(0,7kB)    (0,7 kB)

UWAGA: SKRÓTY do przytaczanej literatury zob.Literatura


Ozdobnik

Kupno ‘nieznanego towaru’

Niektórzy dorastający powołują się na slogan: „Nie będę kupował kota w worku!” Powiedzenie niezwykle prymitywne, niegodne człowieka, a tym bardziej partnerów nastawiających się na tajemnicę miłości i uczestnictwa w miłości, którą jest Bóg-Miłość. Z tak sformułowanego powiedzenia widać przejrzyście, o co chodzi rozmówcy.
– Ponieważ zaś na argument ten powołują się głównie chłopcy, dziewczyna powinna zdać sobie sprawę, za co by ją chłopiec miał! Ten którego może kocha i któremu pragnie siebie oddać, potraktowałby ją jako zwierzę doświadczalne. Bydlę to trzeba obejrzeć, wielorako wypróbować i ewentualnie orzec o jego kupnie – jako towaru, ‘przypadkowo’ żywego. Chodziłoby o wypróbowanie genitaliów, by stwierdzić, czy należycie ‘funkcjonują’ i nadają się do zapewnienia sobie rozkoszy, której oboje nadają sponiewierane określenie: „miłości”.

Młodzieniec powinien mieć na tyle poczucia godności i honoru, by tego powiedzenia w ogóle nie dopuścić do świadomości. Młodzi nie mogą odnosić się do siebie na zasadzie kocur-kotka, które z wrzaskiem poszukują się w marcową noc. U zwierząt nie wchodzi w rachubę poczytalność, ani miłość. Instynkt każe im odbywać kopulację – dla rozrodu. Bo do miłości – zwierzę jest niezdolne: ta zakłada wolną wolę!

U człowieka zjednoczenie płciowe nie jest przeznaczone w pierwszym rzędzie dla podtrzymania gatunku. Sensem jego jest wyrażanie sobie w szczególnie uroczysty sposób miłości przeżywanej na poziomie ducha, chociaż znajduje ona wyraz swój i w ciele: jako całkowitego daru swojej osoby – osobie tego drugiego. Mąż i żona pragną dopełnić siebie wzajemnie tak intensywnie wyzwalanym uczuciem i wolą stanowienia jedno, że potędze tej pragną nadać w słusznych odstępach czasu przedłużenie na wieczność, powołując do życia nowego człowieka, świadectwa miłości ich obojga, potężniejszej niż śmierć:

„Połóż mię jak pieczęć na twoim sercu,
jak pieczęć na twoim ramieniu,
bo jak śmierć potężna jest miłość ...” (PnP 8,6; FC 14).

Gdyby ktoś odwoływał się do argumentu o ‘kocie w worku’, obnażyłby bezhonorowo swoje właściwe zamierzenie. Ujawniłby, że nie chodzi mu o serce dziewczyny, ani swoje własne, ani o żadną miłość. Celem, do którego by zdążał, to dostać się już zaraz – do sfery genitalnej. To nazywa ‘miłością’. Tymczasem to miłością jeszcze nie jest. Płeć dziewczyny budzi wprawdzie zaintrygowanie, potęgując chęć jej ‘wypróbowania’. Po zaistniałym zaś pierwszym stosunku lub intymnych pieszczotach budzi się tym bardziej żywiołowo przymus ciała do wznawiania podobnych przeżyć. Sfera genitalna intryguje i intensywnie wciąga. Równolegle postępuje obumieranie więzi na wyższym poziomie: miłości jako daru.

Poruszanie się po terenie intymności płciowej jest zastrzeżone dla małżeństwa. Zjednoczenie płciowe ‘udaje się’ jedynie w warunkach wewnętrznej wolności, w klimacie komfortu duchowego i nie kłamanego szacunku: w nierozerwalnym związku małżeńskim. Ci dwoje muszą być tak dalece wewnętrznie wolni, by móc równie łatwo zaniechać zbliżenia płciowego, co i korzystać z zaproszenia do bliskości. Zależnie od tego, co każe rozsądek po uwzględnieniu możliwości rodzicielskich i innych okoliczności, przemawiających za lub przeciw współżyciu tego dnia.

Przed ślubem oboje mogą i powinni rozwijać miłość w wymiarze duchowym, wraz z całą skalą pozostałych wzajemnych odniesień. Odniesienia te nie są ściśle związane ze sferą genitalną, choć więź uczuciowa bazuje ostatecznie na wzajemnym powabie promieniującym z męskości i kobiecości. Niemniej wtedy jeszcze nie czas na sięganie po fizyczne wyrazy miłości. Wszelkiego rodzaju wypróbowywanie się płciowe będzie spłycaniem miłości przez redukcję do samej tylko płci, przesłaniającej rozwój miłości do samej osoby.

Można by zapytać, czy miłość małżeńska, do jakiej ci dwoje się przygotowują, miałaby rzeczywiście zależeć od tego, czy próba ‘spółkowania’ wypadnie zadowalająco w sensie technicznym? Chłopiec przekonujący dziewczynę, że musi ją ‘wypróbować’, zachowałby się wobec niej jakby była bezduszną ‘maszyną’, którą trzeba zastartować, włączyć bieg itd. Jednakże żywy człowiek maszyną nie jest. Chłopiec ujawniałby w takich okolicznościach kompromitująco, że nie ma najmniejszego zamiaru angażować ‘miłość’. To co by określał jako: „Nie będę kupował kota w worku”, nie może uchodzić za miłość. Chociażby się w tym wypadku spotkały dwa równoległe egoizmy seksualne: jego i jej.

Nasuwa się ponownie nauczanie papieskie:

„Orędzie chrześcijańskie o godności kobiety bywa, niestety, zaprzeczane przez owo uporczywe nastawienie, traktujące istotę ludzką nie jako osobę, ale jako rzecz, jako przedmiot kupna-sprzedaży, będący na usługach egoistycznego interesu i samozadowolenia. Pierwszą ofiarą takiej mentalności jest kobieta(FC 24).

Ocena etyczna argumentu o „kocie w worku” nasuwa się sama. Jest on wyrazem źle maskowanej postawy, która niszczy miłość u samych jej podstaw. Trudno o bardziej prymitywny sposób zakłamania siebie i dziewczyny co do jakości proklamowanej miłości.

Znieważenie tym powiedzeniem osobowej godności dziewczyny i jej głębokie upodlenie, jakoby była eksperymentalnym zwierzęciem, nie może nie być grzechem ciężkim przeciw właśnie miłości i godności – własnej oraz tego drugiego. Łącznie z innymi przedstawionymi argumentami, slogan o „kocie w worku” świadczy o dogłębnym nieporozumieniu, utrzymującym się w tej dziedzinie wśród pewnego odsetka młodych.
– Wielu nie miałoby odwagi, by omawiany argument sformułować tak jaskrawo w obecności dziewczyny, z którą chodzą. Mimo to realizują jego treść, albo i przechwalają się tym powiedzonkiem wobec kolegów. Świadczy to o tym, jak łatwo Szatan „zwodzi całą zamieszkałą ziemię” (Ap 12,9). Zdąża on wciąż do jednego: żeby tych, którzy przestają wierzyć Bogu, odstąpili od Boga i poszli za nim – w następnym etapie zniszczyć i wtrącić w śmierć „wtórną” (J 8,44; Rz 6,23; Ap 13,8; 17, 8; 20,6.10.14n; 21,8).


Impotencja

Nadal przeglądamy pospolicie wysuwane argumenty za współżyciem przed ślubem, stawiając sobie pytanie, czy jest ono zdolne wyrażać miłość, jeśli już pominiemy wiążącą się z aktem możliwość poczęcia. Wbrew rozsądkowi, wielu nie daje za wygrane. Twierdzą uporczywie, że dziewczynę trzeba dokładnie poznać, by się przekonać, czy współżycie z nią będzie udane. Trudno decydować się na małżeństwo, gdyby się okazało, że ona do współżycia się nie nadaje.
– Co sprytniejsi powołują się na jedno z pytań stawianych narzeczonym przy wypełnianiu protokołu przedślubnego, dotyczącego wykluczenia impotencji płciowej. Trudno ten wymóg ‘sprawdzić’ bez podjęcia stosunków ...

(22 kB)
Objaśnienie

Warunkiem ważności ślubu w znaczeniu kościelnym jest istotnie również „zdolność” współżycia. Nieważne byłoby małżeństwo w przypadku, gdyby u jednego czy drugiego z partnerów już przed ślubem występowała trwała, tj. nieuleczalna niezdolność płciowa, nieznana drugiej stronie, w odniesieniu bądź do wszystkich osób jako ewentualnych kandydatów do małżeństwa [niezdolność bezwzględna], bądź w odniesieniu do tej konkretnej osoby, z którą ktoś jest poślubiony lub zamierza wstąpić w związek małżeński [niezdolność względna].

Przeszkoda niezdolności płciowej nigdy nie dotyczy zdolności poczęcia i zrodzenia dziecka. Płodność rozrodcza jest zagadnieniem odrębnym, które nie wchodzi w rachubę jako przeszkoda zrywająca ważność zawieranego małżeństwa.
– Z drugiej zaś strony niezdolność płciowa NIE oznacza niezdolności uzyskania pełnego przeżycia płciowego [orgazmu] przy współżyciu. „Niezdolność” dotyczy samej tylko niemożności zjednoczeni narządów płciowych.

Prawodawstwo Kościelne uzależnia zatem ważność małżeństwa, zgodnie z prawem właściwym naturze małżeństwa, od samej możności współżycia i zdolności złożenia w pochwie prawdziwego nasienia. Tak pojęta „zdolność” [potencja] dotyczy:

Z jednej strony prawidłowej i nie zniekształconej budowy anatomicznej narządów płciowych tak u mężczyzny, jak u kobiety, umożliwiającej zjednoczenie płciowe. Nieważne byłoby małżeństwo w przypadku istniejącego u mężczyzny już przed małżeństwem braku prącia, lub takiego jego zniekształcenia, że podjęcie aktu w jego strukturze zewnętrznej byłoby niemożliwe.
– Przeszkoda niezdolności obejmuje również braku obydwu jąder.
– U kobiety niezdolność zachodziłaby w przypadku braku pochwy, względnie nie dającej się uleczyć jej zbytniej ciasnoty, bądź też jej zupełnego osłonięcia, które uniemożliwiałoby wprowadzenie prącia.

Przeszkoda niezdolności dotyczy z kolei nieprawidłowości funkcjonalnej. U mężczyzny chodziłoby o istniejącą przed ślubem trwałą niezdolność do wzwodu, bądź nieuleczalny wytrysk przedwczesny.
– U kobiety przeszkodą funkcjonalną byłaby występująca stała i nieuleczalna pochwica [po łac.: vaginismus]: bolesny skurcz zwieracza wejścia do pochwy, uniemożliwiający zjednoczenie płciowe.

W razie wątpliwości co do zdolności współżycia – sprawy nie powinien rozstrzygnąć stosunek płciowy przed ślubem, lecz orzeczenie kompetentnego lekarza. Toteż m.in. z tego względu każda para powinna poddać się przed ślubem badaniu lekarskiemu pod kątem małżeństwa. Chodzi m.in. o oznaczenie grupy krwi, zgodności czynnika RH, skonsultowanie ewentualnych schorzeń dziedzicznych w pokrewieństwie z obydwu stron.
– W przypadku poważnych przeciwwskazań zdrowotnych do małżeństwa partnerzy powinni być na tyle lojalni, by w imię dotychczasowej miłości i dla obopólnego dobra rozejść się pokojowo i nie wiązać sobie życia – dla dobra własnego, partnera i potencjalnego potomstwa.

Zdarza się jednak, że partnerzy, którzy uświadomili sobie przeciwwskazania medyczne do małżeństwa, nie tylko się nie rozchodzą, lecz tym bardziej umacniają swą więź. Zdążają świadomie do przypieczętowania ślubem tej miłości, jaką się wewnętrznie związali. Sądzą, że stała się dla nich rzeczywistością zbyt poważną, by obecnie mieli się z niej wycofać. Godzą się z góry na przewidywany np. brak potomstwa; albo zdają sobie sprawę, iż potomstwo ich będzie być może obciążone schorzeniami dziedzicznymi, określonymi niewydolnościami itp. Mimo to godzą się z góry na przyjęcie takiego potomstwa, bądź też decydują się na oszczędne szafowanie zdolnością przekazywania życia – z jednoczesnym poszanowaniem ładu aktu zjednoczenia. Decyzję trzeba zostawić ich rozwadze i przemodleniom w obliczu Boga.

Trudności funkcjonalne typu wytrysku przedwczesnego, a także pochwicy, z zasady nie wchodzą w rachubę jako czynnik warunkujący ważność zawieranego małżeństwa. Tak jedna jak druga trudność, zaznaczająca się niekiedy z początku małżeństwa, zwykle nie jest trwała, ani nieuleczalna, a ustępuje dzięki cierpliwości i subtelności współmałżonka.
– W przypadku wytrysku przedwczesnego rozwiązaniem staje się niekiedy podejmowanie aktu dwuetapowo. Ponowione zjednoczenie udaje się zwykle lepiej, niż za pierwszym razem.

Wiele też par małżeńskich doznaje przy zbliżeniach wystarczającego usatysfakcjonowania nawet wówczas, gdy np. żona jedynie trudno dochodzi do szczytowania. Istotną rolę spełniają tym większe wysiłki dla podtrzymania klimatu szczerej czułości, która umie sprawiać radość w każdym innym momencie wciąż umacnianej wspólnoty. Przy samym współżyciu powinno chodzić obojgu o świadczenie sobie naprawdę miłości bliźniego. Partnera, któremu współżycie „nie wychodzi”, nie można upokarzać. Bliskość staje się szkołą prawdziwej miłości bliźniego. Miłość umie podtrzymać na duchu i doprowadza cierpliwie do szczęśliwego ustąpienia niekiedy długotrwałych trudności.

Jakość przeżywania wzajemnej bliskości powinna być przedmiotem dziecięcej i ufnej modlitwy o pomoc do Niepokalanej Matki Słowa Wcielonego, a także do św. Józefa. Ten bowiem dobrze zna psychikę i męską i kobiecą. Podobnie również wszystkie problemy i trudności małżeńskie, m.in. przy przeżywaniu zjednoczenia małżeńskiego, trzeba dobrze omawiać ze swym ukochanym Aniołom Stróżem.
– Z kolei zaś nie może zabraknąć niemniej dziecięcej, wdzięcznością przesyconej modlitwy za każde udane przeżycie zjednoczenia.

Sposób podejmowania i przeżywania zbliżeń nie jest sprawą, która spada z nieba w postaci od razu najdoskonalszej. Jakość współżycia małżeńskiego rozwija się; i dobrze, że tak jest. Małżonkowie nie powinni dopuszczać do zabójczej rutyny. Zdarza się, że współżycie przez dłuższy początkowy czas nie bardzo się udaje. Nie oznacza to jednak, że trzeba zaprawiać się do niego na zapas już przed ślubem.

Wypada też uwzględniać twórcze sugestie osób, które dobru małżeństwa poświęciły dużo serca w pracy poradnianej. Dobrze, żeby już narzeczeństwa wiedziały i nastawiały się na to, by w przyszłym małżeństwie starać się przenieść przeżycia szczytowania z orgazmu łechtaczkowego na pochwowy. Będzie to wymagało ze strony przyszłego męża więcej subtelności: odpowiedniego całkowitego wyciszenia się po osiągniętym zjednoczeniu z małżonką, by dopiero potem, gdy i ona stopniowo dojrzeje do przeżycia i sama tuli męża swą oblubieńczo-matczyną kobiecością, kontynuować subtelnym uciskiem jedynie bocznym (zob wyż. : Z sugestii autorów – ku pokojowi chwil intymności ).

Sytuacja partnerów przed – a po ślubie różni się diametralnie. Odbywanie stosunków przed ślubem nie rozwiązuje problemu ‘dopasowania’ seksualnego. Miłość jest rzeczywistością przede wszystkim duchową, rozgrywającą się na poziomie serca oraz woli trwania przy tym drugim i z nim – na zawsze. Tego dotyczy nieustanne kształtowanie obopólnej komunii, o której mówi Jan Paweł II (FC 18). Gdy miłość jest żywa na poziomie woli, okaże się, że ‘dopasowanie’ rozwiąże się samoistnie jako sprawa o znaczeniu drugorzędnym.


G.   W BEZPOŚREDNIM PRZYGOTOWANIU
DO MAŁŻEŃSTWA

Ozdobnik

Dziewictwo

Gdy partnerzy w końcu podejmą współżycie, traci na tym i drogo płaci przede wszystkim dziewczyna. Jako zabezpieczenie przed pochopną decyzją na stosunek, Bóg wyposażył dziewczynę w szczególny skarb: dziewictwa. Dziewictwo nie jest tytułem do hańby, lecz wdzięczności względem Stworzyciela. Dziewczyna jest wezwana do strzeżenia tego daru miłującej Wszechmocy Stworzyciela. Powinna podtrzymywać swoją kobiecą ambicję, by dojść do ślubu nienaruszona na duszy i na ciele: dziewicza.
– Do problematyki ‘dziewictwa’ i związanych z tym zagadnień powrócimy jeszcze raz, obszerniej – w ostatnim rozdziale niniejszej strony internetowej (zob.: cz. VII, rozdz. 3, § J: z ciągiem dalszym w file’u ‘l’).

Współżycie nieodwracalnie zrywa pieczęć-plombę dziewictwa. Któryż zaś chłopiec nie woli, by jego dziewczyna, ta do ślubu, była dziewicą, przez nikogo nie tkniętą? Niekiedy dochodzi do ostrej wymiany zdań pomiędzy narzeczonymi, ewentualnie tuż po ślubie, gdy chłopiec się zorientuje, że ona dziewicą już nie jest.
– Zdarza się wprawdzie, że dziewczyna traci dziewictwo nie wskutek współżycia płciowego, lecz w następstwie przyczyn banalnych, np. przy uprawianiu gimnastyki, na skutek nieostrożności przy badaniu lekarskim itp. Chłopiec staje się niekiedy nieubłaganym sędzią i nie przyjmuje żadnych wyjaśnień, chociaż sam wcale nie jest wcale w pełni czysty. Zapomina, że skoro jemu Bóg niejedno przebaczył – za każdym razem raz na zawsze, np. grzechy samogwałtu, które też są swoistą utratą dziewiczości, powinien i on po prostu przebaczyć – raz na zawsze.

(31 kB)
Objaśnienie

Z tego względu w sensie absolutnym powinien chłopiec nie domagać się żadnych wyjaśnień zwłaszcza odnośnie do tego, co dotyczy pionu: ten drugi – a Bóg, co zatem wchodzi w zakres ‘tajemnicy spowiedzi’. Takiej postawy domaga się miłość, zapatrzona w budowanie przyszłości. Opiera się na tym, co jest obecnie, a nie na tym, co było – i nad czym nikt już nie ma władzy.

Dziewczyna nie może nie pamiętać, że gdy raz ulegnie, definitywnie zaprzepaszcza skarb dziewictwa. Motywem trwania w kochającej, ale nieugiętej postawie, powinna być właściwie pojęta miłość bliźniego – w zawierzeniu i posłuszeństwie Stworzycielowi. Nie jest to trudne do zrealizowania. Oboje są wezwani do tego, by w dzień ślubu móc oddać się sobie we wzajemnym darze w takiej, do końca ustrzeżonej jego świeżości. Dzień ślubu jest dniem niepowtarzalnym. Wypada użyć na tak godną uroczystość „naczyń nowych”, nie nadgryzionych. Dostęp do naczyń całych, nie poszczerbionych, jest nietrudny. Przynoszenie dań nawet i smacznych na talerzach popękanych byłoby ujmą: wyrazem nieuszanowania dla gości i jubilatów.

Coś podobnego dzieje się w przypadku nowożeńców. Ciało i duch obojga winny pozostawać nie naruszone. Gdy narzeczeni już współżyli, a nawet podejmowali tylko pieszczoty genitalne, stają się naczyniem poszczerbionym. Nie może to nie działać odrażająco, chociażby się do tego nie przyznawali. Pewna mężatka, która po latach odnalazła drogę do Boga, wyraziła się o swym ślubie: „Byłam wtedy kością ze wszystkich stron obgryzioną ...”

Niejednokrotnie można by dziewczynę zapytać: Czy jest pewna w 100%, że jej mężem zostanie ten, z którym już współżyje? Wcale nie tak rzadko się zdarza, że jemu albo i jej w pewnej chwili się „odmieni”. Oboje zachowują do ślubu całkowitą swobodę rozejścia się. Ich wolność nie może być uszczuplona opinią zaproszonych, ani stratami materialnymi już gotowego wesela. Tak dziewczyna, jak chłopiec przeżywają głęboką rozterkę, gdy dotychczasowa więź nagle z jakiegoś, czasem błahego powodu, staje pod znakiem zapytania. Ból rozejścia się bywa tak nieutulony, że co jakiś czas słychać nawet o samobójstwie, a przynajmniej długotrwałym załamaniu wskutek zawodu miłości.
– Świadomość utraconego dziewictwa wiąże się w takich okolicznościach z niepowetowanym żalem. Rany serca stopniowo się zabliźnią. Jedno i drugie będzie się rozglądało za kimś innym, kto nie rozczaruje, by nawiązać trwalszą więź ukierunkowaną na małżeństwo i rodzinę. Dla dziewczyny pozostaje wtedy dojmujący ból: jak ujawnić sprawę utraconego dziewictwa?

W 1990 r. zawiązał się w Ameryce ruch: „Prawdziwa Miłość Poczeka”. Założycielem jego jest Paul Lauer [jego ojciec: Żyd; matka: katolik]. Po własnej burzliwie przeżytej młodości i studiach w Los Angeles, przeszedł głębokie wewnętrzne przeobrażenie. Poświęcił się całkowicie młodzieży. Założył znane po całym świecie pismo młodzieżowe: „YOU” [ang.: TY]. Zaproponował młodzieży nawrót do wymogu czystości przedmałżeńskiej. Postawę tę motywuje oczywiście religijnie, ale nie tylko. Ruch umacnia się i upowszechnia w coraz dalszych krajach. Młodzi podejmują się całkowitej czystości przed zawarciem ślubu. Nierzadko młodzi składają swoje podpisy pod odpowiednimi zobowiązaniami i przesyłają je Ojcu świętemu, by nie tylko Bogu, ale i jemu – przynieść w ten sposób odrobinę pociechy w obliczu tak często spotykanego, aroganckiego odrzucania Bożych wymogów i nauczania Namiestnika Chrystusowego.

Paul Lauer przedkłada trzy zasadnicze argumenty, które przemawiają za dochowaniem czystości:


Uwaga-notatka. Zob. na ten temat jedno z przemówień na Kongresie Rodzin: Paul Lauer, Seks – Narkotyki – Hard-rock – i co dalej?, w: XVIII Międzynarodowy Kongres Rodziny (14-17.IV.1994 r.), Fundacja „Rodzina – Nadzieja Jutra”, Katolicka Agencja Informacyjna (KAI), Warszawa 1994, str. 169-178).


Dziewczyna prawdziwie daje przy wszelkiej intymności znacznie więcej, aniżeli chłopiec. Angażuje się o wiele bardziej uczuciowo. Chłopiec zwykle koncentruje uwagę na ciele i płci. Ona bardziej niż on widzi osobę – jako tego „swojego”, ukochanego. Chciałaby dać mu całe serce. Ale obdarza go też swoim ciałem. Oczekuje miłości „dla niej samej”. Zrazu może nie dociera do jej świadomości, że jemu chodzi głównie o jej narządy płciowe i inne znamiona jej płciowości. Gdy on jej tłumaczy: „Okaż mi serce”, ona udostępnia mu w końcu siebie całą, choć jemu na jej sercu: na niej samej – zanadto nie zależy. W końcu składa w darze, unoszona uczuciem, skarb jednorazowy: dziewictwa. Trudno dać coś ponadto. Niejedna dziewczyna nie zauważa nawet, że ten sam chłopiec, który ją doprowadził do utraty dziewictwa, patrzy na nią odtąd z pogardą, choć nadal ją wykorzystuje. Uważa ją za dziewczynę szalenie „łatwą ...”, gotową ‘na wszystko’ !

Ona zaś nie daje ukochanemu tego, co jest najważniejsze: Boga, wzywającego oboje do komunii z Sobą. Ułatwia sobie i jemu – skuteczne odchodzenie od Boga. Oboje ignorują przykazanie: „Nie będziesz cudzołożył”. Ale odrzucając Boga, chcąc nie chcąc oddalają się od siebie – czynnie i biernie. Łączy grzech: seks i przymus ciała, a nie miłość, której źródła: Boga – sami się pozbywają.

Dziewczyna łudzi się, że akt współżycia związał ją z ukochanym więzią nierozerwalną, na zawsze! Sądząc że to „miłość”, nie waha się poświęcić skarbu dziewictwa.
– Podobnego jednak zobowiązania mógł nie traktować poważnie chłopiec. Jemu niemal zawsze chodzi o doznania zmysłowe, czyli ‘miłość’ w znaczeniu wyżycia się na genitaliach i innych znamionach płci. Bóg dobrze pomyślał, gdy stwarzał i powoływał do małżeństwa. Zabezpieczył wielkość tajemnicy miłości mądrym przykazaniem – trudnawym, ale jedynie twórczym: „Nie będziesz cudzołożył” ! Nikt uczciwie myślący nie nazwie go rzeczywistością skierowaną przeciw dobru zakochanych!

Wypada też uświadomić sobie jeszcze inne, dobrze udokumentowane stwierdzenie. Gdy dziewczyna traci dziewictwo, pęka w jej osobowości istotne ogniwo. Niekiedy zmienia się ona z tą chwilą radykalnie, choć może ona sama sobie tego jasno nie uświadamia. Odnosi się odtąd do chłopców, a nawet całego otoczenia, wyzywająco prowokacyjnie. Łatwo zatraca poczucie wstydliwości i nie ma oporów, by się rozebrać, eksponując swoje wdzięki jako przedmiot do oglądania, albo i więcej. Bywa i tak, że wprawdzie się nie rozbiera, ale zachowanie jej staje się gruntownie bezwstydne.
– Nasuwa to narzucający się wniosek, że ‘TA’ dawno przestała być dziewicą! Trudno ukryć przed wychowawcami chwilę zaniku bariery wstydu. Ginie ona wraz z utratą bariery biologicznej dziewictwa.


UWAGA-notatka. Zob. Dr Wanda Półtawska, Przygotowanie do małżeństwa, w: Miłość-Rodzina, Red. F. Adamski, Kraków 1978, 58.


Zewnętrzne warunki współżycia

Dla przeżywania zbliżeń przed ślubem zwykle brak należytych warunków. Życie tych dwojga jako pary nie jest ustabilizowane. Często nie mają mieszkania, brak nie zakłóconej atmosfery. Toteż podejmują pieszczoty w pośpiechu, z uwagą skoncentrowaną na możliwie prędkim działaniu w obawie, by ich ktoś nie zastał. To zaś nie ma nic wspólnego z Bożym ładem, jakim cechować się powinien dom miłości.

Chwilom tak przeżywanej intymności towarzyszy przygłuszona, ale zaznaczająca się świadomość przewiny w oczach Bożych i względem siebie. Otoczenie zewnętrzne nie sprzyja temu, czym miała być miłość. Nieład w sercu doznaje swoistego potwierdzenia w otoczeniu. Negatywne przeżycia związane z pierwszym współżyciem przed ślubem utrwalają się niekiedy na długo, blokując latami całymi szczęście w bliskości. Zdrowa intuicja wyczuwa, że pospieszne i nerwowe bycie-z-sobą nie może być tym, co serce rozumie przez „miłość”. Motywacja przy pospiesznym działaniu zeszłaby na dno. Byłoby to tylko ‘odbyciem’ stosunku, może i wypróbowaniem jednej z technik. Zatem wszystkim innym, a nie miłością. Takie współżycie nie może nie być wyrazem przeciw-miłości.

Zdarza się wprawdzie, że partnerom w końcu wszystko jedno, gdzie i w jakich warunkach zewnętrznych podejmą stosunek. Niektórzy czynią to niemal na oczach publiczności, nie mając nic wstydu. Na naszej strony nie podejmujemy jednak wątku dzikiego wyżywania się i prostytucji. Mamy na oku pary ukierunkowane na narzeczeństwo. Dla nich zaś nie jest obojętne, w jakich okolicznościach się „kochają”.

Niektóre pary mają zapewne idealne warunki lokalowe, zwłaszcza gdy któreś dysponuje już też mieszkaniem. Nic jednak nie zdoła zagłuszyć głośno odzywającego się głosu sumienia, że takie wyrażanie sobie miłości nie może się cieszyć Bożym błogosławieństwem.


Głos sumienia

Pozostaje sprawa głosu sumienia przy przeżyciach płciowych przed ślubem. Nie chcielibyśmy przedstawiać w tej chwili uczonych wywodów o ‘istnienia’ sumienia. Zresztą o sumieniu, jego kształtowaniu, obiektywizmie norm moralnych itd. mówiliśmy już w poprzedniej części (zob wyż.: Z Piotrem i POD Piotrem – oraz W poszukiwaniu Chrystusa dziś – zob. cały rozdział). Upraszczając rozważania wypada stwierdzić, że głos sumienia jest oczywiście głosem Boga: świadectwem tajemniczego, realnego dialogu, jaki Bóg prowadzi ze swym żywym Obrazem we wnętrzu jego ‘ja’ (por. 1 Sm 24,6; 2 Sm 24,10; Łk 22,48; J 13,2.27; Rz 2,14n; VSp 58). Dlatego też głosu sumienia nie da się wymazać, ani wytłumaczyć wpływami wychowania chrześcijańskiego.

Głos sumienia raz odzywa się głośno, to znów można go niemal zmusić do milczenia (VSp 63). Jedni systematycznie ignorują nadawane przez niego sygnały, albo łudzą się zmyleniem jego czujności. Prędzej czy później odzywa się ono ponownie, niekiedy ze zdwojonym natężeniem, prześladuje od wewnątrz i nie daje spokoju. Głos ten nawołuje do zmiany postępowania: nawrócenia – i prośby Boga o przebaczenie (VSp 61). Wzywa do powrotu do Tego, który usiłuje doprowadzić człowieka do otrzeźwienia, by go uratować od zagrażającej mu śmierci wiecznej (por. Ap 16,9nn.21; itd.).

Głos ten istnieje jako Ktoś przebywający w człowieku – niezależnie od jego wiedzy i woli. Nikt sobie tego „głosu” nie nakłada. Przeciwnie, każdy dobrze sobie uświadamia, że głosowi temu „winien być posłuszny” (GS 16; VSp 54). W głosie tym mówi Ten, przed Kim każdy prędzej czy później zda sprawę ze swych czynów. Obojętne, czy ktoś jest wierzącym, czy usiłuje być niewierzącym:

(31 kB)
Objaśnienie

„Dlatego też staramy się Jemu podobać czy to gdy z Nim, czy gdy z daleka od Niego jesteśmy.
Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę
za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre” (2 Kor 5,9n; Rz 14,10.12; oraz J 5,28n).

Nieprawdopodobne, by współżycie w okolicznościach nie uprawnionych: przed małżeństwem, nie wywołało reakcji sumienia. Niektórzy uspokajają się, że traktują te sprawy bez egzaltacji, jako rzecz samą przez się zrozumiałą, bez zahamowań czy wyrzutów sumienia. Ich zdaniem ‘księża’ rozdmuchali kwestię do rangi problemu, podczas gdy należy ją sprowadzić do poziomu funkcji fizjologicznej, która wymaga okresowego rozładowania poprzez współżycie, czy w najgorszym wypadku samogwałt, petting itp.

Takie wyznania nie pokrywają się jednak z rzeczywistymi przeżyciami zainteresowanych. Są uzewnętrznieniem pragnienia, żeby „tak było”, podczas gdy w rzeczywistości jest inaczej. Niemożliwe, by Stwórca ładu moralnego i prawa moralnego naturalnego nie przemawiał do człowieka przed i po spełnieniu uczynku, który narusza dobro tak zasadnicze: miłość względem siebie i kogoś drugiego, jeśli pominąć otwarte wystąpienie przeciw Bogu i Jego Prawu.

Dla ilustracji tego można by przytoczyć wyznanie dziewczyny – nazwijmy ją Jola, która rozbrajająco szczerze wyznaje swoje przeżycia z narzeczonym, nazwijmy go Jaś – w korespondencji z kapłanem po pewnych rekolekcjach:

[List 1: V.1992] „Piszę, ponieważ pragnę podzielić się z Tobą, Ojcze, moją radością ... Chcę być wobec Ojca zupełnie szczera ... Muszę przyznać, że tamta spowiedź bardzo wiele mi dała ... Po owej spowiedzi czułam się jak nowo narodzona. Byłam bardzo szczęśliwa. Wiele razy spowiadałam się z tego grzechu, ale nigdy nie stać mnie było na poprawę ... Ojciec przemówił do mnie w ten sposób, że ja z kolei potrafiłam przetłumaczyć Jasiowi. Skończyliśmy już ze współżyciem, ale – wybacz – nie potrafimy przestać ‘kochać’ się. To nie jest pożądanie, to wypływa z czystej miłości jaką darzymy się oboje.
– Ja go kocham naprawdę z całego serca i nawet krótkie rozstania są dla mnie długimi. Wiem, że z nim jest tak samo. Zrezygnował z dobrej pracy ... tylko dlatego, aby być ze mną ... Przyjeżdżał raz w miesiącu. Widywaliśmy się bardzo krótko – i właśnie w tym krótkim czasie współżyliśmy ze sobą, a kiedy odjeżdżał, oboje płakaliśmy i żegnaliśmy się godzinami. Nieraz nie kładłam się wcale spać, chociaż w poniedziałek musiałam jechać na zajęcia.

– Pewnie Ojciec zapyta: A co na to mama? ... Mama początkowo krzyczała, buntowała się, ale widząc, że to i tak nie pomoże, pozwalała nam się spotykać ... Teraz Jasiu pracuje już tutaj, mieszka 10 km ode mnie i przyjeżdża kilka razy w tygodniu ... Znamy się już 2 lata ...
– Jasia poznałam na pierwszej zabawie po ukończeniu VIII klasy, a na weselu siostry wszystko się zaczęło. Od tamtej pory zaczęliśmy się spotykać. Zaczął przyjeżdżać na każdą zabawę ... Całą noc bawiliśmy się tylko we dwoje. Później, gdy wracałam ze szkoły, w każdą sobotę czekał na mnie ... Zapraszał mnie na urodziny, Andrzejki – i pewnego razu zaproponował mi, abyśmy razem miło spędzili Sylwestra u jego kuzynki. Oczywiście się zgodziłam. Każde nasze spotkanie było dla mnie wielką radością. Po raz pierwszy poczułam, że jest ze mną ‘coś nie w porządku’, że po prostu go kocham.
– Pojechaliśmy tam..., ale o tyle zrobiliśmy źle, że okłamaliśmy mamę, powiedzieliśmy, że jedziemy na dyskotekę ... i że będę spać u siostry. Mama w to uwierzyła, a w końcu i tak dowiedziała się prawdy.
– I u tej kuzynki wszystko się zaczęło. Było nas czworo ... Zabawa noworoczna była udana. Lecz po zabawie byłam pewna, że będę spać z kuzynką, a Jasiu – z jej chłopcem. Gdy wracaliśmy z tej zabawy, a szliśmy sami, Jasiu spytał, czy zgodzę się z nim spać. Oczywiście powiedziałam: ‘Nie’! Byłam wystraszona, czego on ode mnie żąda. Nigdy nie miałam chłopaka i nie wiedziałam, jak to właściwie jest. Ale on zapewniał, że nawet mnie nie tknie, chce tylko mieć mnie przy sobie. Jeszcze trochę się buntowałam, ale w końcu się zgodziłam. Pomyślałam sobie: czy to coś złego, że będziemy spać obok siebie?
– Ale w łóżku okazało się inaczej: ani ja, ani on nie mogliśmy zasnąć, choć było już na dworze widno i byliśmy zmęczeni. Najpierw się całowaliśmy, później on mnie poprosił, bym mu się oddała. Wierz mi, Ojcze, że ja naprawdę tego nie chciałam. Był to dla mnie szok, coś strasznego, ale tak mnie prosił, błagał, że w końcu się zgodziłam. Gdy było już po wszystkim, zaczęłam tak głośno płakać, że chyba na dworze było słychać. Zaczął mnie uspokajać, przepraszać, całować, przekonywał, że mnie kocha i nigdy nie zostawi, a ja miałam na sercu tylko ogromną winę. Czułam wstręt do siebie, że zgodziłam się na coś takiego. – Rzeczywiście mnie nie zostawił, ale przyjeżdżał, choć był śnieg, rowerem – i na jakiś czas dał mi z tym spokój.
– Poszłam do spowiedzi, wyspowiadałam się i myślałam, że będzie jak dawniej. Ale któregoś dnia zapytał, czy chciałabym zrobić to co kiedyś, że on mnie kocha i jest mu bez tego trudno. Prosiłam, żeby nie robił tego. Ale znów wziął mnie na litość. I tak współżyliśmy ze sobą. Początkowo z litości, później robiło mi to przyjemność. Aż któregoś dnia powiedziałam: trzeba z tym skończyć! I to się stało właśnie w czasie rekolekcji.
– Zawsze byłam niespokojna, coś mnie gnębiło i nie wiedziałam, co mi jest. Teraz wiem, że Ojciec wyciągnął mnie z tego bagna ...
– Bardzo proszę, odpisz mi i powiedz co mam dalej robić, aby przygotować nas oboje do właściwego spełnienia obowiązków współmałżonków.
– Muszę się jeszcze pochwalić: że dzięki mnie, Jasiu przestał palić ... Jestem taka szczęśliwa!"

[List 2: pocz. XI.1992] „... Długo zastanawiałam się, zanim zdecydowałam się odpisać ... Naprawdę nie wiem, od czego zacząć. Nie mam nic ciekawego do przekazania, w moim życiu nie zmieniło się nic, czym mogłabym się pochwalić.
– Ojcze, wierz mi, bałam się twego listu, bałam się odpisywać. Najlepszym wyjściem w mojej sytuacji byłoby milczenie, a ty... myślałbyś, że nie mieszkam tam już rzeczywiście. Jednak nie mogłam, nie mogłam milczeć; od momentu otrzymania twego listu coś mnie prześladowało i wreszcie zdecydowałam się.
– Kochany Ojcze, boję się, boję się prawdy i tego, że mnie potępisz. Na pewno zdajesz już sobie sprawę z tego, że nasze życie nic się nie zmieniło. Otóż nadal ze sobą współżyjemy. Na początku – owszem, zerwaliśmy z ‘tym’ na jakiś czas, ale teraz jest jak dawniej i oboje dobrze zdajemy sobie z tego sprawę.
– Ojcze, proszę, nie odpychaj nas od siebie, ale raczej powiedz, powiedz jak żyć. Wydaje mi się, że my już inaczej naprawdę nie potrafimy i co gorsza, że ja przestałam z tym walczyć. Dopiero twój list otworzył mi oczy. Nie mogłam się zdecydować, zapytałam Jasia – i powiedział mi: ‘Napisz prawdę’.
– Nie wiem, co o nas w tej chwili myślisz, ale mimo to oczekuję od ciebie pomocy. Potrzeba chyba cudu jakiegoś, abyśmy zaczęli żyć inaczej.

Zdaję sobie z tego sprawę, że współżycie przedślubne jest grzechem, ale czy naprawdę tak wielkim, kiedy się przecież prawdziwie kochamy. Znam go dobrze, jego zalety, wady, i wiem, że lepszego ‘kandydata’ na męża nie znajdę. On jest pracowity i dobry, i wiem, że mnie kocha. Chodzimy ze sobą przecież już ponad 2 lata.
– Drogi Ojcze, byłam w Częstochowie i widziałam Ojca, jak wchodził z Pielgrzymką [sierpniową] i przeszedł Ojciec tuż koło mnie i nie zauważył mnie. Może, chociażby Ojciec zauważył, to na pewno by mnie nie poznał, a ja nie miałam wprost odwagi, by się odezwać.
– Znasz już, Dobry Ojcze, całą prawdę o nas. Bardzo się boję twojego odpisu, ale mimo to czekam z niecierpliwością. Nie napisałabym, ale wiem, że znalazłam w tobie... przyjaciela, który pomoże i wie, kiedy zganić, a kiedy pochwalić...”

Ten list tym bardziej wymagał odpowiedzi: pokrzepienia i umocnienia. W miesiąc później nadchodzi kolejna korespondencja p. Joli:

[List 3: koniec XI.1992] „... Celowo nie odpisywałam od razu, gdyż uważałam, że powinnam najpierw rozpocząć pracę nad sobą, a raczej oboje powinniśmy ją zacząć. Dałam Jasiowi do przeczytania i do przemyślenia ów Księdza list. On też to zrozumiał. Ojcze, oboje byliśmy już u spowiedzi świętej ...
– ... Chciałabym, abyś... wiedział (wszystko) o mnie i o Jasiu... Wiesz już, że chodzimy ze sobą ponad 2 lata i mamy najzupełniej poważne plany. Często rozmawiamy na temat naszego wspólnego życia, życia w małżeństwie. Znam go bardzo dobrze, wiem o nim prawie wszystko i wiem na pewno, że jest to dobry chłopak, ale i on nie miał łatwego dzieciństwa. – Jego mama pochodzi z takiej rodziny, w której życie codzienne rozpoczynało się od alkoholu. Natomiast ojciec to już zupełnie inny człowiek. To tylko on wychował Jasia na dobrego chłopca. Jasiu często płakał przede mną z powodu matki. Chociażby w ostatnią sobotę: byliśmy na prywatce Andrzejkowej u kolegi i w pewnej chwili wyszliśmy na dwór, aby na chwilę być tylko ze sobą ... Usiedliśmy na jakiejś ławce i płakaliśmy oboje, bo Jasiu powiedział, że ‘mama dzisiaj znów pijana, już nie wiem, co mam robić’. Powiedział, że tylko moja miłość do niego, a jego do mnie, podtrzymuje go na duchu. Tylko dla mnie wie, że jest potrzebny ... Chciałam za wszelką cenę go uspokoić, w końcu płakaliśmy oboje.
– Ojcze, od sakramentu spowiedzi nie popełniliśmy tego grzechu i wierzę, że nie popełnimy. Nie możemy popełnić... Jasiu zrobił się teraz bardzo delikatny. Kiedy chce całować mnie zbyt namiętnie, odsuwam się i on już wie, dlaczego. Ojcze, ja jestem wrażliwa i wymagam tego od niego. Chcę, żeby był delikatny i wrażliwy. Chociaż on ma ‘stalowe nerwy’!
– Ojcze, marzeniem moim jest, aby iść w pieszej pielgrzymce do Częstochowy ... W tamtym roku nie wyszło ...
– Dziękuję Ci, Ojcze, za wszystko. Myślę, że naprawdę zwyciężymy. A gdyby nie Ty ...! Boję się skończyć tego zdania! – Czekam na odpis i dalsze wskazówki na życie, które wcale nie jest takie łatwe. Proszę jednocześnie w naszym imieniu o modlitwę”.

Słabość nie dała za wygraną. W pół roku później pisze p. Jola:

[List 4: III.1993] „... Przed godziną wróciłam z religii, na której mowa była o modlitwie. I chyba ta nauka spowodowała, że poczułam nagłą potrzebę otwarcia swego serca przed kimś, kto mnie zrozumie ...
– Bałam się spotkać z Księdzem twarzą w twarz: bałam się, że zupełnie nie będę wiedziała, o czym mówić. Bo właściwie co mogliśmy Księdzu ofiarować? Nic! Serca nasze nie były czyste i w zupełności czyste chyba nie są ... Wiem tylko, że jednym ratunkiem dla nas jest rozstanie (ale nie na zawsze), gdy Jasiu pójdzie do wojska. Tak, jak kiedyś strasznie się bałam, tak teraz bardzo chcę, by mój Kochany poszedł do tego wojska jak najszybciej. Tylko to nas uratuje ... Gdybyśmy się rozstali (chociaż wiem, że dla mnie będzie to straszne), mogłabym wreszcie więcej czasu poświęcić modlitwie i rozmyślaniu, co czyniłam, gdy Jasiu pracował (daleko stąd). Jakże potrafiłam się modlić i całe godziny spędzać w cichym kościele. – A teraz nie poznaję sama siebie. Gdzie moja siła, gdzie wiara, gdzie modlitwa, gdzie Bóg ... Czyżbym nie potrafiła cieszyć się obecnością Jego tak, jak przykazał Pan?
– ... Piszę o wszystkim, a omijam to, o czym właściwie powinnam pisać. Będę zupełnie szczera. Jeśli już raz zdecydowałam się wyznać prawdę, teraz nie mam prawa ukrywać jej przed tobą, Ojcze, chociaż nasze postępowanie jest godne nagany. Postanowiłam sobie, że chociaż w tym Wielkim Poście zaprzestaniemy tego. Byłam sama i nakłoniłam jego do spowiedzi. Myślałam, że uda nam się zupełnie ‘odizolować’ od siebie. Nie zupełnie. To prawda, że od czasu spowiedzi współżycia nie było, ale pozwalaliśmy sobie na dotykanie, a tym samym doprowadzanie do podniet.
– Powiedz, Ojcze, czy tak żyjący ludzie, jak my, mogą być kiedyś szczęśliwi? Czy nie upodobniamy się tylko do zwierząt, które współżyją po to, aby zachować gatunek? Czy nie stać mnie na nic więcej?
– Nie, nie przestanę podejmować kolejnych prób walki ze złem. Chociaż do tej pory pozostawało tylko rozczarowanie, a pomożesz mi w tym ty – najdroższy i na pewno miły Bogu Ojcze ... Kocham dzieci i wiem, jak bardzo odpowiedzialna rola czeka mnie w przyszłości. Chciałabym być dobrą matką i kochającą żoną, ale żeby być nią w jednej postaci, należy zasłużyć, a ja nie zasłużyłam. Niestety, Ojcze, módl się za nas i proś Boga, bym była Mu wierna, gdy zostanę sama ...”

W kolejnym liście, z okresu gdy Jasiu był w wojsku, pisze p. Jola:

[List 6: 16.V.1993] „Teraz dopiero widać, Ojcze, jak bardzo potrzebna jest nam Twoja pomoc w pokonaniu tych trudów i wszystkich przeszkód, jakie stoją na drodze naszego szczęścia. – Teraz dopiero boję się, że możemy dać się ponieść i popsuć wszystko, kiedy stęsknieni za sobą spotkamy się sam na sam, padniemy sobie w objęcia – i co wtedy? – Proszę, pomóż! Pomóż mi, abym mogła wziąć udział w pielgrzymce ... i w ten sposób odkupić nasze winy ...”

Z dalszego listu:

[List 9: 12.III.1994] „Drogi Ojcze, wiem doskonale, że chciałbyś i dążysz do tego, abyśmy życie swoje i miłość układali zgodnie z prawem Bożym ... – Nic... w tym czasie nie zmieniło się, jeśli chodzi o nasze współżycie. Nadal je kontynuujemy. Tak bardzo chciałam jechać do Księdza, aby raz na zawsze skończyć z tym, aby Ksiądz wstrząsnął nami i powiedział nam, co o tym myśli.
– Teraz jest okres Wielkiego Postu i czas na poprawę swojego życia. Chciałabym chociaż w tym świętym czasie powstrzymać nas przed tym grzechem, ale nie chcę przyrzekać, bo boję się, że mogę nie dotrzymać obietnicy ...
– Drogi Ojcze, pomóż nam! Wiem, że nigdy nie jest za późno ... Już niedługo będziemy małżeństwem i wtedy musimy naprawić to zło popełnione wcześniej ...”.

Ostatecznie ci dwoje zwyciężyli, choć poprzez niemało upadków. Dalsze listy pisywała p. Jola już jako mężatka i matka:

[List 10: XII.1997] „Nasz synek ... skończył roczek, w tym dniu odprawiła się w jego intencji Msza św. Teraz już doskonale chodzi ... Nigdy nie rozumiałam miłości macierzyńskiej, dopóki jej sama nie zaznałam. Zawsze staram sobie skojarzyć tę miłość z miłością Ojca Niebieskiego do nas, ale o ile ona jest silniejsza niż nasza!
... – Wybraliśmy, zamiast lżejszego życia i możliwości mieszkania w nowym domu – stary dom i niższe zarobki, ale za to święty spokój... – Wspominaj naszą młodą rodzinę w swoich modlitwach...!”


Przytoczone listy ukazują dramatyczne zmagania w obliczu dobra i zła. Jak to dobrze, że pojawiają się wyrzuty i głos sumienia, w którym Bóg przypomina się swemu żywemu Obrazowi. To Boży dar dany człowiekowi, wspólnotom, społeczeństwom.

O Bożym przemawianiu przez wyrzuty sumienia mówi Chrystus m.in. przez św. S. Faustynę Kowalską:

„Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję się w tętno ich serca: kiedy uderzy dla Mnie.
– Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła.
– A jeżeli udaremnią wszystkie łaski Moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie – i daję im czego pragną ...” (DzF 1728).

Warto wziąć tę wypowiedź do serca i nabrać odwagi do zmiany postępowania, zgodnie z krzykiem Boga, którego nie może nie boleć, że Jego żywy Obraz pędzi ku roztrzaskaniu się – na zawsze.

Ktoś może zarzucić, że z jednego wyznania nie wynika wiążąco, iż każdy człowiek przeżywa wyrzuty sumienia po przedmałżeńskich kontaktach płciowych. Mimo to czujemy się upoważnieni do uogólnienia przytoczonego świadectwa – zresztą tylko jednego spośród wielu. W dalszym ciągu naszych rozważań spotkamy się być może jeszcze z innymi podobnymi wyznaniami.

(15 kB)
Objaśnienie

Można by zapytać partnerów narzeczeńskich: czy po kolejno podjętym współżyciu. ewentualnie zaawansowanych pieszczotach, czują pokój serca i wewnętrzną radość? Tego rodzaju eksperymenty kończą się bowiem poczuciem niesmaku, spłycenia intymności, jej poniżenia. Niemożliwe, by odbywanie stosunków w narzeczeństwie – w przeciwieństwie do pokojowo przeżywanego zjednoczenia w małżeństwie, nie prowadziło do pogardy sobą i tym drugim. By nie wiązało się z doświadczaniem swej małości, choćby w parze z tym szło poczucie niezdolności dokonania cięcia, początku zmartwychwstania z dna grzechu i rozpaczy.

Nieprawdopodobne, by te przykre przeżycia, które nie mogą nie być czymś odwrotnym w stosunku do tego, czym zgodnie z wrodzoną intuicją winna być miłość, nie były wyrazem pogwałconego głosu sumienia. Sam w sobie kierunek dążności tych dwojga jest prawidłowy: usiłują stać się jedno w miłości, z nastawieniem na małżeństwo. Jednakże to „dwoje jednym ciałem” nie może wyrażać się obecnie przez stosunek płciowy. Dotychczasowe rozważania potwierdzają niezmiennie, że współżycie w sytuacji przedmałżeńskiej nigdy nie stanie się świadectwem miłości. Choćby ci dwoje, uczuciowo zaangażowani, przyjmowali to do wiadomości z goryczą – w obawie, że będą musieli zdecydować się na ‘wyrwanie’ czegoś bardzo zakorzenionego. Zaniechanie współżycia wydaje się im swoistą „śmiercią” ... Ale nie ma innej rady. Chcąc zacząć nowy start w kształtowaniu komunii miłości godnej tego miana, trzeba wyzbyć się tego, co jest przeciw-miłością.

Czy wolno narażać się obopólnie na ciężkie wyrzuty sumienia? Ewentualnie czy tłumienie Bożego głosu w sercu swoim i tego drugiego, jest wyrazem miłości – jeśli nie względem Boga, to do siebie nawzajem? Czy uspokajanie siebie, że „to nic takiego”, że „to przejdzie” i że „miłość nie może być grzechem” – nie jest wyrazem duchowego okrucieństwa, obarczaniem się grzechami cudzymi? Czy można bezkarnie odciągać kogoś od Boga – i pozostać bez winy? Siłowe obalanie, a przynajmniej ignorowanie Bożego przykazania, nie może płynąć z miłości. Równałoby się to odrzuceniu samego Boga, który jest Miłością.

Równocześnie widać jaskrawo, jak bardzo Szatan „zwodzi całą zamieszkałą ziemię” (Ap 12, 9), by po wejściu w ludzkie serce (por. J 13,27) i zajęciu w nim miejsca ‘po’ Bogu, spętać człowieka złudną wolnością przymusu ciała i wtrącić do piekła (por. Łk 12,5).

(6.6 kB)

PODSUMOWANIE

W konkluzji każdego z poruszonych aspektów współżycia w sytuacji przed-małżeńskiej czujemy się zmuszeni do wciąż takiej samej odpowiedzi. Narzuca się stale taki sam wniosek: podejmowanie zaawansowanych pieszczot w narzeczeństwie nie tylko nie jest wyrazem miłości, a przeciwnie: staje się przekreślaniem poszukiwanej miłości. Ci dwoje zdążają wprawdzie w kierunku miłości i kochają na swój niedojrzały sposób, jednak w ostatecznym rozrachunku działania ich wiodą ku zgubie, a ich miłość jest skalana i wątpliwa.

Nic nie pomogą argumenty za stosownością podejmowania zbliżeń, chociażby w zamierzeniu tych dwojga płynęły one z miłości i ku niej się kierowały. Trzeba nieustannie przebijać się w głąb – ku widzeniu człowieka w świetle jego podstawowej wartości jako osoby. Tej zaś nie oszukają chęci kochania się – przy jednoczesnym niszczeniu podstaw miłości: daru otwartego na życie wieczne.

Ten dopiero wzgląd staje się z punktu widzenia samych tych dwojga jednym z najgłębszych uzasadnień tego, że współżycie przedślubne nie może nie być działaniem niszczącym – i stąd grzesznym, obiektywnie zawsze grzechem ciężkim. Poszanowanie wymienionych wartości jest sprawą tak podstawową, że nie może ono obowiązywać pod grzechem jedynie lekkim.

Zdajemy sobie oczywiście sprawy, że wskazanie na ten wzgląd: możliwości definitywnej utraty życia wiecznego, urasta do rangi poważnego motywu dla samych tych dwojga osób.
– Wciąż w pełni aktualne pozostaje głębsze uzasadnienie grzeszności podejmowania współżycia przed zawarciem ślubu: odrzucenie Boga jako Boga. Zagadnienie to było już przedmiotem rozważań pod koniec poprzedniej części (zob wyż.: Działania ‘contra’: Co na to Bóg? – oraz ciąg dalszy tego rozdziału: Kwestionowanie Boga jako Miłości. – Zob. ponadto wiele fragmentów do tego temat w cz. IV i V. A w końcu zob. cały długi rozdział: cz.VII, rozdz.3: Młodzieńczość w oblicz małżeństwa: sakramentu małżeństwa).

Ozdobnik

RE-lektura: cz.III, rozdz.4c.
Stadniki, 9.XI.2013.
Tarnów, 19.XII.2016.

(0,7kB)        (0,7 kB)      (0,7 kB)



Kupno nieznanego towaru
Impotencja

G. W BEZPOŚREDNIM PRZYGOTOWANIU DO MAŁŻEŃSTWA
Dziewictwo
Prawdziwa Miłość Poczeka ...
Paul Lauer: Miłość poczeka
UWAGA-Notatka. Kongres Rodzin 1994 (Warszawa)
UWAGA-Notatka. Dr Wanda Półtawska, Przygotowanie do Małżeństwa (1978)
Zewnętrzne warunki współżycia
Głos sumienia
Z korespondencji Joli-Jaś

PODSUMOWANIE

Obrazy-Zdjęcia

Ryc.1. Ojcze święty, pobłogosław Rodzinie i Ojczyźnie!
Ryc.2. Odwiedziny Indonezji w rodzinnej miejscowości misjonarza
Ryc.3. Goście z Indonezji w Wadowicach pod pomnikiem Jana Pawła II
Ryc.4. Promienie słońca w lesie: otwartość na promienie Łaski