaniu do nie-przyjętego owocu własnego łona – słowa Jana Pawła II z jego „Listu do Rodzin” (1994 r.). Ojciec święty nawiązuje do nakreślonego przez samego Jezusa Chrystusa obrazu Sądu Ostatecznego, kiedy to „przyjdzie sądzić żywych i umarłych” (LR 22; zob. Mt 25,34-46):

„Sędzia jest Oblubieńcem Kościoła i ludzkości i dlatego sądzi tak, jak słyszymy:
Pójdźcie błogosławieni Ojca Mojego (...).
Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony..., byłem ... nagi, a przyodzialiście Mnie’
[Mt 25,34nn].
– Oczywiście, że tę listę można by przedłużyć i znalazłaby się w niej niezliczona liczba spraw, które składają się na życie małżeńskie i rodzinne. Na pewno znalazłoby się tam także takie zdanie:
Byłem dzieckiem nie narodzonym i przyjęliście Mnie, pozwoliliście Mi się urodzić. Byłem dzieckiem opuszczonym i staliście się dla Mnie rodziną. Byłem dzieckiem osieroconym, a adoptowaliście Mnie ...’.
I jeszcze dalej: ‘Pomagaliście wątpiącym i zagrożonym matkom przyjąć dziecię nie narodzone i urodzić, pomagaliście wielodzietnym rodzinom, rodzinom w różnorodnych trudnościach ...’ ...” (LR 22).

(11 kB)
Objaśnienie

Po czym jednak św. Jan Paweł II dodaje:

„Ale wiemy, że w Mateuszowym opisie Sądu Ostatecznego jest także ta druga lista, groźna i przerażająca:
Idźcie precz ode Mnie (...).
Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić
; ...’ [Mt 25,41nn].
I na tej liście znajdą się z pewnością także inne fakty, w których Jezus chce się utożsamić z człowiekiem odrzuconym.
On utożsamia się z opuszczoną żoną czy mężem, z poczętym i odrzuconym dzieckiem:
Nie przyjęliście Mnie’ !
Również i ten sąd idzie poprzez dzieje naszych rodzin, przez dzieje narodów i ludzkości.
Chrystusowe: ‘nie przyjęliście Mnie’ odnosi się również do instytucji społecznych, rządów i organizacji międzynarodowych ...” (LR 22).

W niniejszym rozdziale mamy na względzie w pierwszym rzędzie dzieci wyrastające z dziecięctwa oraz młodzież na etapie przygotowywania się do przyszłych zadań życiowych i do ślubu.
– Czy by mogło być możliwe, żeby Chrystusowe słowa – czy to błogosławieństwa w dniu Sądu Ostatecznego, a z kolei odłączenia na wieczność tych, którzy głos Bożych Przykazań odrzucili, miał nie dotyczyć również tych dzieci, które np. po zabawie seksualnej spostrzegają się, że stali się rodzicami, i podejmują wszystko, by poczętego człowieka ... się pozbyć?
Chociażby do takiego zbrodniczego czynu namawiani lub wręcz zmuszani byli przez ... własnych rodziców i bliskich, doradców psychologicznych, lekarzy, czy też dyrekcje szkół do których uczęszczają?

(2.2 kB)

Boży odkupieńczy dialog z człowiekiem w grzechu krwi

Zdajemy sobie sprawę, że w Odkupicielu człowieka, Jezusie Chrystusie, Bóg wychodzi naprzeciw każdego człowieka obciążonego grzechem. Dotyczy to również człowieka-zbrodniarza, którego sumienie jest obciążone być może niewinną krwią. A tacy mogą się zdarzyć również już wśród ludzi bardzo młodych, a nawet ... niemal jeszcze dzieci.

Do takiej sytuacji nawiązują słowa Jana Pawła II z jego „Evangelium Vitae” (1995 r.) ukazujące Boga jako tego, który nigdy „nie chce śmierci [wiecznej] grzesznika ...”. Słowa te są zdolne podźwignąć człowieka w rozpaczy, gdy uprzytomni sobie stan duchowy, w jaki sam siebie pogrążył:

„Kain jest bardzo ‘smutny’  i ma ‘ponurą twarz’ [Rdz 4,4].
Tekst biblijny nie wyjaśnia, dlaczego Bogu bardziej podoba się ofiara Abla niż Kaina; bardzo jasno wskazuje jednak, że Bóg, choć wybiera ofiarę Abla, nie przerywa dialogu z Kainem. Karci go, przypominając mu o jego wolności wobec zła: zło nie jest bynajmniej nieuniknionym przeznaczeniem człowieka... Kain pozostaje wolny wobec grzechu ...
... Po zbrodni Bóg wkracza, aby pomścić zabitego. Kain, zapytany o los Abla, zamiast zawstydzić się przed Bogiem i prosić o przebaczenie, z zuchwałością omija pytanie: ‘Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego’ [Rdz 4,9]. ‘Nie wiem’: Kain próbuje kłamstwem zakryć zbrodnię....
... Kain nie chce myśleć o bracie i odrzuca odpowiedzialność, którą każdy ponosi za bliźniego....

... Ale Bóg nie może pozwolić, aby zbrodnia pozostała bezkarna: krew zabitego woła do Niego z ziemi, na której została przelana, i domaga się, aby wymierzył sprawiedliwość [por. Rdz 37,26; Iz 26,21; Ez 24,7n]. ...
... Nawet zabójca nie traci swej osobowej godności i Bóg sam czyni się jej gwarantem. Właśnie tutaj objawia się paradoksalna tajemnica miłosiernej sprawiedliwości Boga ....
... Jednakże Bóg nie zamierza ukarać zabójcy zabójstwem, gdyż chce nawrócenia grzesznika bardziej, niż jego śmierci ...” (EV 8-9).

Oto nasz Bóg! Oto ‘styl’ Jego ‘miłowania’. Miłość jest zawsze większa niż grzech; większa również od zbrodni ‘krwi’.
– Najwyższym Bożym świadectwem takiego Bożego miłowania, wzorca dla naszego ‘miłowania’ również w obliczu mordercy, pozostaje Jezus na Krzyżu. Jest to zatorturowany na śmierć Bóg-Człowiek. Jezus to Odkupiciel człowieka – nasz Boży Oblubieniec-z-Krzyża. Z Krzyża hańby, zdeptanej Jego człowieczej i Bożej godności – z Serca Jego i ust wydobywają się i w tej jeszcze sytuacji i chwili słowa Bożego Miłosierdzia, które za żadną cenę nie chce śmierci grzesznika, lecz żeby się nawrócił – i żył (zob. Ez 18,23):

„Lecz Jezus mówił: ‘Ojcze, przebacz im,
bo nie wiedzą, co czynią’ ...” (Łk 23,34; zob. do tego wyż.: Ojcze przebacz im... ).

Warto przytoczyć tu jeszcze dalsze słowa Jana Pawła II z tej samej encykliki „Evangelium Vitae”. Mianowicie Papież porównuje w pewnej chwili przelaną krew Syna Bożego – z przelaną krwią każdego innego człowieka – w zestawieniu z Bożym zamysłem odkupienia człowieka-w-grzechu za tę cenę:

„... W sposób absolutnie jedyny i wyjątkowy woła do Boga krew Chrystusa, którego proroczą zapowiedzią jest postać niewinnego Abla, jak przypomina autor Listu do Hebrajczyków:
Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, (...) do Pośrednika Nowego Testamentu – Jezusa, do pokropienia krwią, która przemawia mocniej niż [krew] Abla(12, 22. 24).
– Jest to krew pokropienia. Jej symbolem i proroczym znakiem była krew ofiar Starego Przymierza, poprzez które Bóg ukazywał ludziom, że pragnie przekazać im swoje życie, oczyszczając ich i uświęcając (por. Wj 24,8; Kpł 17,11).
– Otóż wszystko to spełnia się i urzeczywistnia w Chrystusie: Jego krew jest krwią pokropienia, która dokonuje odkupienia, oczyszcza i zbawia; jest to krew pośrednika Nowego Przymierza, ‘za wielu (...) wylana na odpuszczenie grzechów’ (Mt 26,28).
Krew płynąca z przebitego boku Chrystusa na krzyżu (por. J 19,34)przemawia mocniej niż krew Abla’ : ta krew wyraża bowiem i domaga się głębszej ‘sprawiedliwości’,
przede wszystkim jednak błaga o miłosierdzie, oręduje przed obliczem Ojca za braćmi (por. Hbr 7,25), jest źródłem doskonałego odkupienia i darem nowego życia” (EV 25).

Słowa papieskie są nie złudnym echem najgłębszych pragnień zamysłu odkupienia człowieka w krwi Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego.
Czy nie takiego poznajemy Trójjedynego z Jego objawienia poprzez „Ewangelię”, tzn. Boże Słowo Nowego i Wiecznego Przymierza, uobecnianego na co dzień w sprawowanej Eucharystii, ewentualnie jej wstępnym warunku, jakim jest ustanowiony mocą tej odkupieńczej Krwi – sakrament spowiedzi-pojednania?

Toteż pełni wdzięczności czytamy-słyszymy dalsze jeszcze słowa tego samego fragmentu encykliki „Evangelium Vitae” (Ewangelia Życia):

„Krew Chrystusa objawia, jak wielka jest miłość Ojca, a zarazem ukazuje, jak cenny jest człowiek w oczach Boga i jak ogromna jest wartość jego życia.
Przypomina nam o tym apostoł Piotr: ‘Wiecie bowiem, że z waszego, odziedziczonego po przodkach złego postępowania zostaliście wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem, ale drogocenną krwią Chrystusa, jako baranka niepokalanego i bez zmazy’ (1 P 1,18n).
– Właśnie kontemplując drogocenną krew Chrystusa, znak Jego ofiarowania się z miłości (por. J 13,1), człowiek wierzący uczy się dostrzegać i cenić niemalże Boską godność każdej osoby i może wołać pełen wdzięczności i radosnego zdumienia:
‘Jakąż wartość musi mieć w oczach Stwórcy człowiek, skoro ‘zasłużył na takiego i tak potężnego Odkupiciela’ (por. Exsultet z Wigilii Paschalnej), skoro ‘Bóg Syna swego Jednorodzonego dał’, ażeby on, człowiek, ‘nie zginął, ale miał życie wieczne‘ ... [por. J 3,16]. - (EV 25)”!

(2.2 kB)

Podsumowanie

Przypomnienie wizji małżeństwa w oparciu o podstawowe, wiecznie aktualne słowa Pisma świętego ukazuje jednoznaczny drogowskaz w zamęcie czasu, szybko zmieniających się poglądów, ale i odgórnych niezwykle silnych nacisków. Drogowskaz ten ponad wątpliwość nie zawiedzie w sytuacji niepewności i pytania: za czym, względnie za kim mamy się opowiedzieć.

Pragniemy odnajdywać i wcielać w życie te sugestie Słowa-Bożego-Pisanego, które pomogą przesycać klimat komunii małżeńskiej i rodzinnej atmosferą ‘Kościoła Domowego’, jakim może i ma się stać każde małżeństwo i każda rodzina.

Wszystko o czym jest tu mowa, dotyczy – jak widać – w pełni już też etapu dzieciństwa i młodzieńczości.

(4.3 kB)

B.   DORASTANIE DO STANIA SIĘ MAŁŻEŃSTWEM:
SAKRAMENTEM

(6.9 kB)

W nawiązaniu do celu niniejszego rozdziału

W naszych rozważaniach nad okresem „Młodości w drodze do małżeństwa – sakramentu małżeństwa”, stawiamy kolejny krok. W niniejszym rozdziale pragniemy uświadomić sobie jeszcze raz te elementy małżeństwa, które wchodzą w samą istotę małżeństwa jako sakramentu. A pamiętamy, że innego małżeństwa w oczach Bożych po prostu nie ma. Zastanowienie się nad tymi elementami może przyczynić się do lepszego zrozumienia zadań życiowych, przed jakimi prędzej czy później stanie większość obecnych dzieci i dorastającej młodzieży. Rozważania te mogą tym samym dopomóc w trzeźwym spojrzeniu na coraz inne aspekty małżeństwa, które jako sakrament będzie zawsze wezwane do stawania się swoistym ‘Kościołem Domowym’. Tym przecież jest małżeństwo-rodzina: swoisty ‘Kościół-w-miniaturze’, gdzie ojciec i matka, wraz z dziećmi – żyją życiem dokonanego odkupienia poprzez na co dzień uaktywniany sakrament małżeństwa.

Nie chodzi o wprowadzanie do małżeństwa elementów obcych, ani też o siłowe narzucenie wizji małżeństwa, które by szybowało w świecie idealizmu religijnego. Zarówno osoby dojrzałe, m.in. już żyjące w stanie małżeńskim, jak i dorastające dzieci i młodzież okresu przedmałżeńskiego, powinni z całą powagą przyjąć do wiadomości, że w Bożej wizji – a tylko taka liczy się w sensie spraw definitywnych, po prostu nie istnieje żadne inne małżeństwo, jak tylko to podniesione do rangi sakramentu. Dotyczy to nie tylko chwili zawierania ślubu w kościele, lecz całej odtąd rozpoczynającej się codzienności z chwili na chwilę uaktywnianego małżeństwa-sakramentu, które we wszystkich jego wymiarach staje się przystosowaniem dóbr dzieła odkupienia do życia właściwego małżeństwu i rodzinie.

Nie ma to nic wspólnego z czymś w rodzaju burzenia naturalnego klimatu radości i szczęścia, jakie winny rozkwitać w małżeństwie jako małżeństwie. Pragniemy natomiast służyć pomocą tym wszystkim wysiłkom, jakie będą musieli podejmować przyszli mężowie i przyszłe żony związani wyrażoną w Obliczu Boga zgodą, którą tenże Bóg przyjął i ją przypieczętował. Wysiłki te będą zmierzały do stawania się coraz piękniejszą i szczęśliwszą komunią „dwojga-jednym-ciałem”. Komunia ta, której punktem wyjścia stanie się zawarte przez tych dwoje przymierze miłości i życia, będzie miała odzwierciedlać coraz pełniej i coraz piękniej wobec siebie, rodziny, społeczeństwa, a nawet całego kosmosu – niewyrażalną oblubieńczo-odkupieńczą miłość Trójjedynego do człowieka jako żywego Obrazu Boga.

Po rozważeniu w poprzednim paragrafie jeszcze raz biblijnej wizji małżeństwa, miarodajnej dla wszystkich czasów i kultur, wypada zdać sobie sprawę z szeregu kolejnych aspektów, które mogą rzutować na jakość decyzji dwojga osób, które zamierzają związać się nierozerwalnym węzłem komunii małżeńskiej i rodzinnej: małżeństwa jako sakramentu.

Punktem wyjścia do podejmowania dalszych rozważań jest zapewne podstawowe pytanie: jak ci dwoje konkretni, którzy są kandydatami do ślubu, ustosunkują się do Woli Bożej związanej z powołaniem do małżeńsko-rodzicielskiej komunii? Trudno, a raczej niemożliwe byłoby myśleć o małżeństwie jako sakramencie, a tym bardziej o małżeństwie jako „Kościele-w miniaturze” – w uniezależnieniu od Bożego zamysłu Miłości związanego z małżeństwem-sakramentem. Wykluczenie obecności Boga i wiążącego charakteru Bożych Przykazań stałoby się przygotowaniem sobie niewyobrażalnej klęski na teraźniejszość i przyszłość.

(3.5 kB)

1. Przyjęcie Bożych warunków małżeństwa

(2.8 kB)

Stan świadomości ...

Przypomnienie biblijnej wizji małżeństwa, skondensowanej w unikalnym w literaturze religijnej określeniu: „... i stają się [ci dwoje] jednym-ciałem”, wskazuje drogę do podjęcia poważnej refleksji nad małżeństwem-sakramentem. W niniejszym rozdziale ograniczamy się do samego jedynie związku dwojga osób jako małżonków – z pominięciem w tej chwili problematyki małżeństwa przekształcającego się stopniowo w rodzinę. Rzeczywistość małżeństwa (a później: rodziny) staramy się rozważać jako wciąż od nowa przez Odkupiciela zaofiarowaną szansę i wezwanie do przesycania jego życia – wraz z jego radościami i troskami – w pełni spontanicznie klimatem „Kościoła Domowego”, czyli „Kościoła-w-miniaturze”.

Wydaje się słuszne zadać sobie wstępne pytanie, ale i przyjrzeć się rzeczywistości osób, które zamierzają zawrzeć ślub małżeński. Czy i w jakiej mierze ludzie ci – zwykle stosunkowo młodzi, są przygotowani do postawienia tego przełomowego kroku w życiu: decyzji na małżeństwo, tzn. na dozgonny związek, który dla nich dwojga staje się odtąd nie wymazalnym sakramentem? Obserwacja realiów życia budzi nierzadko poważne wątpliwości i obawy w obliczu zdarzających się pochopnie, nieodpowiedzialnie zawieranych ślubów małżeńskich.

(4.8 kB)
Objaśnienie

Czy mianowicie młodzi którzy się pobierają, zdają sobie sprawę z tego, co to znaczy samo w sobie małżeństwo, oraz że nie ma innego małżeństwa jak tylko małżeństwo-sakrament? Niejedni młodzi sądzą zapewne – podobnie jak to się dzieje u znacznej części osób starszych, że małżeństwo jest ‘sakramentem’ najwyżej w chwili jego zawierania w kościele. Po czym rozpoczyna się szarzyzna życia tych dwojga, które nie ma już nic wspólnego z czymś, co by miało być ... ‘sakramentem’.
– Wiele osób wstępujących w związek małżeński zdaje się niedorastać do tego, by wraz z wyrażoną zgodą małżeńską podjąć odpowiedzialność za dobro doczesne i ostateczne własne oraz tej drugiej osoby, ani tym bardziej za takie samo dobro rodziny, w jaką ich związek niebawem się przekształci.
– Tymczasem tak jedno, jak drugie jest bezpośrednią konsekwencją nowego powołania życiowego, jakie ci dwoje podejmują w chwili wyrażenia zgody małżeńskiej .

W przypadku osób ochrzczonych oznacza to decyzję na stanie się dla siebie wzajemnie szafarzami udzielanego sobie w tej chwili małżeństwa jako jednego z sakramentów Kościoła Chrystusowego. Sakrament ten nie jest sakramentem w samej tylko chwili wyrażenia sobie zgody małżeńskiej w budynku kościoła. Staje się on odtąd nieodwołalną rzeczywistością ich życia – jako od tego momentu nieustannie uaktywnianego sakramentu.

Będzie on przesycał odtąd i przetwarzał każdy detal ich życia-we-dwoje w jeden ciąg rzeczywistości obojga jako ‘ich’  sakramentu. Rzeczywistość zawartego sakramentu będzie owocowała z dnia na dzień zależnie od jakości współpracy tych dwojga z łaską sakramentu.
– Zdarza się – nie daj Boże, że ci dwoje ignorują ten stale odtąd się uaktywniający sakrament. Przyjęty przez nich sakrament będzie w takim wypadku systematycznie zadeptywany – z wszystkimi tego konsekwencjami.
Pamiętamy też, że sam w sobie zawarty i wzajemnie sobie udzielony sakrament dobiega końca jedynie wraz ze śmiercią jednego z małżonków.

Refleksja odnośnie do często spotykanego rażącego nieprzygotowania do małżeństwa i rodziny nie jest zapewne odkryciem dopiero dzisiejszej doby. Czasy się jednak zmieniają. Do niedawna – w ramach niejednej kultury i zakorzenionego ‘prawa zwyczajowego’, kojarzeniem dwojga młodych w małżeństwo zajmowali się przede wszystkim rodzice. Oni zwykle wyznaczali synowi czy córce osobę przez siebie, a nie tyle przez nich, obranego współmałżonka. Działo się to nierzadko wbrew wyraźnym, osobistym upodobaniom i wyborom samych zainteresowanych. Obiektywnie biorąc mogło to stawiać pod znakiem zapytania dobrowolność i konsekwentnie ważność wyrażanej zgody małżeńskiej. O to jednak samych tych dwoje młodych z zasady nikt nie pytał.

Mimo to małżeństwa te na ogół dobrze się zespalały, chcąc nie chcąc akceptując dokonany przez rodziców wybór, w obliczu którego stawiano ich jako wobec ‘faktu dokonanego’. Małżeństwa te rozwijały się w końcu z zasady szczęśliwie. Rozwód, ewentualnie separacja zdarzały się w minionych wiekach niezwykle rzadko. I były powszechnie surowo oceniane i piętnowane.

W dzisiejszych czasach mocno zaznaczającego się indywidualizmu i wzrostu poczucia osobowej godności, również podejście do wyboru ‘tego drugiego’ pod kątem małżeństwa uległo zasadniczym przeobrażeniom. Nie mamy zamiaru przeprowadzać analizy tego zjawiska. Chcemy jedynie przyjrzeć się pewnym aspektom problematyki małżeństwa, które mogą rzucić światło na jakość wewnętrznego i zewnętrznego przygotowania do małżeństwa i konsekwentnie jego dalsze losy pod kątem małżeństwa-rodziny jako tym samym podłoża pod mający rozwijać się na tej glebie klimat ‘Kościoła Domowego’.

(2.2 kB)

Małżeństwo pogan: pra-sakrament stworzenia

Wspomnieliśmy dopiero co, że duża część ludzi młodych wybierających się do małżeństwa i je zawierających jest niemal w ogóle, lub w sposób daleko nie wystarczający przygotowanych do życia w tym stanie. Ci dwoje wiedzą mało, jeśli nie niemal nic, co to znaczy: małżeństwo jako instytucja stworzona przez Boga. Że małżeństwo jest instytucją, której istotny cel oraz ład wzajemnych odniesień małżeńskich został ustanowiony i ustalony przez samego Stworzyciela. Że instytucja ta jest wyjęta spod ludzkiej jurysdykcji.

Tym samym zaś wszelkie ‘ludzkie’ ustalenia odnośnie do małżeństwa i rodziny będą mogły dotyczyć jedynie zapewnienia ochrony prawnej i wielorakiej pomocy małżeństwu i rodzinie jako podstawowej komórce społeczeństwa. Jest bowiem rzeczą oczywistą, chociaż przez wielu rządców ignorowaną, że dobro i warunki rozwojowe małżeństwa i rodziny warunkują zarazem istnienie i rozwój samego w ogóle społeczeństwa i narodu.

Tym bardziej zaś nikt nie zaprzeczy, że duża część nupturientów nie wie niemal nic lub wie jedynie bardzo mgliście, co to znaczy: małżeństwo jako sakrament. Innego zaś małżeństwa po prostu ... nie ma. Nie ma przede wszystkim małżeństwa jako jedynie ‘umówienia się’ pewnych dwojga, iż „... odtąd będziemy żyli razem, jakby małżeństwo”. Sądzą oni, tzn. oni by tak chcieli sądzić, że ich wspólne zamieszkanie itd. będzie ściśle ‘prywatną’ sprawą ich obojga. I że nie dopuszczą do tego, by ktokolwiek z zewnątrz – łącznie z Kościołem, a nawet sam Bóg, miał im dyktować, co powinni względnie nie powinni czynić w swym związku. Tak będzie im obojgu wygodnie, a ponadto ... miło. Przynajmniej na – na razie bliżej nie określony dłuższy czas.

U pogan oraz wyznawców religii nie chrześcijańskich istnieje co prawda nadal małżeństwo jako pra-sakrament Stworzenia: tak stworzony i ustanowiony przez Stworzyciela kosmosu, a w nim człowiek jako swego żywego Obrazu. Mówiliśmy o tym w części VI naszej strony (zob. wyż.:  Małżeństwo jako Pra-sakrament sakramentu Stworzenia: uwidzialnienie niewidzialnej Miłości Boga). Sytuacja taka utrzymuje się nadal w tych regionach naszego globu, dokąd Ewangelia Chrystusowa jeszcze nie zawitała, lub została całkowicie zafałszowana.
– Jednakże wraz z dziełem odkupienia, jakiego dokonał Syn Boży Jezus Chrystus, warunki w tym względzie radykalnie się zmieniły. Niezależnie od tego, czy ktoś tę rzeczywistość uznaje, czy ją odrzuca. Małżeństwo nigdy nie było, ani też nie stanie się instytucją w pierwszym rzędzie świecką, ani też samą cywilną ‘umową-kontraktem’ pomiędzy dwojgiem partnerów (por. stwierdzenie Pawła VI: HV 8).

(2.2 kB)

Małżeństwo ochrzczonych

Wypada z kolei przypomnieć, że z chwilą dokonanego dzieła odkupienia małżeństwo, jakie zawierają pomiędzy sobą osoby ochrzczone, staje się każdorazowo tym samym wzajemnie sobie udzielonym i przyjętym sakramentem Kościoła (FC 13). Z wyjątkiem gdyby ktoś tę sakramentalność jasno i świadomie odrzucił. Jednakże zawarty wówczas związek stałby się tym samym związkiem nieważnym i cudzołożnym. Ci dwoje bynajmniej nie staliby się „małżeństwem”. Rościliby jedynie prawo decydowania o rzeczywistości, która zdecydowanie przerasta wszelkie ludzkie kompetencje.

W przypadku chrześcijan – odrzucenie sakramentalności małżeństwa oznaczałoby swoiste przekreślenie zobowiązań przyjętych wraz z chrztem świętym. Podjęcie takiej decyzji stałoby się aktem wyrzeczenia się wiary w Chrystusa jako Stworzyciela i Odkupiciela: stałoby się zdradą Chrystusa. Byłby to akt buntu ucznia Chrystusowego przeciw Synowi Bożemu Jezusowi Chrystusowi oraz ustanowionemu przez Niego Kościołowi.
– Ci dwoje wyraziliby aktem swojej wolnej woli, iż nie są łaskawi uznać Boga jako jedynego Pana i Bożego źródła życia i miłości. Ogłosiliby się natomiast samozwańczo jako ich właściciele, sobie przypisując autorytet ‘boga’ w miejsce Boga Prawdy.
– Tacy dwoje stanęliby tym samym jednoznacznie po stronie tego który jest Zły: szatana – z wszystkimi tego konsekwencjami.

(2.2 kB)

Związek partnerski

Bardzo podobnie dzieje się w przypadku dwojga ludzi: mężczyzny i kobiety, którzy umawiają się jedynie na życie razem na kształt małżeństwa – bez wiązania się zgodą małżeńską w obliczu Boga, przedstawicieli Kościoła oraz ustawowych świadków. Ci dwoje ograniczyliby się wówczas do bycia mniej lub więcej szczęśliwie dobraną ‘parą partnerską’, ale nie małżeństwem. Pomimo iż wobec społeczeństwa (oczywiście nie wobec Boga) chcieliby zachowywać ‘pozory’ życia jako małżonków.

Tacy dwoje podejmują z zasady wszelkie ‘starania’, żeby w ich związku nie doszło do zaistnienia dziecka. Pozostawiają sobie też zwykle drzwi otwarte do rozejścia się, gdyby ich dotychczasowy związek partnerski miał się okazać w pewnym momencie jako już nie atrakcyjny.
– Niekiedy dzieje się tak z chwilą gdy pomimo wszelkich ‘zabezpieczeń’ pojawi się ... dziecko. Wspomnienie o dotychczasowym partnerstwie staje się w takim przypadku zwłaszcza dla dziewczyny-partnerki jednym wielkim koszmarem. Często zostaje ona pozostawiona wtedy sobie samej ... z dzieckiem: na ‘pastwę losu’. Jej męski partner poszukiwał kobiety-dziewczyny jedynie dla seks-efektu – bez brania na siebie jakiejkolwiek ludzkiej i Bożej odpowiedzialności ...

Jest rzeczą jasną, że taka postawa jest całkowicie sprzeczna z Bożym zamysłem miłości odnośnie do małżeństwa. Partnerstwo takich dwojga układałoby się od początku na poziomie ... cudzołożnego bycia-z-sobą. Byłaby to mniej lub więcej ustabilizowana ‘prostytucja’, z tym że uprawiana w zasadzie tylko z jedną osobą (zob. do tego obszerniej wyż.:  Tożsamość małżeństwa i rodziny a wolne ‘związki partnerskie’).

(2.2 kB)

Związki homoseksualne i lesbijskie

Tym bardziej nic wspólnego z rzeczywistością ‘małżeństwa’ nie mają związki homoseksualne: czy to dwóch mężczyzn, czy dwóch kobiet-lesbijek.
– Nic tu nie pomogą oskarżenia o ‘zacofanie’, o ‘homofobię’, o sprzeciwianie się ustaleniom podejmowanym na najwyższych szczeblach ciał ustawodawczych narodowych i międzynarodowych. Jeśliby nawet takie się pojawiły, są one z punktu widzenia rozumu (zob. chociażby Rz 1,21) wprost irracjonalne i skierowane przeciw jakiemukolwiek dobru człowieka.

Z punktu zaś widzenia „tych ostatecznych przeznaczeń, jakie człowiek ma w Bogu samym(zob. LM 5) są one w samym swym założeniu jednym ciągiem buntu przeciw Bogu. Bunt ten układa się na tej samej linii, co bunt części Aniołów z pra-początku.
– Aniołowie ci pod wodzą swego przywódcy „Luci-Fer = Niosącego Światło” rzucili swemu Stworzycielowi buntownicze: „Non serviam – Nie będę Ci służył(por. Jr 2,20; oraz Ap 12,7nn). Tym samym wybrali decyzją własnej woli istnienie co prawda dalsze, któremu nigdy końca nie będzie, skoro raz stworzony czy to Anioł, czy z kolei człowiek, nigdy już istnieć nie przestaną. Ale wybór ich sprawiłby, że będzie to istnienie z osobistej decyzji obranego potępienia: w NIE-Życiu i w NIE-Miłości definitywnie od siebie odtrąconego Boga Miłości, Boga Życia – przy zachowanym istnieniu-na-zawsze.

Życie dwóch ludzi w związku homoseksualnym czy lesbijskim jest z istoty swej sprzeczne z naturą mężczyzny i kobiety, których Bóg uzdolnił jako parę – a nie inaczej, do stania się potencjalnymi małżonkami-rodzicami. Określanie czy to żyjących ze sobą dwóch mężczyzn czy dwóch kobiet mianem ‘małżeństwa’, a konsekwentnie: jednego z nich – tej samej płci, jako ‘ojca’ a drugiego jako ‘matki’ urąga rozumowi gatunku ‘homo sapiens’ – człowieka jako istoty (podobno) ‘rozumnej’.
– Określenie to jest z góry sprzeczne z prawdą bytu. Wyrażanie się takim językiem ubliża godności zarówno zainteresowanych osób, jak i takiego społeczeństwa, które by związki homoseksualistów czy lesbijek tolerowało, lub wręcz faworyzowało (zob. wyż.:  Homoseksualizm i wolne partnerstwa heteroseksualne: żałosna imitacja małżeństwa).

Zdarzają się dramatyczne sytuacje, że małe dziecko zaadoptowane przez takie dwie panie-lesbijki, jest ‘mądrzejsze’ od swych lesbijek-‘rodziców’ i za nic w świecie nie chce zwracać się do jednej z nich jako ‘tatusia-ojca’. A ta, lesbijka, w końcu to dziecko – ze złości ... zabije.

Trzeba jasno stwierdzić, że wszelkie ustawy prawodawstwa cywilnego oraz ustalenia na arenie międzynarodowej są w tym wypadku z góry pozbawione jakiejkolwiek mocy prawnej. Sprzeciwiają się one wprost nie wymazalnemu zapisowi prawa etycznego naturalnego, jakie zostaje wyryte w sercu-sumieniu każdego kolejnego żywego ‘Obrazu Bożego’ w chwili jego stworzenia (zob. obszerniej wyż., cz.II, r.2, zwłaszcza począwszy od podtytułu:  Ustalanie dobra i zła ...).

Ustawy te nie są władne naruszyć tego zapisu w jakikolwiek sposób. Ofiarowanie zaś osobom żyjącym w takich związkach jakichkolwiek ‘praw’ czy wręcz uprzywilejowań w rodzaju prawa do adopcji, do szczególnych zasiłków i opieki zdrowotnej czy prawnej z racji ich związku homoseksualnego są w obliczu Bożym, ale i społeczeństwa, jedną wielką samo-kpiną z siebie tychże gremiów ustawodawczych. Z góry też nie przysługuje im żadna moc prawna. Pozostają one w samym punkcie wyjścia nieważne i nie upoważniają do podejmowania żadnych działań ani zastosowań.

Wszelkie przepisy rzekomo prawne w odniesieniu do tak żyjących osób są w swej istocie wyrazem zbuntowanego wyzwania, jakie odnośni ludzie oraz wymienione gremia ustawodawcze rzucają Bogu w twarz, usiłując Go ‘poskromić’ oraz ‘przywołać do porządku’ za to, iż jako Bóg-Miłość wyrył w ludzkim sumieniu w sposób nie wymazalny prawo etyczne naturalne.
– Chodzi ostatecznie o wyzwanie Boga do pojedynku z człowiekiem dla rozstrzygnięcia podstawowych kompetencji: Kto tu jest ‘Panem’ ? Ty, Boże – czy też ‘Ja – człowiek’ ?
Względnie w nieco innym ujęciu: Kto jest właścicielem człowieka, jego płciowości oraz małżeństwa wraz z jego prawami, zobowiązaniami, a także wewnętrznym ładem pożycia płciowego? Ja – człowiek? Czy też Ty, Boże, który o ‘kochaniu się’ i ‘seksie’ nie masz pojęcia? (zob. do tego aspektu wyż.:  Kwestionowanie Boga jako miłości – kontekst poprzedzający i następujący).

(3.5 kB)

2. Kształt serca w dniach przygotowywania do małżeństwa

(2.8 kB)

Z wynurzeń Mateusza

Przyjrzenie się życiu osób przed małżeństwem – a po jego zawarciu przynosi obrazy nie tylko negatywne, lecz również bardzo pozytywne. W poprzednich częściach dotykaliśmy już tego zagadnienia – m.in. w nawiązaniu do problematyki czystości narzeczeńskiej (zob. np. wyż., cz.VI, r.1:  Z dłuższej historii pewnej pary narzeczeńskiej; oraz: Decyzja trwania w czystości. Zob. ponadto cz.III, rozdz.3-4-5; itd.). A oto jeden z pozytywnych przykładów, który zarazem jest przejrzystym świadectwem ‘na dziś’.

Do piszącego tu autora posyła email z zagranicy młodzieniec – dajmy mu na imię ‘Mateusz’. ‘Ciągnie’ on studia równolegle na dwóch fakultetach. Od paru lat przygotowuje się również do założenia rodziny, ale czyni to z umiarem.

Poniżej przedrukowany email jest swoistą odpowiedzią Mateusza na postawione mu pytanie w nawiązaniu do wyboru pod kątem małżeństwa. Mateusz ujawnia w nim jeden raz więcej swoją wewnętrzną sylwetkę. Oto fragmenty zaczerpnięte z jego dwu emailów z tego czasu:

[Luty 2010]. „... Obiecuje w najbliższym czasie na spokojne podzielić się z Księdzem tym, co się działo i dzieje obecnie. A dzieje się mnóstwo. ...
Co do ‘kobiet’ – w kategorii ‘rozglądania się za narzeczoną’, to mam obecnie ograniczone zasoby czasowe na to. Dokładnie rzecz ujmując, ten rok przeznaczam na zbudowanie podstaw materialnych żywota, że tak się wyrażę, a o planach w następnym mailu szczegółowiej. Innymi słowy wszystko po kolei.
– Do października chcę się również uporać z moją drugą magisterką. W międzyczasie jeszcze prawdopodobnie 2-miesięczne stypendium ..., potem praktyka w szkole. Ojoj roboty mnóstwo! Ale: ‘Jak chciał furman furmanić, to musi teraz drogi nie ganić!’ W sumie to i mam trochę entuzjazmu w zapasie, więc jak łaski Bożej nie braknie – a ufam, że jej nie braknie, to się wszystko powoli poukłada i studia będą z głowy.
– No a przekonany jestem, że Pan Bóg przeznaczył mi kogoś, kogo spotkam! A wiem, że spotkam i będę bezsilny.
– Obecnie modlę się, żeby Bóg ‘uwiódł’ mnie i żebym Jego pragnął. I żebym z całego serca pragnął pełnić Jego Wolę. Żebym Go kochał jak tylko potrafię. Żeby był moim Najdroższym Przyjacielem.
Modlę się jednocześnie o to, żeby w tym samym czasie i Tę, którą mi przeznaczył, tak samo ‘uwiódł’ swoją Miłością. Wtedy, jak się spotkamy, będziemy potrafili się kochać zdrowo. I wszystko będzie na miejscu: na swoim miejscu. Bo On będzie na pierwszym miejscu – i tyle. Po prostu chodzi o to, żeby przy całej wspaniałej i zdrowej fascynacji drugą osobą, nie zrobić z niej ‘bożka’. Wiem, że to strasznie podniośle i ‘świątobliwie’ brzmi, ale tego właśnie chcę ...
Pozdrawiam w Panu i dziękuję za wszystko ... – Uśmiechający się do Księdza – Mateusz”.

(13 kB)
Objaśnienie

A oto fragmenty z jego kolejnego emaila:

[Marzec 2010]. „... Kłaniam się z pozdrowieniami z [B.: zagranica]. ... Zajęć u mnie co nie miara i ciężko się wyrobić. Wciąż robota z tłumaczeniem, tłumaczeniem; praca z programem [ x-y ], a raczej uczenie się pracy z tym ‘cackiem’. Poza tym ... zabieganie o to, żeby książkę, którą obecnie tłumaczę, chciało wydać jakieś wydawnictwo w Polsce. ... No ale najgorsze jeszcze przede mną. ... – Książka ciekawa... (propozycje oszczędnościowe dla gospodarki, sprawdzone przez jej autora).
– U mnie ten rok bardzo gęsty się szykuje. Do końca marca jestem w B. Później wracam, będą powoli praktyki, kończę ostatni semestr drugich studiów. Jeśli Bóg pobłogosławi i przejdę drugi etap eliminacji do stypendium ..., to w wakacje będę w F. pracował nad mą drugą magisterką. Wrzesień-październik: praktyka .., szlifowanie magisterki, może prace korektorskie tłumaczenia. ... Piąty rok studiów chcę robić już eksternistycznie: trzeba czym prędzej brać się za pracę: dość już tego studiowania! Być może zdarzy mi się jeszcze jakiś staż ...: priorytet to oddanie magisterki i początek budowania podstaw materialnych pod przyszłe życie. Tak że roboty jest trochę przede mną i trzeba działać!
– A jak sprawy u Księdza się miewają? Jeśli chodzi o prowadzone rekolekcje [rekolekcje w trudnej parafii, po ludzku mówiąc mało owocne] – to zdaję sobie sprawę, ze zdarzają się i takie trudne parafie, że ręce opadają. Ale i tam Pan Bóg posyła i trzeba iść głosić, a głoszenie tam to niełatwa sztuka! Nie ma się jednak co martwić, bo siewca rzucił ziarno i sam może nie wie, gdzie ono spadło. A jak Duch Święty będzie działał – a na pewno będzie działał, to i te ziarna, które miały zaowocować, zaowocują. Uważam, że tam gdzie się człowiekowi wydaje, że coś jest niemożliwe, tam prędzej czy później i tak Bóg zwycięży.
– A propos ‘zdań’ rekolekcyjnych – mam takie doświadczenie, że czasem z rekolekcji zostają gdzieś w duszy człowieka jedno, czy dwa najważniejsze zdania. Czasami w pamięci zostaje tylko postawa księdza podczas Mszy, szczególnie sposób, w jaki trzyma Hostię podczas Przeistoczenia, albo i proste słowa modlitwy podczas Adoracji. I to jest niejednokrotnie impulsem do zwrócenia się do Boga nawet wiele lat po takich rekolekcjach. Czasem chodzi o jedno zdanie usłyszane przed laty w Spowiedzi. Czasami jest to prosta zachęta do tego, żeby przyjść do kościoła i stanąć-klęknąć-usiąść przed Tabernakulum i powiedzieć Jezusowi: ‘Oto ja: taki jaki jestem. I mimo, że właśnie taki jestem, przyszedłem do Ciebie. Bo Ty jesteś Bogiem – i chciałbym, żebyśmy do siebie należeli na wieki. Chcę być Twój’.
– Wspaniałą ‘robotę’ dla Chrystusa robi w B. Polska Misja Katolicka... Miejscowy kler nie może się nadziwić pełnymi kościołami. Ale nie o to chodzi! Bo jasne, że fajnie mieć dużo ludzi w kościele, lecz nie ilość się liczy, tylko jakość. Mam jednak wrażenie, że ludzie, a przynajmniej większość z nich – nie przychodzi tylko z przyzwyczajenia, lecz z prawdziwej potrzeby, bo i w tygodniu jest wiele ludzi w kościele i na czwartkową Adorację też sporo zostaje. Może tak jest i dlatego, że na emigracji człowiek bardziej skory do Boga lgnie...?
– A sprawa choroby – i Namaszczenia! ... – No, Namaszczenie to w końcu Sakrament nie od parady, tylko realny dar Boga. Szkoda, że większość ludzi uważa, że to tylko dla konających i że ... nie przyjmują tego Sakramentu np. przed operacjami czy poważniejszymi zabiegami. Ja sam dzięki korespondencji z Księdzem będę miał na uwadze ten jakże ważny Sakrament także w tych wypadkach, jeśli będzie trzeba.
Zapewniam o modlitwie i sam o nią proszę. Z serdecznymi pozdrowieniami w Chrystusie z B. – nie tak znowu bezbożnego jakby się mogło wydawać! – Mateusz”.

Ukazane tu fragmenty z dwóch emailów pozwalają urobić sobie zdanie o wewnętrznej sylwetce tego młodzieńca. Wykorzystuje on podarowany sobie ‘czas’ i pracowicie wykorzystane stypendia – maksymalnie dobrze, nie marnując grosza na ‘zaliczanie’ samej w sobie ‘zagranicy’, ani nadarzających się ponętnych okazji, lecz – jak to odpowiedzialnie określa, wykorzystując dane mu możliwości w perspektywie ‘budowania podstaw materialnych pod przyszłe życie’.

W parze jednak z podejmowanymi wysiłkami dla zdobycia wiedzy, która by później mogła owocować zdobyciem pracy jako źródła utrzymania rodziny, młodzieniec ten czujnie rozwija swe życie duchowe. Skąd on to ma? Kto go do tego nakłonił? ... Można podziwiać jego systematycznie umacnianą więź z Chrystusem i regularne korzystanie z sakramentów świętych. Zdumiewa spontaniczne zwierzenie się o swej otwartości i zauroczeniu Chrystusem. Oraz że modli się o podobne cechy dla dziewczyny, którą pragnąłby poślubić, ufając że Bóg równolegle przygotowuje mu taką właśnie przyszłą małżonkę, która podobnie jak on – pozwoli się ‘uwieść Chrystusowi’. Warto temu fragmentowi jego emaila przyjrzeć się jeszcze raz:

„... Obecnie modlę się, żeby Bóg ‘uwiódł’ mnie i żebym Jego pragnął. I żebym z całego serca pragnął pełnić Jego Wolę. Żebym Go kochał jak tylko potrafię. Żeby był moim Najdroższym Przyjacielem.
– Modlę się jednocześnie o to, żeby w tym samym czasie i Tę, którą mi przeznaczył, tak samo ‘uwiódł’ swoją Miłością.
– Wtedy, jak się spotkamy, będziemy potrafili się kochać zdrowo. I wszystko będzie na miejscu: na swoim miejscu. Bo On będzie na pierwszym miejscu – i tyle.
– Po prostu chodzi o to, żeby przy całej wspaniałej i zdrowej fascynacji drugą osobą, nie zrobić z niej ‘bożka’. Wiem, że to strasznie podniośle i ‘świątobliwie’ brzmi, ale tego właśnie chcę .... ...”.

Po przeczytaniu przytoczonych fragmentów z korespondencji emailowej Mateusza wyraziła się pewna dziewczyna o nim zwięźle: „Co do Mateusza, to jest on wartościowym mężczyzną. Ma poukładane w głowie. Na pewno wybierze dobrą żonę ...”.

I jeszcze parę zdań z późniejszego emaila ‘Mateusza’, w przeszło rok po dopiero co przytoczonych fragmentach jego korespondencji:

[Listopad 2011] „... U mnie dużo się zdarzyło. W końcu zostałem po raz drugi magistrem... Jednoczesne kończenie magisterki i praca naraz były trudnym wyzwaniem i czuję jeszcze, że trochę przeforsowałem siły. ... No ale wszystko wraca już powoli do normy. Chwała Bogu i dzięki ludziom za modlitwy w tej intencji...
– Poza tym na bieżąco wysiłek modlitewny: od jedenastu miesięcy odmawiam „15 Modlitw św.Brygidy: Tajemnice Szczęścia”. Modlitwa trudna, bo nie sposób ją ‘wyklepać’: w końcu to rozważanie Męki Jezusa. Czasami trudno o skupienie. Świat pracy i życie pędzi strasznie, ale staram się temu nie poddawać. Kosztuje to nieraz dużo czasu, ale warto. Proszę o modlitwę, żebym wytrwał do 14-go i żeby moja modlitwa ‘smakowała’ Bogu. W dniu 14 grudnia będzie to rok odmawiania tych rozważań. Zbiega się o to z moimi urodzinami. Obiecałem MU odmawiać tę modlitwę przez rok. Obecnie jestem w trakcie 5-tygodniowych rekolekcji (spotkania co tydzień i medytacje Ewangelii na każdy dzień). Proszę o modlitwę i stokrotny plon tych wysiłków duchowych. Później planuje poznać lepiej Ewangelie i modlić się Pismem Świętym.
– ... Co do nauk O.Knotza... potrzebowałbym czasu, żeby się w to wgryźć. Bo uczciwie powiem, że nie do końca pojmuje Księdza zastrzeżenia.
[zob. recenzję książki O.Knotza: „Seks którego nie znacie...” piszącego tu autora, dostępnej z niniejszej strony (zob. Prywatne zdanie o kolejnej książce O.Knotz’a ].
– Dla mnie w obecnej sytuacji życiowej jako nie-małżonka najważniejsze jest spotkać Boga i poznać Jego wolę, a potem ją wypełnić i z tego czerpać siłę i odniesienia do innych dziedzin życia, w tym i do seksualności. Nie ukrywam, że wymagam od Kościoła, aby wypowiadał się w tych kwestiach jasno i jednoznacznie. A zdaje się na razie tak nie jest, więc będę się o to modlił. Ja nie jestem od tego rodzaju wysiłku intelektualnego, bo nie jestem teologiem.
Problemem dla mnie jest znalezienie sensownej kobiety, z którą mógłbym stworzyć zdrową rodzinę. Strasznie mało takich dzisiaj. Ale ufam, że Bóg postawi taką w odpowiednim czasie na mojej drodze.
Tymczasem podejmuję starania w kierunku polepszenia sytuacji materialnej, żeby stać było ... na mieszkanie, bo rodzina gdzieś musi mieszkać.
... Ufam że Prawda zwycięży. Prawda, którą niezależnie od wszystkiego ma tylko Bóg, a my musimy jej szukać – najlepiej będąc blisko Niego. Bo skoro całą prawdę ma Bóg, to tylko temu, kto blisko jest Niego może On chcieć zdradzić swoje Tajemnice.
Modlę się o realną bliską relację z Bogiem dla każdego księdza. Wtedy nie będzie znaczących różnic doktrynalnych. Niech Bóg rozpromieni nad Księdzem swoje Oblicze. Pozdrawiam w Panu.

UWAGA-wyjaśnienie do słów Mateusza o Bogu-Prawdzie – fragment odpowiedzi księdza do Mateusza:
„Bóg – nie ‘ma’ prawdy, ale Prawdą – JEST, jako Prawda-OSOBA (zob. J 14,6; 17,17). W znaczeniu biblijnym ‘Prawda’ [hebr.: hémet; ten sam rdzeń słowny leży u podstaw dodawanego na końcu modlitwy słowa: ‘Amen’], to: Boża WIERNOŚĆ raz człowiekowi (swemu żywemu Obrazowi) zaproponowanemu Przymierzu Komunii Życia-Miłości z sobą. W imię tej PRAWDY-Wierności – Chrystus przyszedł na świat, odkupił go i czeka na nas w Domu Ojca. Oczywiście: jeśli Dar Odkupienia przyjąć ... zechcemy”
.


Do przytoczonej korespondencji księdza z Mateuszem można by dopowiedzieć: gdy kiedyś mężem i ojcem w domu będzie taki człowiek – wraz z podobnie myślącą żoną, rodzina ich i dom mogą stać się oazą rzeczywistego ‘Kościoła Domowego’ : swoistym ‘Kościołem-w-miniaturze’. Tym Pierwszym będzie tam na pewno Bóg – Stworzyciel i Odkupiciel, wraz z całą ukochaną przez wszystkich Rodziną Świętą.
– Nie będzie tam brakowało pogody serca, które będzie promieniowało na stałe łaską uświęcającą. Nie ujmie to w niczym szczęścia i radości małżeńskiej i rodzinnej. Również wtedy, gdy rodzina ta będzie nawiedzana trudnymi przeżyciami. Przecież nie wypada, by uczeń Chrystusa miał przeżywać same tylko sukcesy życiowe, podczas gdy jego Mistrz i Pan – stał się „okupem za życie wielu” (Mt 20,28) i zakończył ... wśród tortur na Krzyżu. Z tym jednak, że Jezus przyjmował i przeżywał zadawane Mu tortury jako „okup za wielu” (Mt 21,28; Mk 10,45) – z pełnią miłości: „... Obecne żyje moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie ...” (Ga 2,20).

(3.5 kB)

3. Małżeństwo dla uwolnienia się od atmosfery domu rodzinnego

(2.8 kB)

Ludzie starsi, którzy w miarę przybywających lat zdolni są do coraz głębszej i perspektywicznej refleksji nad życiem własnym i toczącymi się wydarzeniami, mogliby wymienić z łatwością pospolicie zdarzające się motywacje, jakimi zdaje się kierować wielu młodych przy podejmowaniu decyzji na ślub.

Ponownie stwierdzamy, że nie zamierzamy zagłębiać się w to zagadnienie w sposób profesjonalny. Chcielibyśmy jedynie uprzytomnić sobie ten czy ów aspekt rzeczywistości ludzi młodych czy nawet już rzeczywistych małżeństw, który stał się motywem wiodącym w zdążaniu do związania się z kimś ślubem małżeństwa.

Również ta sprawa była już przedmiotem poprzednich rozważań naszej strony (zob. np. cz.VI, rozdz. 1, ad ‘E’: Decyzja trwania w czystości).

(2.2 kB)

Klimat piekła-w-domu

Dla wielu młodych ludzi związanie się z ukochaną osobą: narzeczonego, czy narzeczonej – zdaje się być zasadniczym sposobem do wyrwania się z dotychczasowego własnego środowiska rodzinnego. Tam bowiem panuje chłód uczuciowy, kłótnie, przekleństwo na co dzień, pijatyka, a może i rękoczyny pomiędzy rodzicami. Klimat wewnętrzny takiej rodziny, z którą dzieci związane są więzami krwi i uczucia, staje się z dnia na dzień trudniejszy do zniesienia. Rodzice są zajęci niemal wyłącznie własnymi utarczkami.
– Nikt tu nie potrafi mówić spokojnie. W domu rozlega się jeden krzyk, rodzice wzajemnie się upokarzają i nie mają wstydu z powodu własnego gorszącego zachowania zarówno wobec własnych dzieci, jak i sąsiedztwa, ani nawet całkiem obcych ludzi.
– Czy się dziwić, że dorastający chłopiec czy dziewczyna tęsknie wyczekują pierwszej lepszej sposobności, by wyrwać się z przekleństwa domu rodzinnego i zaznać wymarzonego poczucia akceptacji i nie doświadczanej dotąd miłości w objęciach kogoś, kto zdaje się okazywać zrozumienie, czułość i opiekuńczość?

Zdarza się zapewne, że związanie się w takich okolicznościach więzami przyjaźni, która z biegiem tygodni-miesięcy przekształci się w narzeczeństwo, zaowocuje szczęśliwym małżeństwem. Niemniej sam w sobie motyw: wyrwania się za wszelką cenę z klimatu domowego piekła-na-co-dzień, jaki dzieciom stwarzają tacy rodzice, nie może stać się podstawą do związania się z pierwszym lepszym partnerem więzią przymierza małżeńskiego. Małżeństwo jest instytucją poważną – i szansą jednorazową. Jeśli wybór nie będzie osadzony w perspektywie spraw ostatecznych: „... i że cię nie opuszczę aż do śmierci ...”, początkowo różowo się zapowiadający związek może okazać się za niedługo jednym wielkim złudzeniem – ku nieutulonemu rozczarowaniu i bólowi obojga partnerów, a zwłaszcza jednej ze stron.

Niestety dążność do wyrwania się za wszelką cenę z przekleństwa domu rodzinnego bywa tak silna, że czy to chłopiec, czy dziewczyna – przez dłuższy czas łudzą się w swym zauroczeniu napotkanym partnerem, iż doznawana czułość, miłe słowa i okazywana na coraz inne sposoby ‘miłość’ mają pełne pokrycie w sercu i woli. Nietrudno wtedy o sytuację, że ci dwoje pobiorą się – mniej lub więcej pochopnie, nierzadko niemal wymuszając na rodzicach zgodę na ich związek. Albo też zawrą związek wbrew stanowczemu odradzaniu i sprzeciwowi ze strony rodziców.

Rodzice zaś, którzy być może sami żyją w sposób niegodny małżeństwa, rodziny, ludzi i Boga, mogą ocknąć się w pewnej chwili ze swej własnej niegodności, przewidując resztką sponiewieranego przez siebie swego charyzmatu jako rodziców, iż wymuszona na nich zgoda na związek dziecka może skończyć się niebawem jego klęską, jak klęską stało się ich własne małżeństwo.

Ludzie młodzi jednak bardzo nie lubią, by ktokolwiek sprzeciwił się dokonanemu przez nich samych wyborowi i ośmielił się mieć odmienne od nich zdanie. W iluż wypadkach będą potem musieli ponosić skutki swej złej decyzji w totalnym osamotnieniu, gdy związek ten z własnego nierozsądku ulegnie całkowitemu rozpadowi. A stanie się to w sytuacji, gdy sami sobie wytrącili jakikolwiek argument na swą ... niestety spóźnioną refleksję, skoro działali na przekór wszelkim przestrogom ze strony najbliższych.

(2.2 kB)

Ucieczka z domu z powodu pijaństwa

Motywem do wyrwania się z domu o nieco odrębnym, samoistnym zabarwieniu, jest panujący w domu na co dzień alkohol i nie kończąca się pijatyka. Gorzej, gdy w systematyczne picie i upijanie się wciągnięty jest nie tylko ojciec, ale i matka: kobieta. Dzieje się to zwykle wśród pijackiego rozkrzyczenia i w dymie stosami spalanych papierosów, a nierzadko schadzek z kolegami-koleżankami: ‘kumplami’.

Problematyce alkoholu, a z kolei palenia papierosów, nierzadko sięgania ponadto po używki, poświęciliśmy poprzednio końcowy rozdział części III (zob. wyż.:  Kochamy się! Ale palę-piję-stosuję). Warto spojrzeć jeszcze raz na przedstawione tam biologiczne i wielorakie inne skutki, jakie wywiera na coraz innym ‘poziomie’ człowieczeństwa alkohol (etylowy), a swoją drogą substancje toksyczne i promieniotwórcze zawarte w dymie tytoniowym. Skutki te wyrażą się nieodwołalnie na życiu potomstwa – czy to w najbliższym pokoleniu, czy też w pokoleniach dopiero dalszych.

a) Niezależnie od tego, na przypomnianym miejscu naszej strony zamieszczone są fragmenty wieloletniej korespondencji piszącego tu autora z matką pewnej rodziny, której mąż – jak się okazało, systematycznie realizował w małżeństwie jeden założony sobie cel: przeciągającego się na dziesiątki lat psychicznego i fizycznego katowania swej żony.

Może przemówi jeszcze raz słowo jednego z jej listów, w którym matka ta podsumowała całe swoje dotychczasowe życia w małżeństwie z tym człowiekiem-mężem (zob. wyż.:  Z korespondencji p. Basi):

„... Oj, nie wesoły ten list, który ma być już świąteczny (na Wielkanoc). Nie będzie Spowiedzi św., nie będzie nawrócenia. Całe szczęście, że (mąż) ma zamiar jechać do swej matki na Święta.
... ‘Ślubuję ci miłość...?’ – Mógł to powiedzieć: ‘Ślubuję ci, że ci na każdy dzień zadam cierpienie, abyś mnie popamiętała’ – bo to drugie wypełniło się co do joty od samego początku. Ale on się czuje dobry, niewinny ...
– Bogu niech będą dzięki i za ten maleńki krzyżyk ...” (marzec 1989).


b) A oto przykład dziewczyny, obecnie matki dużej rodziny. Wyszła za mąż kierując się takim właśnie motywem: ucieczki od nieznośnej atmosfery w domu z powodu taty-okrutnika-pijaka. Nie mogła już wytrzymać w domu rodzinnym, gdzie ich było łącznie dwanaścioro dzieci. Ojciec był wiecznie pijany i okrutny dla swej małżonki oraz ich dzieci.
– Przytoczymy jedno z wyznań z wieloletniej korespondencji z tą matki – dajmy jej na imię Krysia:

„... Trochę życiorysu... – Moja Mama urodziła nas 11 dzieci, ja byłam 10-ta. Trójka rodzeństwa zmarła: mamy więc troje orędowników w niebie. Przeżyło nas 8 dzieci. Ponadto wzrastaliśmy przy czwórce starszego rodzeństwa mojego ojca z jego pierwszego małżeństwa, czyli było nas razem dwanaścioro.
– Przykro mi o tym pisać, ale dzieciństwo upłynęło mi w wielkim smutku i cierpieniach. Mój śp. Tata był alkoholikiem. Choroba ta uczyniła go człowiekiem brutalnym i bezwzględnym, zwłaszcza wobec mojej Mamy i starszego rodzeństwa. Dwukrotnie w mojej obecności Mama została przez niego prawie śmiertelnie pobita. Cudem przeżyła. Rodzeństwo też bardzo cierpiało fizycznie i psychicznie (zwykle niezasłużenie).
– ... Bieda w domu, głód, zimno, ucieczki nocne z domu ze strachu i wiele bolesnych, raniących, bardzo wulgarnych słów. Ale nie zapomnę kolan mojej Mamy, na których siedziałam w czasie tych długich nocnych godzin (wszystko to działo się przeważnie w nocy). Tata mnie dość lubił jako małe dziecko, więc Mama trzymając mnie czuła się bezpiecznie (wtedy jej nie bił) ...” (marzec 2003).

Czy się dziwić, że w miarę jak p. Krystyna dorastała, marzyła o jednym: jak wydostać się z tego domu-piekła i zaznać chociaż odrobinę czułości w ramionach kogoś, kogo pokocha, i kto by z kolei ją obdarzał czułością i opiekuńczością? Po kolejnych latach korespondencji, już jako matka własnej wielodzietnej rodziny, podsumowuje p. Krystyna decyzję swego zamążpójścia w słowach:

„... Ja wyszłam bardzo poraniona z domu alkoholika. I bardzo potrzebowałam nieco czułości i uwagi ...” (maj 2009).

(28 kB)
Objaśnienie

Okazało się jednak jeden raz więcej, że sama taka motywacja: ucieczka od takiego klimatu życia w domu rodzinnym nie wystarczy do związania się z kimś w przymierzu małżeńskim. P. Krystyna zawiodła się srodze na chłopcu, któremu w swej pierwszej dziewczęcej ‘miłości’ szczerze zaufała – dajmy mu na imię ‘Bronek’. On bowiem, okazując Krysi opiekuńczość, której ona była tak żywiołowo spragniona, podejmował to ze stałą myślą o innej dziewczynie, którą raz z daleka zobaczył i jej już więcej nie spotkał. Krystyna o tym przez szereg lat nie wiedziała.
– Ta ‘inna’ dziewczyna zawładnęła odtąd całym światem jego myśli i wyobraźni. Napotkana w obecnie ‘Krystyna’ stała się w jego myśleniu i uczuciu jedynie ‘atrapą’ owej ‘innej’ dziewczyny, do której przylgnęło całe jego serce.

Małżeństwo Krystyny przerodziło się w jedną klęskę dla nich obojga – oraz ich dzieci. Ów początkowo zdawałoby się idealny chłopiec okazał się z biegiem miesięcy i lat krańcowo niedojrzały: ani do roli męża, ani tym bardziej ojca. Życie na co dzień okazywało, że nie ma on zamiaru angażować się w jakąkolwiek odpowiedzialność. Coraz bardziej jaskrawe uświadomienie sobie tego faktu i konsekwentnie utrwalająca się ruina wychowawcza przez całkowite nie-bycie dla małżeństwa i rodziny ze strony ojca stało się – po etapie przerażających przeżyć z dzieciństwa, drugim etapem bólów bólu dla tej mężatki oraz źródłem jej duchowego męczeństwa.

Mianowicie ta jedna klęska: małżeństwo Krystyny z jej ‘mężem’, stanęła u źródeł klęski drugiej: religijnego spustoszenia w sercach dzieci. Do świadomości dorastających dzieci zaczęło docierać z coraz większą oczywistością, że ojca i matki nie łączy zupełnie nic. Przebywając w tym samym domu rodzinnym, dzieci nie doświadczały domu jako rodziny. Fizyczna obecność ojca po godzinach pracy ujawniała się w formie jego pobytu w domu jedynie jako obcego człowieka w ‘hotelu’. On nigdy się nie angażował w pracę wychowawczą. Nigdy go nie było przy chorym dziecku. Nic go nie obchodziło, że żona codziennie samotnie po parę kilometrów wychodziła do pracy i wracała piechotą po ciemku, gdy kobiecie samej strach się pokazywać w pustkowiu. Mąż jako ojciec nigdy nie angażował się w organizowanie jakiejkolwiek chwili wspólnoty rodzinnej, ferii, czy wspólnej wycieczki z dziećmi itp.
– Ten sam zaś człowiek marzył dzień w dzień długimi godzinami o owej raz widzianej dziewczynie sprzed ślubu i potrafił dniami i nocami wyszukiwać ją na stronach internetowych. Nie małżeństwo ani rodzina, lecz ona jedna wypełniała całe jego serce, wszystkie myśli, marzenia i poczyniania.

Całkowite zerwanie dorastających dzieci tej rodziny z Bogiem mimo żywotnego związania matki z Chrystusem i Maryją na co dzień – stało się wypadkową tego, czego dzieciom dane było doświadczać w bezsłownej obserwacji i przekazie ... anty-miłości, jaką cechowały się odniesienia ojca do matki oraz do nich jako i jego dzieci. Więź między rodzicami wiodła ku wizji utrwalającej się fikcji małżeństwa ojca i matki. Stawała się konsekwentnie jednym ciągiem anty-uwidzialnienia Miłości Boga do człowieka. Małżeństwo rodziców stało się dla dzieci zaprzeczeniem zamysłu, jaki Bóg ofiaruje człowiekowi, gdy powołuje mężczyznę i kobietę do związania się w dozgonnym przymierzu sakramentu małżeństwa. Widok więzi matki i ojca winien był być widokiem komunii dwojga osób złączonych z dnia na dzień pełniej się rozwijającą i umacniającą więzią miłości i życia na wszystkich poziomach ich człowieczeństwa. Tak to wyraził w perspektywicznych słowach Jan Paweł II:

„Dar Ducha jest życiowym przykazaniem dla małżonków chrześcijańskich, a zarazem podnietą, by z każdym dniem zmierzali ku coraz głębszej więzi pomiędzy sobą na każdym poziomie: na poziomie związku ciał, charakterów, serc, umysłów i dążeń, związku dusz, ukazując w ten sposób Kościołowi i światu nową komunię miłości jako dar łaski Chrystusowej” (FC 19).

Przeżywanie komunii osób, jaka wiąże ojca i matkę, winno stawać się dla dzieci, dla Kościoła i całego kosmosu swoistym ‘pasem transmisyjnym’, który przybliża zarówno samej owej rodzinie, jak i całemu światu tajemnicę Bożej Komunii Trzech Osób w łonie tego samego Bóstwa – w udzielaniu się Trójjedynego mężczyźnie i kobiecie jako żywemu Obrazowi Boga, stworzeniu Bożego wybrania i umiłowania w ich ‘dwoje-jednym-ciałem’ wobec kosmosu. Tego zaś dzieciom tej rodziny zdecydowanie i ku bólowi ich samych oraz Boga całkowicie zabrakło.
– Oto jedna z dróg przekreślania swego związku jako rzeczywistego małżeństwa-sakramentu, a w dalszej konsekwencji komunii rodziny całej – w jej Bożym wezwaniu, by stawać się coraz dojrzalej „Kościołem Domowym”: Kościołem-w-miniaturze – przekazicielem dóbr Odkupienia w warunkach małżeństwa-rodziny.


c) W iluż innych wypadkach dzieje się podobnie czy to u dziewczyn, czy chłopców! Można by tu przypomnieć wspomnianą w III części naszej strony historię dwojga zakochanych, którym daliśmy imiona Jola-Jaś. Oto fragment z 3-go listu p. Jolanty (zob. wyż:  Głos sumienia – tamże, z listu nr 3: listopad 1992):

„... Jasia znam bardzo dobrze, wiem o nim prawie wszystko i wiem na pewno, że jest to dobry chłopak, ale i on nie miał łatwego dzieciństwa. – Jego mama pochodzi z takiej rodziny, w której życie codzienne rozpoczynało się od alkoholu. Natomiast ojciec to już zupełnie inny człowiek. To tylko on wychował Jasia na dobrego chłopca. Jasiu często płakał przede mną z powodu matki. Chociażby w ostatnią sobotę: byliśmy na prywatce Andrzejkowej u kolegi i w pewnej chwili wyszliśmy na dwór, aby na chwilę być tylko ze sobą ... Usiedliśmy na jakiejś ławce i płakaliśmy oboje, bo Jasiu powiedział, że ‘... mama dzisiaj znów pijana, już nie wiem, co mam robić’. Powiedział, że tylko moja miłość do niego, a jego do mnie, podtrzymuje go na duchu. Tylko dla mnie wie, że jest potrzebny ...”.

Słyszymy być może pełni zdumienia i trudno nam uwierzyć, co ten chłopiec mówi o swojej ... matce: „... Mama dzisiaj znów pijana; już nie wiem, co mam robić ...”. Słowa syna o swojej ... matce! Świadectwo o kobiecie, która dla tego chłopca jest ... matką! Słowa przerażające, druzgoczące!

Norma moralna jest jednakowa dla mężczyzn i kobiet. Ale: gdy kobieta, w dodatku matka – stoczy się w alkoholizm, ręce opadają. Obserwacja życia każe niejednokrotnie stwierdzić, że u mężczyzny w upadku przemówią jeszcze prędzej resztki rozumu. Może się ocknie i rozpocznie swój oczekiwany przez wszystkich odwrót od zła, w jakie się pogrążył. Chwila ta może być równoznaczna z odbiciem się od ... dna upadku.
– Natomiast głęboki upadek moralny kobiety może stać się początkiem jej totalnej klęski: moralnej, a konsekwentnie fizycznej. Będzie brnęła z jednego dna w drugie i staczała się coraz głębiej. Będzie coraz bardziej zatracała poczucie swojej godności jako kobiety; swej godności jako żony i matki.
– Mężczyźni będą się być może na niej wyżywali w najobrzydliwszy sposób i tylko spluwali na widok jej pohańbienia; a ona ... tego w swoim upojeniu i zadurzeniu nawet nie dostrzeże ...!

Czy się dziwić, że dzieci nie będą chciały mieszkać dłużej w takim domu? W miarę jak będą wyrastały z dzieciństwa, będą wypatrywały pierwszej lepszej sposobności, by wyzbyć się dojmującego poczucia zawstydzenia z powodu takich rodziców – w tym wypadku: z powodu takiej ... matki?

Niewątpliwie samo dojmujące poczucie wstydu ‘z powodu takich’ rodziców-pijaków, a konsekwentnie szukanie partnera, który by się stał namiastką wytęsknionego ciepła domu rodzinnego, nie powinno stać się przesądzającym motywem do związania się węzłem małżeńskim. Małżeństwo jest czymś znacznie bardziej godnym. Jest ono w pierwszym rzędzie wezwaniem ze strony Boga pod adresem odpowiedzialności dwojga osób, by wiążąca ich więź uczuciowa stała się rzeczywistością niezależną od jedynie drugorzędnych aspektów, które zadecydowały o wzajemnym polubieniu się i woli stania się trwałym przymierzem miłości i życia.

Związek ten staje się rzeczywistością małżeństwa jako sakramentu dopiero z chwilą, gdy sam Stworzyciel i Odkupiciel przyjmie zgodę tych dwojga, pobłogosławi ją i wręczy im obojgu w tejże chwili misję stanowienia małżeństwa-sakramentu – i konsekwentnie: rodziny.

A przecież mimo takiego przekonania, żywego również w ‘wyczuciu wiary’ młodych ludzi, nie tak trudno dochodzi do pochopnego pobrania się, gdy atmosfera dalszego przebywania w domu rodzinnym z rodzicami-pijakami staje się z dnia na dzień coraz bardziej nieznośna.


d) I jeszcze jedno wyznanie, znowu młodzieńca – dajmy mu na imię: Zbigniew. Znajduje się on na etapie kończących się już studiów, a równolegle rozglądania się za dziewczyną pod kątem małżeństwa. W jego domu rodzinnym – nieodłącznym napojem ‘do wszystkiego’ dla jego matki i ojca jest wódka i piwo. Bez tych płynów życie ich byłoby niewyobrażalne. Dochodzi dym papierosów, tzn. nie tylko ‘dym’, lecz nieprzeniknione kłęby dymu, poprzez które biesiadników trudno rozróżnić.

Szczególnie właśnie ten dym tytoniowy wywołuje u studenta trudny do zniesienia, nieustanny ból głowy. Uniemożliwia mu to praktycznie kontynuowanie studiów w domu rodzinnym. Jak jednak łatwo przewidzieć – do rodziców, ‘zawodowych’ palaczy i pijaków, tego rodzaju argumenty, jak ból głowy własnego dziecka z powodu papierosów i obłoków dymu tytoniowego w żadnym wypadku nie przemawiają. Przebywanie w domu – to wdychanie nie kończących się chmur dymu tytoniowego, który uniemożliwia normalne oddychanie.

Sytuację Zbyszka kreśli na swój sposób jego dziewczyna – nazwijmy ją Anna:

[Wrzesień 2008 r.] „Remont w domu Zbyszka posuwa się powoli, Zbyszek jest bardzo osłabiony. Myślę, że to przez sytuację w domu. Zabija go dym papierosowy: tam jest aż czarno od tego dymu. No i jego ojciec wpadł ponownie w cug alkoholowy. Zbyszek w tym tygodniu zabierał swego Tatę rozwalonego na schodach klatki schodowej, w której mieszkają, bo tam sobie spał. A w minionym tygodniu złapała go policja, jak jechał na rowerze podchmielony (szkoda, że nie stało się to nieco później, jak on już był mocno schlany ...).
– Zbysiu chciał porozmawiać z bratem i matką, by ojca skierować na przymusowe leczenie odwykowe. Niestety natrafił z ich strony na stanowczy sprzeciw. Argumentowali, że tym samym chce rzekomo źle zrobić matce, bo on – Zbysiu, będzie u mnie mieszkał [= po ewentualnym ślubie], a jak ojciec wyjdzie, to matka sama z nim nie wytrzyma, bo będzie się mścił. Sam zaś brat ma to wszystko w ‘nosie’, a z kolei sam nie chce się do czegokolwiek przyłożyć. Najlepiej wobec tego niczego nie ruszać, bo: ‘co powiedzą ludzie!’? A ‘ludzie’ i tak wszystko widzą. A poza tym: jak to zgłosi na policji, to oni to zaraz odwołają tłumacząc, że ‘nie jest aż tak źle’. Gdy nie ma żadnych zgłoszeń, poważnych zakłóceń spokoju, wielkich awantur i bójek – to według prawa polskiego ‘nie ma sprawy’ ...
– Zbyszek ma poprawkę nie zaliczonego egzaminu, a nie ma jak się uczyć. ...
Przeżywa on bardzo dramat w domu. Do tego stopnia, że przyznał mi się, iż nigdy nie pomoże ojcu – i nienawidzi go. To jest straszne uczucie”.

[19 września 2008]. „... Bóle głowy są dla Zbyszka czasami tak silne, iż ma wrażenie, jakby mu głowę rozsadzało od środka. Mówi, że od paru lat nie wie już, co to znaczy: nie mieć bólów głowy. Już nawet do tego się przyzwyczaił. Martwię się o niego. A lekarze do tej pory go zbywali. Może wreszcie się nim zainteresują ...”

Czy się dziwić, że chłopiec czeka w tej sytuacji na pierwszą lepszą okazję, by z takiego domu rodzicielskiego wyrwać się i znaleźć ukojenie w swojej codziennej udręce w objęciach kogoś, kto zdaje się go rozumieć i okazywać mu odrobinę ‘serca’?

Czy zaś wybór – w tym wypadku dziewczyny pod kątem ewentualnego małżeństwa – będzie wtedy słuszny, okaże się zwykle dopiero za jakiś czas. Będzie to zależało w sposób istotny od tego, do czego w końcu zdąża zarówno on, jak i ona. Przez początkowy czas może nie być pewne, czy oboje zmierzają do związania się więzią komunii osób w planowanym dozgonnym przymierzu miłości i życia. Chęć wyrwania się z klimatu ‘piekła-w-domu’ może działać tak dalece determinująco na całokształt myślenia – w tym wypadku chłopca, iż chwyta w lot mniej lub więcej przypadkowo ‘nadarzającą się’ dziewczynę jako przede wszystkim kobietę-do-przytulenia – i niewiele ponadto. Nie zastanawia się natomiast nad tym, czy zarówno on, jak i ona – spełniają nieodzowne wymogi do związania się dozgonnym węzłem małżeństwa.

Nie jest też zrazu wcale pewne, czy ci dwoje uświadamiają sobie i decydują się na małżeństwo jako prawdziwie sakrament małżeństwa, a nie tylko przytulne bycie-z-sobą i dla-siebie. Innego zaś ‘małżeństwa’ nie ma. Nie jest ono i nie stanie się własnością kogokolwiek. Ci dwoje staną się też jedynie ustanowionymi przez Stworzyciela i Odkupiciela ‘zarządcami’ podarowanej im płciowości oraz zawierzonego im obojgu – zawartego przez siebie małżeństwa-sakramentu.

(3.5 kB)

4. Młodzieńczość: uprzywilejowany okres projektowania życia

(2.8 kB)

Kształtowanie wnętrza wsłuchanego w głos Ducha Świętego

O małżeństwie zaczynają myśleć przede wszystkim ludzie młodzi: młodzieńcy, dziewczęta, gdy dobiega końca okres ich dziecięctwa i zdobywania podstawowego wykształcenia. Niejedni muszą się zadowolić podstawowym stopniem wykształcenia. Koniec dotychczasowej edukacji staje się zarazem startem do poszukiwania pracy zarobkowej, która pozwoliłaby uniezależnić się od utrzymania przez rodziców i pomyśleć o założeniu własnej rodziny, a w dalszej perspektywie ... własnego gniazda domowego: własnego domu.

Ci szczęśliwcy, którym sprzyjają warunki rodzinne i wielorakie inne, poszerzają swoje podstawowe kwalifikacje umysłowe na obranym kierunku studiów pomaturalnych. Podejmują wszelkie starania, by studia ukończyć uzyskaniem stopnia ‘magisterskiego’. Dyplom ten pieczętuje podstawowe wyższe wykształcenie. Wtedy dopiero otwiera się czas na podejmowanie poważnych starań o dopełnienie dotychczasowych osiągnięć życiowych poprzez zawarcie związku małżeńskiego. Małżeństwo staje się zwyczajną drogą do spełnienia sensu swego życia – poprzez otwierającą się możność przekazania miłości i życia zarówno tym najbliższym, jak w dalszej perspektywie „... z pokolenia na pokolenie”.

Równolegle z procesem wzbogacania wiedzy umysłowej przebiega w tym czasie jedyny w swoim rodzaju, opatrznościowy inny – młodemu człowiekowi przez Boga podarowany ‘czas’. Jest nim okres młodzieńczości jako ‘czasu’ szczególnie świadomie podejmowanej pracy nad kształtem swego wnętrza. Wewnętrzna sylwetka człowieka znajdzie swe natychmiastowe odzwierciedlenie na jego obliczu i w postawie jego zachowań i działań – zarówno zaraz-natychmiast, jak tym bardziej w zachowaniach na przyszłość.

Jeśli zdobywanie wiedzy umysłowej wymaga wewnętrznego zdyscyplinowania i nie-marnowania podarowanego w tym celu ‘czasu’, to tym bardziej wewnętrznego zdyscyplinowania i czujnej otwartości na coraz inne aspekty wielorakiego dobra wymaga praca nad kształtem własnego charakteru. Nic nie przychodzi samo przez się, ani za darmo! Dotyczy to również wypracowania w sobie podstawowych cnót osobistych i społecznych, które by niejako ‘weszły w krew’ jako wypracowane dobre odruchy i stałe ‘przyzwyczajenia’ ku pełnieniu wielorakiego ‘dobra’ zarówno w stosunku do siebie samego, jak i swego otoczenia.

Świadome wypracowanie w sobie odruchów po linii ‘dobra’ stanie się w niedalekiej przyszłości skarbcem, który będzie owocował błogosławieństwem m.in. w planowanym małżeństwie, jeśli chłopiec czy dziewczyna posłyszą Boże powołanie do założenia małżeństwa i rodziny. Zdarza się oczywiście, że młodzieniec czy panna dosłyszą Boży głos wzywający do całkowitego oddania się Bogu w oblubieńczej miłości do Chrystusa, Oblubieńca-z-Krzyża: czy to w życiu kapłańskim, czy zakonnym. Jak bardzo stanie się dla nich błogosławiona podjęta w wieku młodzieńczym świadoma praca nad Bożym kształtowaniem własnego wnętrza zgodnie z sugestiami Ducha Świętego, który stara się rzeźbić ludzkie serce, jeśli ono pozwala Mu mówić do siebie!

Zdajemy sobie sprawę, że nieodzowna do pracy nad swym charakterem jest nie słabnąca czujność na głos, przez który do ludzkiego sumienia przemawia Bóg (zob. do tego np. DeV 43). Jest to głos Ducha Świętego pociągający do czynienia ‘dobra’. Do wspomnianej czujności nawołuje już pierwszy Papież – św. Piotr Apostoł:

„Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć!
Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu ...!” (1 P 5,8n).

Wspomniana czujność jest nieocenionym skarbem, który Bóg darowuje człowiekowi, gdy ten uważnie wsłuchuje się w Jego głos. Jest to jednak skarb kruchy, bo zawierzony wolnej woli poszczególnego człowieka. A ta bywa nierzadko niezwykle chwiejna i ... niewierna raz Bogu czy człowiekowi danemu słowu.

Głos Boga nigdy nie wymusza jakiegokolwiek działania. Bóg natomiast gorąco prosi i proponuje swemu żywemu Obrazowi, by zechciał przyjąć Boże życzenie, które ponad wątpliwość jest aktualnie najlepszym rozwiązaniem wśród licznych innych jeszcze możliwości działania. Człowiek może pójść za tym głosem, a może go też ... zignorować, a nawet wręcz jemu się przeciwstawić.

Dotykamy tu z bliska „tajemnicy bezbożności” (2 Tes 2,7). Ten który jest Zły: Szatan, usiłuje m.in. młodzieńca, dziewczynę – jak najskuteczniej odciągnąć od Tego, który „Jeden jest Dobry” (por. Mk 10,18; zob. DeV 27) i uwieść ich przez zakłamanie dobra, którym jako Osoba-ten-Dobry jest sam tylko Bóg. Uwodzi m.in. w ten sposób, że Boga samego – kreśli w wyobraźni człowieka jako jego najgorszego ‘wroga’. Stąd też przynagla człowieka, żeby się stał przeciwnikiem Boga i wywalczył u Niego ‘należne’ sobie prawa (zob. do tego: DeV 38).

Kto tu wygra: człowiek słuchający przewrotnych podszeptów Złego, czy natchnień subtelnie w głosie sumienia na Boga naprowadzającego Ducha Świętego?
– Jan Paweł II zachęca do zawierzenia Głosowi Boga:

„Te przeciwstawne czynniki czy bieguny [wymiar ontologiczny: ciało-duch; etyczny: dobro-zło moralne; oraz pneumatologiczny: działanie Ducha Świętego = dar Łaski],
to od strony człowieka jego ograniczoność i grzeszność – newralgiczne punkty jego rzeczywistości psychologicznej i etycznej, a od strony Boga – tajemnica daru: owo nieustanne udzielanie się życia Bożego w Duchu Świętym.
– Kto zwycięży? Ten, kto potrafi przyjąć dar” (DeV 55).

(25 kB)
Objaśnienie

Dopóki człowiek obraca się na tym świecie, nie może być w 100% pewny swoich być może już w jakiejś mierze wypracowanych cnót, które będą decydowały o kształcie jego przyszłych odniesień tak do Boga, jak siebie samego oraz najbliższego otoczenia. Praca nad kształtem własnego charakteru pozostanie na zawsze programem do ufnego, a radosnego podejmowania trudu „przerastania siebie samego”, by stawać się coraz piękniej i pełniej tym, czym i kim pragnie nas ‘widzieć’ Trójjedyny. Ten zaś w chwili wywołania nas z nie-istnienia do istnienia zaszczepił w sercu każdego człowieka: mężczyzny i kobiety swój „Obraz i Podobieństwo” (zob. Rdz 1,26n). Stąd też człowiek nigdy nie stanie się ‘sobą’, dopóki nie będzie chciał być podobnym do Boga, mimo iż Zły będzie podejmował wszelkie wysiłki, by człowieka upodobnić do ‘materii-tworzywa’ i w ten sposób jak najskuteczniej zniekształcić człowiecze podobieństwo do Boga.

W obliczu doświadczanej własnej niestałości i nierzadko przykro przeżywanej niewierności wobec podjętych decyzji w aspekcie ludzkiego i Bożego ‘dobra’ pozostaje człowiekowi tym bardziej zachowywać postawę czujności. W parze z ową czujnością trzeba, żeby każdy zachowywał postawę pokornej, ale i ufnej wiary w Bożą pomoc duchową. Równolegle zaś trzeba sobie uświadamiać przestrogę Apostoła Narodów, która tym bardziej uzasadnia potrzebę stałej, wyżej wspomnianej czujności i nie pochopnego potępiania bliźnich:

„Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł.
Pokusa nie nawiedziła was większa od tej, która zwykła nawiedzać ludzi.
Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę,
równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać” (1 Kor 10,12n).

(2.2 kB)

W poszukiwaniu sensu życia

Zdolność podejmowania pracy nad kształtem swego wnętrza, potrzeba wyostrzonej czujności i być może nierzadko osobiście już doświadczane poczucie własnej niestałości wobec poprzednio Bogu i ludziom deklarowanego słowa stawia w tym bardziej jasnym świetle właśnie na etapie młodzieńczości potrzebę wypracowania dobrze umotywowanego własnego projektu życia. Jasno sobie wytyczony cel życia, szczególnie gdy jest podbudowany nie złudnym motywem twórczej miłości-w-prawdzie do Boga i do ludzi, zdolny jest zmobilizować wewnętrzne siły do przezwyciężania nawet trudnych do pokonania – w międzyczasie nabytych złych przyzwyczajeń i zachowań.

Zrozumienie i podbudowanie swej motywacji świadomością „miłości” zakłada jednak zapatrzenie się właśnie na etapie młodzieńczości – w Chrystusa, który jako Bóg-Miłość zstąpił na ziemię, stał się Bogiem-Człowiekiem w jedynej swej Bożej Osobie, i w takim sprzężeniu natury Bożej z naturą człowieczą stał się – kochając – Odkupicielem „za życie świata” (J 6,51).

Warto tu przypomnieć poprzednio już przytoczone charakterystyczne słowa z homilii Jana Pawła II wygłoszonej w 1987 r. w Krakowie do zgromadzonej młodzieży studenckiej (zob. wyż.: Uzdolnienie ku ‘przebiciu się’):

„... To jest nieskończony dar – Eucharystia, Chrystus.
– Jednocześnie jest to dar najgłębiej zobowiązujący ..., przez to on buduje człowieka ..., przez co nam daje siłę przebicia. Bo tak jest skonstruowany człowiek. Człowiek jest mocny, mocny świadomością celów, świadomością zadań, świadomością powinności, a także i świadomością tego, że jest miłowany. Dlatego żebym się mógł przebić, muszę mieć pewność, że jestem miłowany. ...
– Eucharystia to jest przede wszystkim ta świadomość: jestem miłowany, Ja jestem miłowany. Ja, taki jaki jestem.
Każdy w swoim najbardziej indywidualnym człowieczeństwie. Miłuje mnie, ‘umiłował mnie i wydał samego siebie’, jak napisał św. Paweł. Umiłował mnie, Pawła.
A on wiedział, jakie miał długi w stosunku do Tego, który go umiłował. Każdy z nas może to o sobie powtórzyć, każdy z nas się może w podobny sposób rozliczyć, mówiąc ‘umiłował mnie’.
Powiedziałbym, że ta ‘siła przebicia’, która tak bardzo jest wam potrzebna, zaczyna się od tej świadomości, że mnie umiłował. Jeżeli mnie ktoś miłuje, jestem silny” (Jan Paweł II, Trzecia Pielgrzymka do Ojczyzny, Kraków, Spotkanie z młodzieżą, 10.VI.1987).

Świadomość tego, że sam Bóg „umiłował” mnie w Jezusie Chrystusie i nadal czeka na moje ‘tak’ dla Niego, zdolne jest dodać wewnętrznej energii dla ‘przebicia się’ do Bożej – i tak dopiero ‘ludzkiej’ wizji własnego życia.

Łączy się to z wypracowaniem i ugruntowaniem w sobie twórczej wizji całego w ogóle świata, w którym każdy człowiek, również ten niepełnosprawny i wielorako upośledzony od urodzenia, ma swoje zadanie do spełnienia. Młodzieńczość to błogosławiony etap życia, w którym chłopiec i dziewczyna są wezwani do zastanowienia się nad tym i dopracowania się tego, co Jan Paweł II w swym ‘Liście do Młodych’ nazwał „projektem życia” (zob. jego „List do Młodych całego świata z okazji Międzynarodowego Roku Młodzieży”: roku 1985; z naszej strony, zob.: Do Młodych całego świata). Ojciec święty zwraca się w nim do Młodych w słowach szczególnie ciepłych, a zarazem mobilizujących:

„... Do Was, Młodych, należy przyszłość, tak jak należała ona niegdyś do pokolenia dorosłych – a z kolei wraz z nimi stała się teraźniejszością. Za tę teraźniejszość, za jej wieloraki kształt i profil, dorośli przede wszystkim są odpowiedzialni.
Do Was należy odpowiedzialność za to, co kiedyś stanie się teraźniejszością wraz z Wami, a obecnie jest jeszcze przyszłością.
Kiedy mówimy: do Was należy przyszłość, myślimy w kategoriach ludzkiego przemijania, które jest zawsze przemijaniem ku przyszłości.
Kiedy mówimy: od Was zależy przyszłość, myślimy w kategoriach etycznych, wedle wymogów odpowiedzialności moralnej, która każe nam przypisywać człowiekowi jako osobie ... podstawową wartość ludzkich czynów, zamierzeń, inicjatyw i intencji...” (LM-1985,1).

Papież przechodzi w tym kontekście do intrygującego dialogu bogatego młodego człowieka z Chrystusem. Młodzieniec ten przyszedł do Mistrza z Nazaretu i zadał Mu w poszukiwaniu sensu swego życia celnie sformułowane pytanie: „Nauczycielu Dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne” (Mk 10,17; LM 2; zob. tę samą relację jeszcze u pozostałych Ewangelistów: Mt 19,16-22; Łk 18,18-23). Papież stosuje odpowiedź Chrystusa do sytuacji w młodości przeżywanego żywiołowego zadawania sobie pytania o głębszy sens życia i jego cel ostateczny:

„... Okres młodości jest bowiem czasem szczególnie intensywnego odkrywania ludzkiego ‘ja’ – i związanych z nim właściwości oraz uzdolnień. Stopniowo i sukcesywnie odsłania się przed wewnętrznym widzeniem rozwijającej się osobowości młodzieńczej lub dziewczęcej owa specyficzna, poniekąd jedyna i niepowtarzalna – potencjalność konkretnego człowieczeństwa, w którą wpisany jest jakby cały projekt przyszłego życia. Życie rysuje się jako realizacja owego projektu: jako ‘samo-urzeczywistnienie’ ...” (LM-1985-3).

W nawiązaniu do samego w sobie ‘bogactwa’, jakim jest młodość, a która chciałaby zdynamizować cały świat i zaznaczyć się twórczym wkładem w jego przyszły kształt, pyta Jan Paweł II dalej:

„Wobec tego jednak musimy zapytać: czy to bogactwo, jakim jest młodość, ma odwodzić człowieka od Chrystusa? ...
– Nad decyzją odejścia od Chrystusa [młodzieniec, który po wyznaniu, iż przestrzega Przykazań, zapytał: ‘Czego mi jeszcze brakuje’ Mt 19,20 – i opuścił Jezusa, który zalecił mu rozdać majątek ubogim, a potem chodzić za sobą: Mt 19,21] zaciążyły w końcu tylko bogactwa zewnętrzne... To, kim był właśnie jako młody człowiek – owo wewnętrzne bogactwo, które kryje się w ludzkiej młodości – przyprowadziło go do Jezusa. Kazało mu także postawić te pytania, w których chodzi najwyraźniej o projekt całego życia ...
‘Co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne’ ? Co mam czynić, aby życie moje posiadało pełną wartość i pełny sens?
Młodość każdego z Was... jest bogactwem, które okazuje się właśnie w tych pytaniach...
... W młodości narzucają się one w sposób szczególnie intensywny, wręcz natarczywie ...
Pytania te stawiacie w sposób czasem niecierpliwy – a równocześnie sami rozumiecie, że odpowiedź na nie nie może być pośpieszna ani powierzchowna... Chodzi tu o odpowiedź, która dotyczy całego życia ...” (LM-1985,3).

Na następnych stronach przytaczanego ‘Listu do Młodych’ przechodzi Jan Paweł II do zróżnicowanych powołań i sytuacji życiowych, by w końcu dojść i do tematu małżeństwa-sakramentu, określonego w Słowie-Bożym-Pisanym jako „Wielki Sakrament – w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła” (LM-1985,10).

W kontekście piękna i intensywności, w którym temat „owej szczególnej ‘dwoistości’ przy całkowitej równości, gdy chodzi o godność osobową, oraz zdumiewającej komplementarności, gdy chodzi o podział przymiotów, właściwości i zadań, związanych z męskością i kobiecością istoty ludzkiej” (LM-1985,10) – „... ten wielki temat w sposób doświadczalny i twórczy przechodzi poprzez duszę i ciało każdej dziewczyny i każdego chłopca, i pojawia się w polu młodej świadomości wraz z podstawowym odkryciem własnego ‘ja’ w całej jego wielorakiej potencjalności” (tamże: LM-1985,10).

Ojciec święty zwraca się w tej chwili wprost do Młodych:

„... Doświadczenie miłości ... od początku domaga się, aby zostało wpisane w ów projekt życia, jaki młodość tworzy i kształtuje w sposób spontaniczny.
... Zawiera się w tym równocześnie potężne wezwanie, ażeby tego wyrazu [tj.: bogactwa i piękna metafizycznego] nie sfałszować, bogactwa nie zniszczyć, a piękna nie zeszpecić.
Bądźcie przekonani, że to wezwanie idzie od Boga samego, który stworzył człowieka na ‘swój Obraz i Podobieństwo’ – właśnie ‘jako mężczyznę i kobietę’. Wezwanie to płynie z Ewangelii i odzywa się w głosie młodych sumień, jeżeli zachowały one swą prostotę i przejrzystość: ‘Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądają’ [Mt 5,8]. Tak, Boga, który jest Miłością, macie oglądać poprzez tę miłość, jaka rodzi się w Was – i chce być wpisana w projekt całego życia.
– I dlatego proszę Was, abyście na tym niesłychanie ważnym etapie Waszej młodości nie przerywali rozmowy z Chrystusem – owszem, abyście ją wówczas tym bardziej podejmowali ...
– ‘Pójdź za Mną’, który jestem Oblubieńcem Kościoła, mojej Oblubienicy ... Pójdź, stań się i Ty oblubieńcem twojej oblubienicy ... stań się i Ty oblubienicą twego oblubieńca. Stańcie się oboje uczestnikami tej tajemnicy, tego Sakramentu, o którym List do Efezjan mówi, że jest ‘wielki: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła’ [por. Ef 5,32] ...” (LM-1985,10).

Oto ważkie słowa, pełne kochającej zachęty do czujności i widzenia – poprzez miłość ogarniającą ciało i duszę, Boga samego swym ‘czystym sercem’. Miłość oblubieńcza powinna nie tylko nie przesłaniać Trójjedynego, lecz przeciwnie: powinna być tak przejrzysta, bo Go tym wyraziściej wtedy właśnie dostrzegać. Miłość jako uczestniczenie w Bogu-Miłości jest swoistym ‘pasem transmisyjnym’ do uwidzialnienia Bożej Miłości do „człowieka (zob. grafikę: Oblubieńcza Miłość Boga – a oblubieńcza miłość małżonków), tego jedynego na ziemi stworzenia, którego Bóg chciał dla niego samego” (GS 24).

Ale też takie właśnie ‘widzenie’ Boga: poprzez rodzącą się i rozwijającą miłość oblubieńczą, jest uwarunkowane stale podtrzymywanym żywym, pełnym wzajemnej miłości dialogiem z Chrystusem-w-sercu. Dialog ten wiedzie spontanicznie do wytęsknionego, stałego karmienia się Jego Ciałem „wydanym za was” (Łk 22,19) oraz picia Jego Bożo-Ludzkiej Krwi Życia, która zostaje w każdorazowej Mszy świętej ponownie „wylana na odpuszczenie grzechów” (Mt 26,28; zob. też wyż. o Eucharystii: Ostatnia Wieczerza – cały ten dłuższy fragment).

(2.2 kB)

Stowarzyszenia Młodzieżowe: Szkoły kształtowania charakteru

Jest rzeczą naturalną i godną zalecenia, że tak chłopcy, jak i dziewczęta organizują się spontanicznie i tworzą coraz inne ‘kółka’  względnie stowarzyszenia odpowiednie dla swego wieku. Uczą się w nich rozwijać swoje zdolności artystyczne i wielorakie inne, zaprawiając się jednocześnie do życia społecznego i obywatelskiego. Niejedni młodzi ludzie angażują się w coraz to inne formy ‘wolontariatu’, pomagając czy to niepełnosprawnym, czy chorym, a z kolei rodzinom wielodzietnym, czy też dzieciom osamotnionym. W innych wypadkach zgłaszają się jako ochotnicy do służenia wieloraką pomocą w przypadku klęsk żywiołowych – w własnym kraju, czy też w innych krajach. Zaangażowanie w tego rodzaju ‘wolontariatach’ wymaga z zasady uprzedniego dodatkowego wyszkolenia, które młodzi ludzie chętnie podejmują – z myślą służenia innym ludziom twórczą bezinteresowną pomocą.

Istnieją też stałe, dobrze już zorganizowane i sprawdzone ruchy młodzieżowe, wychodzące naprzeciw wielorakim potrzebom – fizycznym i duchowym dorastających dzieci i młodzieży. Wiele z tego rodzaju ruchów i stowarzyszeń może się szczycić utrwalonymi tradycjami i wspaniałymi osiągnięciami na przestrzeni wielu dziesiątków lat. Wiele z takich stowarzyszeń wypracowało trwałe, sprawdzony formy organizacyjne, obejmujące nie tylko młodzież lokalną, ale rozszerzając swój twórczy zasięg na całe regiony, kraje, a nawet kontynenty. Celem ich jest promowanie zdolności fizycznych, psychicznych, artystycznych i wielorakich innych zaangażowań młodych ludzi.

Stowarzyszenia te stają się z zasady – by posłużyć się ulubionym przez Jana Pawła II wyrażeniem Soborowym, „szkołami bogatszego człowieczeństwa” (por. FC 21; GS 52). Są to prawdziwe szkoły uspołecznienia, kształtowania charakteru i wypracowywania cnót, nieodzownych dla godnego wywiązywania się z zadań życiowych, jakie niebawem staną przed młodym człowiekiem.

Innymi słowy stowarzyszenia te służą nie tylko do wyzwolenia wielorakich sprawności fizycznych i artystycznych, ale również do pełnego entuzjazmu i przekonania wypracowania cnót, które stają się osobistym dorobkiem młodego człowieka zarówno dla jego życia osobistego, jak i społecznego – poczynając od najbliższego środowiska koleżeńskiego i rodzinnego. Cnoty te, jako wyraz pracy nad kształtem swego charakteru poprzez świadomie sobie nakładaną wewnętrzną dyscyplinę, przyczyniają się do tego, że tych młodych ludzi można będzie określić kiedyś jako ludzi ‘z charakterem’, ‘ludzi sumienia’: wiernych raz przyjętym zasadom, bezwzględnie wiernych raz wypowiedzianemu czy zawierzonemu słowu. Na ich uczciwość i stałość będą mogli liczyć zarówno jego najbliżsi w rodzinie, w pracy i społeczności lokalnej, jak i Ojczyzna, a swoją drogą ... Bóg.

Wspomniana praca nad własnym charakterem, wzmocniona świadomością, iż przynależenie do tego czy innego chlubnego stowarzyszenia młodzieżowego jest zaszczytem, wymaga niewątpliwie mocnego osadzeniu w życiu wiary i żywotnie utrzymywanej więzi z Bogiem. Postawa tych młodych ludzi zakłada czujność i wolę wcielania w życie takich drogowskazów, jak chociażby: „Bóg – Honor – Ojczyzna”. Wierność przyjętym zasadom wyrazi się w życiu na co dzień gotowością złożenia nawet daniny krwi, gdyby zaistniała sytuacja, która by się domagała jednoznacznego świadectwa np. w chwili „próby wiary – i charakteru”.

Tak Jan Paweł II nazwał w czasie swej Pierwszej Pielgrzymki do Polski obchodzony wtedy w Ojczyźnie ‘Rok Stanisławowski’, rok niejako ponownego ‘Bierzmowania Narodu’ : 900-lecia od śmierci męczeńskiej Biskupa Krakowskiego, św. Stanisława ze Szczepanowa (1079-1979) r.

Ojciec święty wypowiedział wtedy m.in. zdanie, które odnieść wypada wprost do każdego syna i córy narodu, a tym samym w szczególniejszy sposób do etapu młodzieńczego poszczególnego człowieka:

(9 kB)
Objaśnienie

„Św. Stanisław stał się też w dziejach duchowych Polaków patronem owej wielkiej, zasadniczej próby wiary i próby charakteru.
Czcimy Go jako patrona chrześcijańskiego ładu moralnego, albowiem ład moralny tworzy się poprzez ludzi. Dochodzi w nim więc do głosu ogromna ilość takich właśnie prób, z których każda jest próbą wiary i próbą charakteru. Każda próba przegrana – przynosi nieład.
Wiemy też doskonale z całych naszych dziejów, że absolutnie, za żadną cenę, nie możemy sobie pozwolić na ów nieład. Za to już wiele razy gorzko zapłaciliśmy w historii ...” (Jan Paweł II, Pierwsza Pielgrzyma do Ojczyzny: 2-10.VI.1979, Homilia zakończeniowa na Błoniach Krakowa – 10.VI.1979: „Musicie być Mocni”, pkt 3).

W podobnym kontekście przypominają się słowa Jana Pawła II z jego Drugiej Pielgrzymki do Polski (w okresie ‘stanu wojennego’: VI.1983 r.) – z jego przemówienia do zgromadzonej pod wałami Jasnej Góry młodzieży z całej Polski. Jan Paweł II osnuł wtedy swoje przemówienie wokół słów ‘Apelu Jasnogórskiego’ – „Maryjo, Królowo Polski: jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam”.

Dobrze organizowane i prowadzone zrzeszenia młodzieżowe na pewno kładą duży nacisk na kształtowanie wewnętrznej sylwetki człowieka po linii słów tego Apelu, który kształtuje sumienia otwarte na głos Chrystusa i Maryi od kilkudziesięciu lat – jako żywej pamiątki wychowania Narodu przez Sługę Bożego Prymasa Tysiąclecia, ks. kard. Stefana Wyszyńskiego.

Jan Paweł II mówił we wspomnianym rozważaniu do Młodzieży pod Wałami Jasnogórskimi:

„Co to znaczy: ‘czuwam’ ? – To znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia. Że tego sumienia nie zagłuszam i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuję w sobie dobro, a ze zła staram się poprawiać, przezwyciężając je w sobie.
To taka bardzo podstawowa sprawa, której nigdy nie można pomniejszyć, zepchnąć na dalszy plan. Nie. Nie!
... Jest zaś tym ważniejsza, im więcej okoliczności zdaje się sprzyjać temu, abyśmy tolerowali zło, abyśmy łatwo się z niego rozgrzeszali. Zwłaszcza, jeżeli tak postępują inni ...” (Jan Paweł II, Apel Milenijny jest nadal programem, Przemówienie do Młodzieży, Częstochowa, 18.VI.1983, w: ‘Musicie od siebie wymagać’, Poznań – ‘W drodze’ 1984, 280. – Zob. ponadto m.in.: Jan Paweł II, Do Młodych całego świata [‘Semper parati’: 1985 r.], zwł. pkt 13: Samowychowanie i Zagrożenia; ale i cały początek: pkt 5-6, 10 [Oblubieńczy Wielki Sakrament], itd.).

Jeśli jeszcze raz wrócić do wyżej wspomnianych zrzeszeń i stowarzyszeń młodzieżowych, które przez wiele już pokoleń pełniły rolę chlubnych „szkół bogatszego człowieczeństwa”, trzeba do nich zaliczyć w pierwszym rzędzie takie związki młodzieżowe, jak harcerstwo z jego wspaniałą przeszłością, Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży, a w latach po zakończeniu II Wojny Światowej ruchy młodzieżowe związane z działalnością Sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego: Ruch Oazowy w jego wielorakich odmianach, przede wszystkim dziecięcych, młodzieżowych, Oazy Małżeństw, a z kolei Krucjaty Trzeźwości, itd.

Trudno było sobie wyobrazić, żeby można było przynależeć do któregoś z owych stowarzyszeń, a równolegle sięgać po alkohol, po papierosa, czy tym bardziej używkę narkotyczną. Tym bardziej zaś dotyczyło to czystości obyczajowej.
– Harcerstwo i inne związki młodzieżowe traktowały ją czujnie jako sprawę nie tylko Bożych Przykazań, ale również podstawowego punktu honoru ściśle związanego z samą tożsamością Związku Harcerskiego, względnie innych podobnych stowarzyszeń i związków.

(8.5 kB)

RE-Lektura: cz.VI, rozdz. 3-b.
Stadniki, 27.V.2015.
Tarnów, 20.V.2018.


(0,7kB)        (0,7 kB)      (0,7 kB)



5. Sakramentalne „... jedno serce, jedno ciało”
Jeszcze raz: „... i stają się jednym ciałem”
Akceptacja Bożego ładu przy przeżywaniu intymności
Błogosławieństwo płodności rodzicielskiej według Rdz 1
Błogosławieństwo płodności po Potopie (Rdz 9)
Tekst: Błogosławieństwo płodności po potopie (Rdz 9.1-7)

6. Uśmiercenie własnego owocu życia ...
Zgładzenie owocu podjętego „dwoje-jednym-ciałem”
Tekst Rdz 9,5n: Przelanie krwi człowieka
Boży odkupieńczy dialog z człowiekiem w grzechu krwi
Podsumowanie

B. DORASTANIE DO STANIA SIĘ MAŁŻEŃSTWEM: SAKRAMENTEM

W nawiązaniu do celu niniejszego rozdziału

1. Przyjęcie Bożych warunków małżeństwa
Stan świadomości ...
Małżeństwo pogan: pra-Sakrament stworzenia
Małżeństwo ochrzczonych
Związek partnerski
Związki homoseksualne i lesbijskie

2. Kształt serca w dniach przygotowywania do małżeństwa
Z wynurzeń Mateusza
Tabela: Żeby Bóg uwiódł mnie, uwiódł moją przyszłą żonę...!

3. Małżeństwo dla uwolnienia się od atmosfery domu rodzinnego
Klimat piekła-w-domu
Ucieczka się z domu z powodu pijaństwa
a) Zwierzenie Basi o mężu: ‘Zadam ci cierpienie, byś mnie popamiętała ... !’
b) Zwierzenie Krystyny-Bronisława: Wyrwać się z piekła-w-domu, by doznać klęski w małżeństwie-‘atrapie’
c) Zwierzenie. Związek Joli-Jasia
d) Zbyszek chory od papierosów i pijatyki rodziców
Zbigniew-Anna: Studiować w klimacie pijatyki i kłębów tytoniu

4. Młodzieńczość: uprzywilejowany okres projektowania życia
Kształtowanie wnętrza wsłuchanego w głos Ducha Świętego
W poszukiwaniu sensu życia
Stowarzyszenia młodzieżowe: szkoły kształtowania charakteru


Obrazy-Zdjęcia

Ryc.1. Po tornado w USA, 2012. Spustoszenia niewyobrażalne
Ryc.2. Zbliżające się tornado: widok budzący najwyższą grozę
Ryc.3. Trwanie w wierności SŁOWU danemu Bogu i człowiekowi
Ryc.4. Matka ze swym maleństwem na ręku
Ryc.5. Świeże powietrze lasu w mgle z prześwitującym słońcem
Ryc.6. Jak bardzo to słoniątko lubi się bawić w piłkę nożną!
Ryc.7. Radość rodziny po Chrzcie świętym kolejnego dziecka
Ryc.8. Cudowny widok zieleni, lasów, wzgórz w blasku słońca