(0,7kB)    (0,7 kB)

UWAGA: SKRÓTY do przytaczanej literatury zob.Literatura


Ozdobnik

4. Zagrożenie wolności daru ze strony pożądliwości

Wątek rozważaniowy ukazuje coraz wyraziściej, jak dalece podstawowym warunkiem stawania się darem dla drugiej osoby jest wewnętrzna wolność. Wolność jest narażona przez pożądliwość ciała, która chciałaby wymusić „użycie dla użycia”. Nadal korzystamy z refleksji metropolity Wojtyły:

„Zmysłowość ‘wyżywa się’ w pożądaniu ... Pożądliwość ciała idzie w kierunku ‘wyżycia się’, po którym cały stosunek do przedmiotu pożądania urywa się.
– W świecie zwierzęcym, gdzie instynkt rozrodczy prawidłowo zestrojony z potrzebą zachowania gatunku reguluje życie seksualne, takie zamknięcie reakcji pożądawczej jest zupełnie wystarczające.
– W świecie osób natomiast wyłania się tutaj poważne niebezpieczeństwo natury moralnej” (MiO 122n).

Zawężenie odniesień mężczyzny i kobiety do zaspokojenia samego pożądania przekreśla miłość, która ma być dobrowolnym darem osoby. Byłoby to równoznaczne z końcem miłości:

„Pożądliwość ciała zmienia ... przedmiot miłości, którym jest osoba, na inny – mianowicie na ‘ciało i płeć’ związane z jakąś osobą. Reakcja zmysłowości nie odnosi się ... do osoby, ale tylko do ‘ciała i płci’ jakiejś konkretnej osoby – i to właśnie ‘jako do możliwego przedmiotu użycia’.
– Siłą faktu więc w polu widzenia pożądania płynącego z pożądliwości ciała osoba drugiej płci staje nie jako osoba, ale jako ’ciało i płeć‘. Na miejscu istotnej dla miłości wartości osobowej wysuwa się sama wartość seksualna – ona też staje się ośrodkiem krystalizacji całego przeżycia” (MiO 123).

Zdążanie do tego, co narzucane jest przez pożądliwość jako przymus ciała, nie jest już wyrazem pełnej wolności, lecz jej zniewolenia pod podszewką pozornej wolności. Zaczyna się wolność swawoli. Już jako papież naucza były metropolita Krakowa:

„Namiętność dąży do zaspokojenia niejako na ślepo, bez odniesień do sumienia, a w tym dążeniu sama się ‘zużywa’. Nie ma ona w sobie żadnego źródła niezniszczalności. Właściwy jest dla niej natomiast dynamizm użycia aż do zużycia ...” (MiN 157).

Przyzwolenie na zdominowanie siebie przez pożądliwość ciała i płci oznacza zgodę na to, że dana osoba nie będzie się już kierowała wszczepioną sobie zdolnością myślenia jako władzy ducha uwrażliwionej na prawdę. Rozum podsuwa woli w tej chwili dobro pozorne: płeć, z pominięciem dobra obiektywnego: kryjącej się za nią osoby. Wola ulega zniewoleniu, chociażby tego zrazu nie zauważała. Nie zważa już na to, że ma przed sobą osobę w jej godności przerastającej wszystko, co jest tylko rzeczą. Zdąża do jednego: seksualnego eksploatowania tego drugiego – oraz siebie przy jego pomocy.


Dynamizm pożądliwości, zdążającej niekiedy z niebywałą siłą do zaspokojenia żądzy, jest trafnie opisany w słowie Pisma świętego:

„...Namiętność gorąca, jak ogień płonący,
nie zgaśnie, aż będzie zaspokojona;
człowiek nieczysty wobec swego ciała,
nie zazna spokoju, aż go ogień spali ...” (Syr 23,17).

Arcybiskup Wojtyła mówi w przytaczanym studium:

„Człowiek pragnie miłości bardziej niż wolności – wolność jest środkiem, a miłość celem. Pragnie jednak człowiek miłości prawdziwej, bo tylko w oparciu o prawdę możliwe jest autentyczne zaangażowanie wolności. Wola jest wolna, a równocześnie ‘musi’ szukać dobra, które odpowie jej naturze, jest wolna w szukaniu i wybieraniu, ale nie jest wolna od samej potrzeby szukania i wybierania” (MiO 110).

Tutaj właśnie dochodzi do zagrożenia wolności. Popęd łatwo osacza wolę, utrudniając lub uniemożliwiając podejmowanie wolnego wyboru. Wola może ulec presji pożądania, które nie ogląda się na prawdę, ani prawdziwe dobro osoby. Może zignorować dobro podsuwane przez rozum, a podąża za dobrem pozornym, dalekim od dobra godnego osoby:

„Nie znosi natomiast wola narzucania sobie przedmiotu dobra. Chce sama wybrać i sama zaafirmować, wybór bowiem jest zawsze afirmacją wartości przedmiotu, który się wybiera” (MiO 110).

Zachodzi różnica między afirmacją wartości seksualnej – a afirmacją wartości osoby. Wartość seksualna narzuca się sama przez się, siłą zmysłowo-uczuciowego przeżycia. Tymczasem afirmacja, polegająca na wyborze-umiłowaniu osoby, wymaga wysiłku rozumu i woli, kierujących się prymatem ducha nad samym tylko ciałem-płcią:

„Wartość seksualna ... raczej sama się narzuca, wartość osoby natomiast czeka na afirmację i na wybór. I dlatego w woli człowieka, który jeszcze nie uległ samym namiętnościom, ale zachował wewnętrzną świeżość, toczy się zwykle jakaś walka między popędem, a wolnością” (MiO 110).

Wynik zmagania się miłości z popędem-pożądliwością zależy od tego, czy tych dwoje łączy miłość prawdziwa, czy pozorna-fałszywa:

„Miłość ... najpełniej rozwija istnienie osoby ...
Miłość prawdziwa doskonali byt osoby i rozwija jej istnienie ...
Miłość fałszywa to taka, która albo zwraca się do pozornego dobra, albo ... do jakiegoś dobra prawdziwego, ale w sposób nie odpowiadający jego naturze, sprzeczny z nią” (MiO 65n).

Miłość, która kończy się na pożądaniu płci dla samego użycia-wykorzystania, przekreśla istotę siebie jako daru. Nie stwarza przymierza osób, które by ubogacało poprzez wzajemne oddanie oraz przynależność do siebie. Jest przeciwieństwem miłości, jaka winna cechować miłość oblubieńczą:

„Nie obustronne używanie seksualne, w którym x [ona] oddaje swe ciało w posiadanie y [jemu], aby oboje mogli zaznać przy tym maximum rozkoszy zmysłowej – ale właśnie wzajemne oddanie się i wzajemna przynależność do siebie osób – to [jest] całkowite i pełne ujęcie natury miłości oblubieńczej ...
– Miłość nie może się wyrażać w samym używaniu, choć nawet obustronnym i równoczesnym. Wyraża się ona natomiast prawidłowo w zjednoczeniu osób. Owocem zjednoczenia jest ich wzajemna przynależność ...” (MiO 102).

(9 kB)
Objaśnienie

Miłość prawdziwa musi się stać rzeczywistością istniejącą najpierw „we wnętrzu”  jednej i drugiej osoby. Tak dopiero może się przekształcać w miłość istniejącą „pomiędzy” nimi, i zespolić ich oboje w coraz bardziej dojrzałe „my” (MiO 70).

Uświadamiamy sobie, że pożądliwość ciała odwraca ład obopólnego oddania i przyjęcia w rzeczywistość przeciwną: w zaspokajanie samozadowolenia seksualnego – jednostronnie lub za obopólną zgodą. Drugi jako ktoś: serce – nie wchodzi w rachubę. Uwaga zawęża się do ciała i płci, spoza których ci dwoje nie dostrzegają już swego oblicza. Dążenia koncentrują się na ciele jako terenie do zawłaszczenia. Oboje zaś zdają sobie sprawę, że nie muszą ulec przymusowi pożądliwości. Jeśli mu się poddają, czynią to dobrowolnie (MiN 133).

W tym ujawnia się przeciwieństwo pożądliwości w stosunku do miłości jako „bezinteresownego daru”. Ci dwoje wprowadzają siebie w zasadniczy błąd, że się sobie oddają. Dar zostaje zamieniony w zagarnianie dla egoistycznego samozaspokojenia. Oboje odbierają swemu działaniu godność składanego daru. Mąż żonie siebie nie daje, chce zaś mieć jej ciało, by eksploatując je jako rzecz, odreagować swoje podniecenie seksualne i zapewnić sobie przyjemność – poprzez nią.

Tę swoją przyjemność nazywa miłością daru, składanego małżonce! Chociaż absolutnie nie zdąża do zapewnienia dobra jej samej. Ona jako ktoś żywy znika z jego widnokręgu. Nie widzi jej osoby, której ślubował „miłość, wierność i uczciwość” małżeńską – z myślą o jej i swoim dobru ostatecznym. Taka winna była być miłość, zwracająca się „od osoby do osoby pod wpływem dobrowolnego uczucia, obejmującego dobro całej osoby” (GS 49).

Pożądliwość prowadzi w ten sposób do od-człowieczenia. Człowiek spada pod jej wpływem z godności osoby do poziomu rzeczy (MiN 132). Małżonkowie staczają się z przeżywania miłości na miarę prymatu ducha – na niziny zaspokajania seksualizmu. Zapatrują się sprzecznie z obiektywną prawdą w samo tylko ciało, które przesłania osobową godność. Tymczasem człowiek jest kimś jedynie przez swego „nieśmiertelnego ducha”, który „formuje” jego ciało (FC 11). Duch też, tj. dusza nieśmiertelna, stanowi o samoświadomości i uzdolnieniu do odpowiedzialnego działania.


5. Oddanie siebie
uwarunkowane samo-posiadaniem siebie

Warunkiem składania się w darze jest samoposiadanie siebie. Jest to ulubiona myśl Wojtyły. Na sympozjum zorganizowanym przez niego niedługo przed objęciem pontyfikatu, powiedział on:

„Jeśli mężczyzna i kobieta w małżeństwie wzajemnie się sobie oddają aktem osobowym, to dlatego, że każdy z nich właśnie jako osoba jest zdolny do takiego oddania. Zdolność do... ‘bezinteresownego daru z siebie samego’... płynie stąd, że człowiek jako osoba ... siebie samego posiada, że jest zarazem panem siebie, czyli sobie samemu panuje ...
– Dawać siebie, czynić ‘bezinteresowny dar z siebie samego’ może tylko ten, kto siebie samego posiada i sobie panuje. W oddaniu jest zawarte i wyrażone owo samoposiadanie, które stanowi istotową strukturę osoby...” (SAPA 17).

Pożądliwość prowadzi do tego, że człowiek przestaje panować sobie samemu. Zafascynowany dobrem pozornym, zgadza się, by zniewoliła go popędowość. Jej składa w hołdzie godność swej osoby – wraz z jej kwiatem: wolnością od wewnętrznego przymusu. Równocześnie wmawia sobie, że jest wolny, bo stać go na odrzucenie Bożego przykazania ... !

Dwie miłości
Objaśnienie

Rychło okazuje się, że owa wolność, a raczej zbuntowane wyzwolenia się spod jarzma przykazań Tego, który „sam tylko jest Dobry” (Mk 10,18), jest złudzeniem. Każdy dalszy krok jest podejmowany pod dyktando ostatecznie „Węża starodawnego, który się zwie diabeł i szatan, zwodzącego całą zamieszkałą ziemię” (Ap 12,9). Szatan zaś wysługuje się chętnie żarem roznamiętnienia. Człowiek sam się zgadza, że nie będzie już posiadał siebie samego. Posiadła go namiętność, a ostatecznie: Zły!

Dla namiętności nie jest ważny człowiek jako Ktoś. Namiętność podsuwa nienasycone podążanie za doznaniem. Ujawnia to jej dynamizm DO-środkowo ukierunkowanego egoizmu seksualnego.
– Dynamizm właściwy miłości jest zawsze przeciwny: jest siłą OD-środkową, która każe siebie składać w darze – w poszukiwaniu prawdziwego dobra tego kogoś: umiłowanego.

Działanie pod przymusem roznamiętnienia, to wzajemne odbieranie sobie swej godności jako osoby i sprowadzanie siebie do roli rzeczy-narzędzia. Skoro i on i ona przestali siebie posiadać, nie mają sobie nic do złożenia w darze. Człowiek przestał być wolny: stał się niewolnikiem z dobrowolnego wyboru. Partnerzy mogą nie zdawać sobie sprawy ze swego zagrożenia: grożącej im utraty dobra wiecznego. Niebo jest dla prawdziwej miłości. Tutaj zaś działa nie-miłość.
– Często jednak ci dwoje nie chcą w ogóle zastanawiać się nad swym przeznaczeniem. Natomiast Słowo Boże uświadamia jednoznacznie, jakie są warunki osiągnięcia życia wiecznego:

„‘Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?’
– Jezus mu odpowiedział: ‘... Znasz przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj’...” (Łk 18,18nn).

Dobrowolna kapitulacja z samopanowania sobie staje się końcem miłości-daru. Nie-miłość przeradza się w egoistyczne zagarnianie jednego tylko komponentu osoby, tego dotykalnego: ciała-płci. Ci dwoje marnują szansę dostrzeżenia kryjącej się za nim nieśmiertelnej wartości.
– Dlatego też spojrzenie człowieka pożądliwości jest nieczyste. Poniża godność tego drugiego – oraz swoją własną. Nie ma w nim subtelności właściwej miłości. Jest przeciwieństwem „[widzenia] siebie jakby wzrokiem samej tajemnicy stworzenia” (por. MiN 53n). Jest niezdolne „widzieć i ogarniać siebie z całym pokojem wewnętrznego wejrzenia, które właśnie stwarza pełnię osobowej intymności” ; niezdolne by „komunikować na gruncie tej komunii osób, w której poprzez swą kobiecość i męskość stają się wzajemnym darem dla siebie” (tamże).


B.    ETYCZNY WYMIAR „MOWY CIAŁA”

Ozdobnik

Oddawanie siebie jako imperatyw
ontologiczno-etyczny

Wzajemne oddawanie-przyjmowanie siebie w małżeństwie nie jest jedynie utopijnym postulatem. Wyrasta ono z samego w sobie bycia mężczyzną i kobietą i stanowi cechę specyficzną (ontologiczną) faktu, że człowiek jest osobą. Wyraża ono zarazem niezbywalną wartość tego, że ktoś jest mężem czy żoną (cechę aksjologiczną), stając się konsekwentnie kryterium oceny moralnej małżeńskich odniesień (wartość etyczna). Wyraził to zwięźle kardynał Wojtyła:

„W oddaniu jest zawarte i wyrażone owo samoposiadanie, które stanowi istotową strukturę osoby,
które od samego niejako korzenia konstytuuje jej profil ontologiczny, a także aksjologiczny” (SAPA 17).

Dotyczy to również odniesień płciowych męża i żony jako związanych przymierzem miłości. Gdyby któreś z nich chciało sprowadzić siebie lub tego drugiego do poziomu już tylko rzeczy dla wyżycia się, byłoby to z punktu widzenia bytu człowieka krzyczącym wystąpieniem przeciw godności jego osoby:

„Małżonkowie w całokształcie swego wzajemnego odniesienia
muszą wzajemnie respektować osobowy charakter swego bytu ...” (SAPA 17n).

Chodzi o ontologiczno-etyczny imperatyw, płynący z natury mężczyzny i kobiety jako osób. U zwierząt nie wchodzi w rachubę samo-świadomość, samo-stanowienie, ani odpowiedzialność za godność. Natomiast człowiekowi nie wolno zadawać kłam gestowi oddania. Nie godzi się, by człowiek miał zamieniać dynamizm stawania-się-darem-‘dla’ – w zamach na wolność partnera. Tak zaś działoby się w przypadku poddania się pożądliwości. Pożądliwość zdąża do egoistycznego zawłaszczenia osoby-daru, jakby była rzeczą – wbrew prawdzie. Kardynał Wojtyła mówił:

„Istotne i dogłębne w owym wzajemnym odniesieniu [małżonków] jest to, że człowiek nie posiada siebie i nie może też dawać siebie na sposób rzeczy, których człowiek bywa właścicielem, a one własnością. Człowiek ani w ten sposób siebie nie posiada, ani nie może siebie uczynić własnością drugiego, ani nie może być w ten sposób przez drugiego przyjmowany. Może i powinien – w znaczeniu ontycznym i w konsekwencji etycznym – oddawać siebie i być przyjmowanym na prawach ‘bezinteresownego daru’ ...” (SAPA 18).

Zrozumienie przedstawianego tu ciągu myślowego wymaga zapewne wysiłku umysłowego, niemniej wątek logiczny jest prawidłowy. Wzajemne oddanie się sobie wnosi w komunię miłości ubogacenie męskością i kobiecością. Ci dwoje oddają się sobie na każdym poziomie człowieczeństwa – łącznie ze swą odmienną specyfiką męską i żeńską. Tak dopiero stają się komunią osób.

W przypadku chrześcijanina, do tej „komunii [która] jest owocem i znakiem potrzeby głęboko ludzkiej” (FC 19), dołącza się łaska sakramentu. W miarę jak małżonkowie otwierają się na łaskę, otrzymują „dar nowej komunii, komunii miłości” (FC 19). Rozwija się ona na kształt miłości łączącej Chrystusa z Kościołem.
– Ta właśnie miłość, tzn. Bóg-Miłość jako nie-stworzony dar Ducha Świętego, staje się dla małżonków:

„...życiowym przykazaniem..., a zarazem podnietą, by z każdym dniem zmierzali ku coraz głębszej więzi pomiędzy sobą na każdym poziomie: na poziomie związku ciał, charakterów, serc, umysłów i dążeń, związku dusz, ukazując w ten sposób Kościołowi i światu nową komunię miłości, jako dar Łaski Chrystusowej” (FC 19).

Są to słowa Wojtyły już jako papieża. Mówi on o miłości jako „życiowym przykazaniu”, chociaż zarazem „podniecie”. Wypowiedź ta dotyczy małżeństwa jako sakramentu. Niemniej sakrament wyrasta z natury wzajemnych odniesień małżonków, tj. osób, które zdecydowały się na komunię ukierunkowaną na przekazywanie życia. Rozwój w miłości jako daru osoby nie jest dla małżonków ogólnikowym „przykazaniem miłości”, obowiązującym wszystkich bez wyjątku. Miłość jest w małżeństwie „życiowym przykazaniem”, zobowiązującym do zdążania „z każdym dniem... ku coraz głębszej więzi pomiędzy sobą”. Chodzi o nakaz ontyczno-etyczny. Ci dwoje nie musieli utworzyć komunii małżeńskiej. Skoro się jednak na nią zdecydowali, miłość-dar przestaje być sprawą dowolną. Z danego słowa trzeba się będzie rozliczyć ...


Wyjątkowe znaczenie aktu współżycia

Małżonkowie dysponują wieloma sposobami wyrażania sobie oddania-miłości.
– Wyrazem wzajemnego daru staje się budowanie rodzinnego gniazda.
– A także praca zarobkowa dla utrzymania powstałej wspólnoty.
– Bycie-darem-‘dla’ może sięgać heroizmu poświęcania się, gdy do domu zagląda głód, bezrobocie, choroba, trudności, prześladowanie.
– Innym wyrazem bycia-darem jest kształtowanie sumienia: swojego oraz dzieci.

Nowego jednak wymiaru nabywa bycie-darem w chwilach obopólnej bliskości (ale jeszcze nie współżycia), gdy małżonkowie umacniają swoją więź przez „czułe uczucia i akty” (GS 49). Nie przestając być kimś odrębnym, stają się wtedy:

„...poniekąd ‘wspólnym podmiotem’ małżeńskiego współdziałania ‘...
w owej intymnej rzeczywistości osoby ludzkiej, jaką stanowi sama płeć i płciowość’...” (SAPA 23n).

Wyrażanie sobie czułości-serdeczności nie może być obojętne z punktu widzenia personalistycznego i etycznego. Miłość każe przebijać się do godnego przeżywania obopólnej bliskości, tj. na miarę niezbywalnych przymiotów człowieczeństwa, wymagających działania odpowiadającego prymatowi ducha.

(28 kB)
Objaśnienie

Każdy człowiek żyje jednak w rzeczywistości nadprzyrodzonej. Obopólne odniesienia małżonków, nie wyłączając chwil stawania wobec siebie w swej męskości i kobiecości, są niezbywalnie skąpane rzeczywistością, którą Kościół przypomina, ilekroć mówi o „integralnej wizji człowieka” (HV 7; FC 32). Uwzględnia ona „całego człowieka i całe jego powołanie, obejmujące nie tylko porządek naturalny i doczesny, ale i nadprzyrodzony i wieczny” (por. tamże).

Wśród zróżnicowanych „czułych uczuć i aktów” (GS 49), miejsce w sposób istotny odmienne w swej ontyczno-etycznej jakości zajmuje akt zjednoczenia płciowego. Posiada on:

„...wśród wszystkich możliwych ‘znaków miłości’ szczególne,
wręcz wyjątkowe znaczenie: ... (wyjątkową) godność i odpowiedzialną doniosłość” (MiN 497).

Moment ten uwydatnia Jan Paweł II również w Liście do Rodzin:

„Moment zjednoczenia małżeńskiego jest najbardziej szczególnym doświadczeniem tego właśnie daru. Mężczyzna i kobieta, w całej ‘prawdzie’ swej męskości i kobiecości, stają się w tym momencie wzajemnym darem dla siebie.
– Całe życie w małżeństwie jest darem, ale odnosi się w sposób szczególny do tego właśnie momentu, kiedy małżonkowie oddając się sobie wzajemnie w miłości, urzeczywistniają to spotkanie, które czyni z nich dwojga ‘jedno ciało’ [Rdz 2,24](LR 12).

Wyjątkowość podjętego aktu zjednoczenia małżeńskiego płynie stąd, że wyraża on nie tylko jedność w miłości. Tę okazują sobie małżonkowie wielorako w inny sposób, bez angażowania narządów płciowych. Natomiast współżycie płciowe wyraża niezbywalnie dalszy jeszcze komponent wzajemnego oddania: gotowość rodzicielską. Tego komponentu nie zawiera żaden inny objaw czułości, chociaż i w nich angażuje się ciało i płeć.

W akcie współżycia płciowego stapiają się i ulegają skondensowaniu zarówno oba ukierunkowania (destinatio = przeznaczenie) małżeństwa, jak i obie rzeczywistości, których już wyrazem-świadectwem (significatio = oznaczenie) stała się komunia małżeńska: budowanie jedności w miłości (oblubieńczy sens ciała) – oraz gotowość rodzicielska (rodzicielski sens ciała). Obie te rzeczywistości: jedność-miłość oraz rodzicielstwo, są nieodwołalnie i obiektywnie zakodowane w strukturze oraz dynamizmie aktu płciowego (zob. wyż., cz. II, rozdz. 1: Ład struktury i dynamizmu aktu).
– Chodzi o strukturę aktu płciowego na poziomie ciała-płci, ale tym bardziej ducha, który stanowi o godności osób męża i żony. Reakcje ciała spełniają funkcję upoważnionych pośredników, przekazujących obopólną „mowę” osoby męża i żony, które oddają się sobie w „bezinteresownym darze”, by „odnaleźć” siebie w tym drugim.


Oddanie osoby wpisane w strukturę i dynamizm aktu

Zastanowienie się nad faktem zjednoczenia płciowego nawet tylko w aspekcie jego struktury biologicznej prowadzi do wniosku, że ‘mówi’ ono o czymś za każdym razem. Dokonuje się tu zdumiewające zjednoczenie mężczyzny z kobietą poprzez narządy kontaktowania płciowego. Ci dwoje stają się jednym ciałem-podmiotem w komunii miłości, która w tymże momencie wyraża swą potencjalność rodzicielską.

Zjednoczenie to wyzwala zadziwiającą w porządku biologii energię. Odbija się głośnym echem na wszystkich poziomach człowieczeństwa: od płaszczyzny fizjologicznej, poprzez psychikę, po wyrazisty głos sumienia, w którym do człowieka mówi Bóg. Przeżycie to określa się mianem szczytowania-orgazmu. Ktoś się wyraził, że jest to „duchowy zryw materii”.

Przeżycie szczytowania kształtuje się odmiennie u mężczyzny – a u kobiety. U mężczyzny dynamika zespolenia płciowego przekształca się w złożenie w narządzie rodnym kobiety nasienia, które warunkuje poczęcie. Współżycie stwarza w ten sposób podłoże, na którym może zaistnieć nowe życie. Tak wyraża się:

„...wzajemnie się warunkujący dynamizm napięcia i zaspokojenia,
którego bezpośrednim źródłem i podmiotem jest ciało w swej męskości i kobiecości,
ciało w swojej akcji i interakcji...” (MiN 473).

Niemożliwe, by przeżycie to nie odbiło się głębokim echem w sumieniu. Mąż i żona nie są jedynie dwoma ciałami, które ‘nadają się’ do spółkowania. Ponad wszystko są oni dwiema osobami, zdolnymi odpowiadać za swe czyny.

Partnerzy różnie współżyją: bądź zgodnie z wpisanym w ten akt wewnętrznym ładem, bądź na przekór jemu. Wstępnym warunkiem godnego przeżycia chwil „dwoje-jednym-ciałem” jest, by ani jedno, ani drugie w niczym nie zakłócało zarówno struktury, jak i dynamizmu zespolenia.

U człowieka jako zaszczyconego zdolnością podejmowania odpowiedzialności, „prawa biologiczne ... są częścią osoby ludzkiej” (HV 10). Nie chodzi tu o prawidłowości przyrodnicze, wyznaczające ślepe przeznaczenie do rodzicielstwa, na które ci dwoje nie mieliby wpływu. Zza tych praw bowiem spogląda na małżonków kochający ich Bóg: Stworzyciel i Odkupiciel. Chodzi zatem:

„...nie tyle [o] wierność dla bezosobowego ‘prawa natury’,
ile dla osobowego Stwórcy, który jest źródłem i Panem tego prawa” (MiN 477).

Bóg nie zmusza do poszanowania ładu aktu współżycia, a natomiast niezwykle poważnie prosi małżonków, by tak, a nie inaczej podejmowali swe zjednoczenie.

Człowiek nie może się wyzwolić spod niezbywalnego uzdolnienia do stwierdzenia m.in. faktu, że nierozłączna dwuaspektowa celowość (destinatio) aktu płciowego nie pochodzi z ustanowienia ludzkiego. Mąż i żona stwierdzają, że podjęcie najintymniejszego zjednoczenia (ukierunkowanie aktu na miłość) dochodzi do skutku przez to, że objawia ono jednocześnie ich gotowość rodzicielską (ukierunkowanie aktu na rodzicielstwo). Obie te celowości stworzył i wręcza małżonkom sam Bóg-Miłość. On to w swej miłości wpisał w naturę małżonków miłość-dar w akcie współżycia jako rzeczywistość nierozdzielnie sprzężoną z potencjalnym rodzicielstwem (por. HV 12).

Jeśli u Boga miłość, którą On JEST (1 J 4,8.16), jest jednocześnie pełnią życia, budzącego do istnienia poprzez darowanie siebie jako właśnie miłości-życia, nic dziwnego, że również mężczyzna i kobieta, żywy „Obraz i Podobieństwo” (Rdz 1,26n) tego Boga, są w małżeństwie nierozdzielną jednością życia-miłości.
– Tym bardziej zaś ukształtował Bóg tak właśnie sam kondensat małżeństwa: akt zjednoczenia, w którym powołuje mężczyznę i kobietę do uczestnictwa w swojej stwórczej – miłości. Dlatego też Jan Paweł II podkreśla:

„Podmiotem wszakże prawa natury jest człowiek, nie tylko w aspekcie ‘przyrodniczym’ swego bytowania, ale w integralnej prawdzie swej osobowej podmiotowości. Równocześnie tenże sam człowiek odsłania się przed nami w objawieniu Bożym jako mężczyzna i kobieta, w całym swoim doczesnym i eschatologicznym powołaniu.
– Stamtąd też czerpiemy przekonanie, że człowiek jest nie tylko poddany reaktywności ciała w związku z męskością i kobiecością swej podmiotowej struktury – ale, że w tej strukturze został od początku wezwany przez Boga, aby był szafarzem sakramentu, który od początku został ustanowiony w znaku ‘jedności ciała’ ...” (MiN 472n).


Prawda i treść „mowy ciała” aktu współżycia

Określeniem „mowa ciała” wyraża Jan Paweł II rzeczywistość w pewnym sensie równoważnie tę samą, którą Paweł VI w Humanae Vitae określa jako dwojakie „przeznaczenie” (destinatio) i odpowiadające mu dwojakie „oznaczenie” (significatio) małżeńskiego aktu (HV 11n):

„Rzecz jasna, że ciało jako takie nie ‘mówi’, że mówi człowiek, odczytując to, co domaga się wypowiedzenia właśnie ze względu na ‘ciało’, na męskość czy kobiecość jego osobowego podmiotu – więcej: co tylko za pośrednictwem ciała może być wypowiedziane przez człowieka.
– W tym znaczeniu człowiek – mężczyzna lub kobieta – nie tylko przemawia ‘mową ciała’, ale poniekąd pozwala temu ciału ‘mówić za siebie’, ‘od siebie’, poniekąd w swoim imieniu i swoim osobowym autorytetem” (MiN 414).

Ilekroć w grę wchodzi „mowa”, wyłania się nierozdzielnie z nią związany wymóg zadanej jej prawdy oraz wierności prawdzie. Wspomnieliśmy o tym już pod koniec rozdz. 1-go niniejszej drugiej części (zob. wyż.: „Akt jako wyraz „mowy ciała” ). Posłuchamy jeden raz więcej słów Jana Pawła II:

„Istotne bowiem dla wszelkiej mowy jako wyrazu poznania
są kategorie prawdy i nieprawdy (czyli fałszu)” (MiN 410).

W przypadku małżeństwa wymóg prawdy wkracza zarówno w wierność sobie samemu, jak i sakramentalność związku:

(29 kB)
Objaśnienie

„‘Mowa ciała’ wchodzi... w integralną strukturę znaku sakramentalnego, którego podmiotem właściwym jest człowiek: mężczyzna i kobieta. Słowa przysięgi małżeńskiej ustanawiają ten znak, gdyż znajduje w nich wyraz oblubieńcze znaczenie ciała w jego męskości i kobiecości. To przede wszystkim znaczą słowa: ‘Biorę ciebie... za żonę – za męża’. Co więcej: w słowach tych zostaje potwierdzona zasadnicza ‘prawda’ mowy ciała, zostaje też (przynajmniej pośrednio...) wykluczona zasadnicza ‘nieprawda’: fałsz ‘mowy ciała’...” (MiN 410; por. tamże, 472n).

Wymóg prawdy wyrażanej poprzez „mowę ciała” nie jest sprawą jedynie reakcji seksualnej ciała. Jest ona wyrazem podjętej odpowiedzialności, która wkracza w osobową godność małżonków, objawiających się sobie w „mowie ciała”. Gesty ciała są znakiem rzeczywistości przerastającej biologiczny wymiar aktu:

„Mężczyzna i kobieta prowadzą w ‘mowie ciała’ ów dialog, jaki zapoczątkował się w dniu stworzenia wedle Rdz 2,24n. I właśnie na poziomie tej ‘mowy ciała’, która jest czymś więcej niż sama tylko reaktywność seksualna, i która jako autentyczna mowa osób podlega wymogom prawdy, wypowiadają siebie wzajemnie. Wypowiadają zaś pełniej i głębiej, niżeli na to pozwala sam somatyczny wymiar męskości i kobiecości: wypowiadają na miarę całej prawdy o sobie” (MiN 473; por. KKK 2370).

Treść „mowy ciała” aktu zjednoczenia wyraża następującą rzeczywistość: że mąż darowuje żonie siebie całego w dobrowolnym darze, jednocześnie przyjmując taki sam dar, którym małżonka, osoba najdroższa, oddaje mu w swej wolności nawzajem siebie całą.
– Warunkiem takiego złożenia swojej osoby – drugiej osobie, jest oczywiście, by siebie ‘posiadać’ i nie podlegać przymusowi. Wewnętrzna wolność i całkowitość daru są podstawową płaszczyzną dla etycznej oceny małżeńskiego aktu. Rozumiemy zasadność słów papieża Wojtyły:

„Miłość małżeńska zawiera jakąś całkowitość, w którą wchodzą wszystkie elementy osoby – impulsy ciała i instynktu, siła uczuć i przywiązania, dążenie ducha i woli. Miłość zmierza do jedności głęboko osobowej, która nie tylko łączy w jedno ciało, ale prowadzi do tego, by było tylko jedno serce i jedna dusza ...” (FC 13).

Całkowitość i wolność daru nie wyrastają z samego ciała w znaczeniu fizycznym. Przymioty te wiążą się z człowiekiem jako osobą. Jedynie będąc ciałem-duchem naraz, mąż i żona mogą stać się darem – całkowitym lub połowicznym; dobrowolnym, czy też pod przymusem zewnętrznym lub wewnętrznym. Osoba jest ‘sobą’ dzięki prymatowi ducha, czyli uwrażliwieniu na prawdę, oraz samostanowieniu o sobie:

„... wymiar wolności daru staje się istotny i decydujący dla owej ‘mowy ciała’, w której mężczyzna i kobieta wypowiadają siebie wzajemnie w zjednoczeniu małżeńskim. Ponieważ jest to zjednoczenie osób, przeto ‘mowa ciała’ musi być sądzona wedle kryteriów prawdy” (MiN 473).


W teologii małżeństwa przyjęło się określanie łącznie rozpatrywanych, omawianych tu dwu ukierunkowań aktu jako jego „wewnętrzny ład”, względnie „wewnętrzna prawda” aktu współżycia. Jan Paweł II pisze w związku z tym:

„Oczywiście celem wzajemnego daru mężczyzny i kobiety (w momencie małżeńskiego zjednoczenia) nie jest tylko zrodzenie dzieci, lecz również wzajemna komunia miłości i życia. Trzeba jednak, ażeby została zabezpieczona wewnętrzna prawda tego daru.
– ‘Wewnętrzna’ to nie znaczy tylko ‘subiektywna’. ‘Wewnętrzna’ – to znaczy odpowiadająca obiektywnej prawdzie tego i tej, która przekazuje dar. Osoba nie może być nigdy środkiem do celu, środkiem ‘użycia’ – musi być sama celem działań. Tylko wtedy działanie odpowiada jej prawdziwej godności” (LR 12).

Stajemy na twardym gruncie antropologicznych podstaw etycznego wymiaru aktu współżycia. Ciało i płeć małżonków jednoczących się we współżyciu „mówi” : że ci dwoje stają się w tej chwili dla siebie darem w całkowitości swych obojga osób. Ich złączenie się w ‘jedno ciało’ niemal krzyczy – w towarzyszącym mu psychofizycznym przeżyciu szczytowania – z upoważnienia obojga: że tu się jednoczą oczywiście ciała, ale tym bardziej – poprzez ciało i płeć – ich serce i dusza, jedno i drugie jako osoby.

Zespolenie w ciele przejmuje funkcję znaku. A ten świadczy, że tymi właściwymi, którzy się tu jednoczą, są ich osoby. Bóg tak stworzył człowieka, że niemożliwe byłoby dla niego wyrażenie ‘miłości’, będącej rzeczywistością natury duchowej, inaczej jak tylko poprzez ciało. Bóg stworzył człowieka przecież jako ciało-ducha naraz.
– Stąd też Ojciec święty mówi, mając na myśli chwile intymnego zjednoczenia małżeńskiego:

„Mężczyzna i kobieta łączą się z sobą tak ściśle, że... stają się ‘jednym ciałem’ (Rdz 2,24) ...
Zarówno mężczyzną jak kobietą jest człowiek poprzez ciało. Równocześnie zaś te dwa somatyczne (cielesne) zróżnicowane podmioty uczestniczą na równi w zdolności ‘życia w prawdzie i miłości’. Zdolność ta, natury duchowej, odzwierciedla osobową konstytucję człowieka. Odzwierciedla ją wespół z ciałem. Przez to mężczyzna i kobieta są predysponowani (staje się to dla nich możliwe) do ukształtowania ‘komunii osób’. Kiedy łączą się z sobą w małżeństwie jako ‘jedno ciało’, to zjednoczenie obojga winno równocześnie stanowić jedność ‘w prawdzie i miłości’. Wtedy posiada ono dojrzałość właściwą ludzkim osobom – stworzonym na obraz i podobieństwo Boga” (LR 8).

W ten sposób ciało spełnia w akcie współżycia swój sens oblubieńczy. Mówi głośno o rzeczywistości znacznie głębszej, aniżeli to wyraża reakcja seksualna: proklamuje ono miłość, rzeczywistość osobową, choć wyrażaną poprzez „mowę ciała”.

Z kolei jednak tak dopełnione zjednoczenie dwojga osób w miłości staje się możliwe tylko dzięki temu, że w tejże chwili otwiera się ono na oścież na rodzicielski sens ich ciał. Zarówno struktura, jak dynamizm aktu mówią z upoważnienia ich obojga, że potęga ich miłości jest w tej chwili gotowa na rodzicielstwo. Samą tę gotowość rodzicielską wpisał Stworzyciel w dynamizm przeżycia głównie mężczyzny.

Już na tym miejscu wypada dodać – z wyprzedzeniem niejednego rozważania dalszego ciągu naszej strony, że tutaj właśnie tkwi antropologiczne i wielorakie inne uzasadnienie zdecydowanego odrzucenia takich form uprawiania nie zjednoczenia małżeńskiego, lecz seksu-dla-seksu, jak petting, seks ‘oralny’, czy jeszcze inne zwyrodniałe formy uprawiania seksualizmu. Wszystkie te formy stoją w całkowitej sprzeczności z wewnętrznym ładem miłości osobowej.

Ilekroć małżonkowie sięgają dla wyrażenia sobie wzajemnej więzi po akt zjednoczenia płciowego, będzie on odpowiadał prawdzie uaktywniającej się wówczas „mowy ich ciał” jedynie wówczas, gdy to będzie zjednoczenie podjęte nie gdzie indziej lecz w pochwie, oraz gdy ci dwoje w pełni uszanują rozwijającą się wtedy zarówno strukturę małżeńskiego aktu, jak i gdy pozwolą bez żadnego zakłócenia rozwinąć się dynamizmowi towarzyszącego ich małżeńskiemu zjednoczeniu.

Godność wzajemnych odniesień osobowych w tej chwili będzie wymagała pełni wzajemnej czułości i subtelności, a także żeby samo zjednoczenie było przedłużonym trwaniem w sobie, jako wyrazu rzeczywistego zjednoczenie ich obojga osób-małżonków.


Akt „właściwy i wyłączny” małżeństwa

Antropologia współżycia pozwala w ten sposób podjąć problem uzasadnienia jednoznacznego stanowiska Kościoła wobec jakichkolwiek działań przeciw-rodzicielskich. Kościół odczytuje w prawdzie i w świetle odkupienia – prawo natury osób mężczyzny i kobiety, stających się komunią małżeńską ukierunkowaną na rodzicielstwo. Zgodnie ze swą kompetencją nauczyciela „Narodów” (Mt 28,20; KK 1), Kościół ogranicza się i w tym zakresie do wyjaśniania zasad, które stanowią o ładzie współżycia. Zasady te przedkłada jednak „wszystkim ludziom dobrej woli”, zatem nie tylko katolikom; i nie tylko chrześcijanom. Jednocześnie Magisterium Kościoła nie ukrywa, że wprowadzenie ich w czyn wymaga „radykalizmu i doskonałości” (FC 33; VSp 95):

„Stanowczość, z jaką Kościół broni uniwersalnych i niezmiennych norm moralnych, nie ma bynajmniej na celu umniejszać człowieka, ale służyć jego prawdziwej wolności: skoro nie istnieje wolność poza prawdą lub przeciw niej, należy uznać, że kategoryczna – to znaczy nie dopuszczająca ustępstw ani kompromisów – obrona absolutnie niezbywalnych wymogów, jakie wypływają z osobowej godności człowieka, jest drogą do wolności i warunkiem samego jej istnienia.
– Posługa ta jest skierowana ku każdemu człowiekowi, postrzeganemu w jedyności i niepowtarzalności jego egzystencji: tylko w posłuszeństwie względem uniwersalnych norm moralnych znajduje człowiek pełne potwierdzenie swojej jedyności jako osoba oraz możliwość prawdziwego wzrostu moralnego. I właśnie dlatego posługa ta jest skierowana ku wszystkim ludziom ...
– Wobec norm moralnych, które zabraniają popełniania czynów wewnętrznie złych, nie ma dla nikogo żadnych przywilejów ani wyjątków. Nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś jest władcą świata, czy ostatnim ‘nędzarzem’ na tej ziemi: wobec wymogów moralnych wszyscy jesteśmy absolutnie równi” (VSp 96).

(20 kB)
Objaśnienie

W dokumentach Kościoła powtarza się niezmiennie określenie, że współżycie płciowe jest rzeczywistością „właściwą”, a zarazem „wyłączną” małżeństwa. Nawiązywaliśmy do tej sprawy już parokrotnie w różnym kontekście naszej strony – z coraz innego punktu widzenia (zob. wyż.: Akt właściwy i wyłączny małżeństwa). Wspomniane określenie dokumentów Stolicy Apostolskiej wyrasta z dogmatyczno-moralnej Tradycji Kościoła. A ta również jest Słowem Bożym – w tym wypadku „przekazywanym” (DV 9c) (zob. wyż.: W Piśmie świętym i żywej Tradycji – oraz cały kontekst). Splata się ono ze Słowem-Bożym-Zapisanym (Pismem świętym) w jeden jedyny depozyt objawienia, który Jezus Chrystus powierzył Kościołowi. Oto wypowiedzi Kościoła nawiązujące do daru współżycia jako rzeczywistości „właściwej” i „wyłącznej” małżeństwa:

„Dlatego małżonkowie poprzez wzajemne oddanie się sobie, im tylko właściwe i wyłączne, dążą do takiej wspólnoty, aby doskonaląc się w niej wzajemnie, współpracować równocześnie z Bogiem w wydawaniu na świat i wychowywaniu nowych ludzi” (HV 8; por. GS 49; PH 5; KKK 2361; itd.).

Słowa te – z encykliki Humanae vitae Pawła VI, powtórzy Jan Paweł II:

„Płciowość, poprzez którą mężczyzna i kobieta oddają się sobie wzajemnie we właściwych i wyłącznych aktach małżeńskich, nie jest bynajmniej zjawiskiem czysto biologicznym, lecz dotyczy samej wewnętrznej istoty osoby ludzkiej jako takiej” (FC 11).

Trzeba ponownie stanąć na twardym gruncie stwierdzenia, że człowiek nigdy nie staje się właścicielem siebie samego, ani innego człowieka. Z gospodarowania darem płciowości trzeba będzie rozliczyć się zgodnie z prawami, jakie tu ustalił Bóg (HV 13), Który „sam tylko jest Dobry” (Łk 18,19). Nikt nie ma władzy nad swą płciowością. Bóg zastrzegł sobie samemu wprowadzanie na teren intymności płciowej, mówiąc w Dekalogu: „Nie będziesz cudzołożył” (Wj 20,15). Takie samo prawo wpisał Bóg w serce każdego człowieka, również tego, który nigdy nie słyszał o Dekalogu (por. Rz 2,14nn):

„Człowiek bowiem ma w swym sercu wypisane przez Boga Prawo, wobec którego
posłuszeństwo stanowi o jego godności i według którego będzie sądzony” (VSp 54; GS 16).

Chwilą, w której Bóg wprowadza dwoje ludzi w zakres intymności płciowej, jest moment zawierania małżeństwa. Każdy człowiek „dobrej woli” jest zdolny to zrozumieć – i uznać ten styl Bożych odniesień do niego w posłuszeństwie wobec „blasku Prawdy”. Dopiero od tego momentu pozwala Bóg tym dwojgu przeżywać wzajemną bliskość płciową.
– Od tej chwili więc mogą oni podejmować zjednoczenie płciowe jako akt „właściwy” małżeństwa. W małżeństwie jest współżycie płciowe „na swym właściwym miejscu”. Warunkiem przeżywania go z Bożym błogosławieństwem jest jednak każdorazowo uszanowanie jego ukierunkowania jednocześnie na zjednoczenie – jak i na otwartość rodzicielską (por. EV 13.23.88.97).

Akt małżeński jest w ten sposób działaniem „wyłącznym”  życia w małżeństwie. Nigdzie poza małżeństwem nie będzie on „na swoim miejscu”. Nigdy też w okolicznościach poza- czy przed-małżeńskich nie będzie dla nikogo dozwolone wkraczanie na teren intymności płciowej (zob. też FC 29.32.33; LR 13n).
– Ta sama Boża dyspozycja dotyczy tym samym wszelkich aktów płciowych samotnych oraz podejmowanych wśród osób tej samej płci. Tylko w małżeństwie może się dokonywać całkowite i nieodwołalne wzajemne oddanie się „od osoby do osoby”, które w tymże momencie otwiera się na życie. Ponieważ zaś w grę wchodzi norma moralna negatywna, ma ona:

„...moc uniwersalną, obowiązującą (takie normy) wszystkich i każdego, zawsze i w każdej okoliczności. Chodzi tu bowiem o zakazy, które zabraniają określonego działania semper et pro semper (= zawsze i na zawsze), bez wyjątku, ponieważ wyboru takiego postępowania w żadnym przypadku nie da się pogodzić z dobrocią woli osoby działającej, z jej powołaniem do życia z Bogiem i do komunii z bliźnim.
– Nikomu i nigdy nie wolno łamać przykazań, które bezwzględnie obowiązują wszystkich do nieobrażania w drugim człowieku, a przede wszystkim w samym sobie, godności osoby wspólnej wszystkim ludziom” (VSp 52; zob. też nr 81).

Nikomu nie wolno tu działać arbitralnie, przeciw i wbrew ustanowionemu przez Boga ładowi. Sam tylko Bóg pozostaje „Panem źródeł życia” (HV 13), podczas gdy małżonkowie są „sługami planu ustalonego przez Stwórcę” (tamże). Stąd też Jan Paweł II przypomina, że małżonkowie powinni się kierować w układaniu pożycia płciowego:

„...obiektywnymi kryteriami, uwzględniającymi naturę osoby ludzkiej i jej czynów, które to kryteria w kontekście prawdziwej miłości strzegą pełnego sensu wzajemnego oddawania się sobie i człowieczego przekazywania życia ...” (FC 32; GS 51).

Współżycie płciowe jest działaniem osoby, wyrażającym taką głębię całkowitości w oddaniu się sobie męża i żony – z jednoczesnym otwarciem na rodzicielstwo, że nie stanie się ono nigdy, w żadnych okolicznościach poza małżeństwem, działaniem etycznie poprawnym. Taki wniosek nasuwa sam rozum, zdolny do szukania i znajdywania prawdy bytu, i tym samym etycznego wymiaru działań.


W wyżej przytoczonych wypowiedziach, Kościół Nauczający wyznaje też niedwuznacznie, jakim kieruje się motywem w swym nieugiętym, niepopularnym wypowiadaniu się w sprawach etyki płciowej małżeńskiej. Kościół wywiązuje się ze zwierzonego sobie zadania: strzeżenia miłości jako osobowego oddawania się sobie małżonków. Kościół walczy „o człowieka” i godność jego miłości. Miłość winna być istotnie miłością: darem – a nie egoizmem seksualnym, podszywającym się pod miano miłości. Miłość to świadomie podjęta odpowiedzialność, ukierunkowana na bycie-‘dla’ dobra tego drugiego – aż do dobra ostatecznego włącznie. Miłość poznaje się po jej ukierunkowaniu OD-środkowym; w przeciwieństwie do egoizmu seksualnego, którego z dala rozpoznawalną cechą jest zawsze kierunek DO-środkowy: zawłaszczanie na korzyść swego ‘ja’'.

Etyczny wymiar poruszania się po terenie płciowości nie może zależeć od widzimisię kogokolwiek indywidualnego, zatem również poszczególnej pary małżeńskiej czy narzeczeńskiej. Jest on wyrazem porządku obiektywnego. Jedynym zaś bezstronnym, przez Boga upoważnionym tłumaczem godności osoby oraz jej powołania do nadprzyrodzonego celu jest Kościół (FC 31). Toteż Paweł VI przestrzega:

„Jeżeli więc obowiązku przekazywania życia nie chce się pozostawić samowoli ludzkiej, trzeba koniecznie uznać pewne nieprzekraczalne granice władzy człowieka nad własnym ciałem i jego naturalnymi funkcjami: granice, których nikt nie ma prawa przekroczyć: ani osoba prywatna, ani władza publiczna. Granice te zostały ustanowione właśnie ze względu na szacunek należny ludzkiemu ciału oraz jego naturalnym funkcjom...” (HV 17).

Kościół nie może się uchylać od spełniania niewdzięcznej misji „głoszenia z pokorą i stanowczością całego prawa moralnego, tak naturalnego jak ewangelicznego” (HV 18; por. EV 82). Zadaniem Kościoła jest bowiem ukazywanie rodzinie człowieczej jego prawdziwego dobra (VSp 95). A to objawia się poprzez „nieustanne wpatrywanie się w Chrystusa Pana ... z niesłabnącą miłością” (VSp 85). Toteż Ojciec święty mówi:

„Zwłaszcza w Chrystusie Ukrzyżowanym znajduje Kościół odpowiedź na nurtujące dziś tak wielu ludzi pytanie o to, czy posłuszeństwo wobec uniwersalnych i niezmiennych norm moralnych może wyrażać szacunek dla jedyności i niepowtarzalności każdej ludzkiej osoby i nie zagrażać jej wolności i godności. Kościół ma taką samą świadomość otrzymanej misji jak apostoł Paweł: ‘Posłał mnie Chrystus, ... abym głosił Ewangelię, i to nie w mądrości słowa, by nie zniweczyć Chrystusowego Krzyża ... – my głosimy Chrystusa Ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków, Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą’ (1 Kor 1,17.23n).
– Chrystus ukrzyżowany objawia autentyczny sens wolności, w pełni go realizuje poprzez całkowity dar z siebie i powołuje uczniów do udziału w tej samej wolności” (VSp 85).


Ozdobnik

RE-lektura: część II, rozdz. 4b.
Stadniki, 5.XI.2013.
Tarnów, 12.II.2017.

(0,7kB)        (0,7 kB)      (0,7 kB)



4. Zagrożenie wolności daru ze strony pożądliwości
5. Oddanie siebie uwarunkowane samo-posiadaniem siebie

B. ETYCZNY WYMIAR „MOWY CIAŁA”
Oddawanie siebie jako imperatyw ontologiczno-etyczny
Wyjątkowe znaczenie aktu współżycia
Oddanie osoby wpisane w strukturę i dynamizm aktu
Prawda i treść „mowy ciała” aktu współżycia
Akt „właściwy i wyłączny” małżeństwa

Obrazy-Zdjęcia

Ryc.1. Przedziwne zabawy małego dziecka z ulubionym pieskiem
Ryc.2. Miłość Prawdziwa (dynamizm OD-środkowy) i anty-miłość (dynamizm DO-środkowy = egoizm: przyjemność)
Ryc.3. W rzadkim spotkaniu gości z Indonezji (a)
Ryc.4. W rzadkim spotkaniu gości z Indonezji (b)
Ryc.5. Pełno pięknych kaczek pływających po dużym stawie